Z Czarownicą w roli głównej

"Ander-Sen" - reż. Tomasz Kaczorowski - Teatr Pinokio w Łodzi

W miniony weekend miała miejsce premiera bardzo pięknie zrealizowanej opowieści o tym, jakie wartości w naszym życiu są najważniejsze. Mam tu na myśli spektakl, który powstał na podstawie tekstu Bronisława Maja a według koncepcji Łukasza Bzury, czyli „ANDER-SEN". Spektakl wystawiony w Teatrze Pinokio w Łodzi wyreżyserował Tomasz Kaczorowski.

 „ANDER-SEN" to opowieść inspirowana pięcioma baśniami Hansa Christiana Andersena: „Krzesiwo", „Mała syrena", „Calineczka", „Dzielny ołowiany żołnierz" i „Królowa śniegu". Główną bohaterką „ANDER-Snu" jest Czarownica, do której przychodzą bohaterowie tychże baśni z prośbą o spełnienie życzenia – Żołnierz chce być bogaty, Syrenka pragnie mieć nogi zamiast rybiego ogona, Matka pragnie córki – dostaje Calineczkę - a Kaj chce przypomnieć sobie najważniejsze słowo. Gerda chciałaby odzyskać miłość Kaja, Calineczka uciec przed zalotnikami i nawet Czarownica czegoś potrzebuje, choć nie dopuszcza do siebie takiej myśli. Jako Królowa Śniegu dociera do sedna - chodzi o miłość i wybaczenie.

Spektakl został zrealizowany po prostu wyśmienicie. Wszystkie jego elementy, scenografia, kostiumy, muzyka, oświetlenie, zastosowane techniki, subtelności inscenizacyjne, doskonała obsada, świadczą o tym, że spektakl stworzyli nie tylko profesjonaliści, ale pasjonaci teatru. Powstała realizacja sugestywna, plastyczna, niezwykła pod wieloma względami i odpowiednia dla widza w każdym wieku.

Scenografia pomysłu Justyny Bernadetty Banasiak przedstawiała na pół rzeczywistą na pół odrealnioną, mroczną przestrzeń. Był to niby las, niby pokój. Po bokach sceny ustawiono trzy lalki psów i stosy książek. Stosiki książek powitały zresztą publiczność jeszcze przed spektaklem w foyer, pod ścianami poukładano książki i pufy, na których można było przysiąść by przejrzeć wybraną książkę. Scenografię dopełniały ramy obrazów i lustra, które były bardzo ważnym elementem w tym spektaklu. W lustrze przeglądała się Czarownica, pojawiały się w nim żywe (a może to jednak były senne majaki?) postaci i teatr cieni. Publiczność Pinokia mogła podejrzeć, co dzieje się po drugiej stronie lustra, bowiem widziała aktorów poruszających poruszających lalkami cieniowymi - ich sylwetki wyłaniały się z ciemności, odrealnione szklanym odbiciem i sugestywnym oświetleniem. Niezwykle zmysłowe to były sceny, zaskakujące w percepcji a jednocześnie przykuwające uwagę. Dosłownie i w przenośni realizatorom udało się przenieść widzów w rzeczywistość snu. W scenie poprzedzającej pojawienie się Kaja i Gerdy pokój Czarownicy zmienia się w pałac Królowej Śniegu. I chociaż biel zapanowała nad czernią, to nie dodała mu ani pogody, ani światła – opowieść pozostała mroczną opowieścią a Czarownica jako Królowa Śniegu nie wydała się piękna ale nieszczęśliwa. Pod względem inscenizacyjnym była to bardzo ładna scena, atrakcyjna wizualnie i ciekawa ze względu na zastosowane rozwiązanie zmiany scenografii.

Dopełnieniem scenografii były kostiumy doskonale podkreślające charaktery postaci. Na przykład Żołnierz naiwny wobec namów Czarownicy, by zszedł po krzesiwo do dziupli, maszerował w krótkich spodenkach a Syrena miała przepiękny rybi ogon pokryty łuskami – prawdziwa dama łaknąca piękna duszy i miłości. Kostium Czarownicy natomiast przywołał mi na myśl Bukę, postać z całkiem innej bajki. Wszystko to razem dopełniało się i współgrało niesamowitą plastyką i wyczuciem charakteru. Kostiumy zaprojektowała również Justyna Bernadetta Banasiak, być może dlatego scenografia wraz z kostiumami tak idealnie się zespoliły.

Wspomnianą tu Czarownicę zagrał Piotr Osak i zrobił to po prostu fantastycznie, sugestywnie i przekonująco. Szczególnie spodobało mi się, kiedy w początkowych scenach wykonywał „ptasie ruchy" głową. Czarne ptaszyszko – myślałam sobie wtedy - istny gawron. Zresztą świetny był od pierwszych do ostatnich chwil spektaklu, doskonale śpiewający, oszczędnie operujący głosem i gestykulacją. Brawo! Podobnie wyjątkowo pozytywne wrażenie zrobiła na mnie Małgorzata Krawczenko jako Syrena. Swoją rolę odegrała z ogromnym wyczuciem, z malowniczą płynnością ruchu. I choć tak naprawdę czołgała się po twardych deskach sceny, bo nogi miała ukryte w owym cudnym rybim ogonie, przemieszczała się z niezwykłą gracją, doskonale imitując ruchy w wodzie. Zwolnienia w przemieszczaniu środka ciężkości, miękkość i spowolnienie gestów, jakaś zadziwiająca lekkość - to wszystko dodatkowo wzmacniało wrażenie uczestniczenia w śnie. Ostatecznie wachlowanie płetwą ogonową kompletnie mnie zauroczyło – i tu znów trzeba uznać mistrzostwo projektantki kostiumu. Nie dość na tym, Małgorzata Krawczenko jako Syrena również zaśpiewała i zrobiła to bardzo dobrze. No cóż, od minionej soboty jestem fanką syren. Kolejna scena, piękna, niezwykła, aż wywołująca dreszcze to scena przedstawiająca wyprawę Gerdy po Kaja uwięzionego przez Królową Śniegu (a może raczej przez Czarownicę Śniegu?). Gerdę bardzo ekspresyjnie zagrała świetnie ucharakteryzowana Danuta Kołaczek. To była pięknie zagrana rola. No i scena z drewnianymi lalkami – aktorzy poruszający nimi doskonale „przelali" na nie emocje i to właściwe. To one były na pierwszym planie, aktorzy jedynie wprawiali lalki w ruch i dali im życie.

Muszę w tym miejscu zaznaczyć, że wszyscy aktorzy występujący w „ANDER-ŚNIE" zagrali naprawdę doskonale, także ci, których wyżej nie wymieniłam. Świetni byli również Natalia Wieciech jako śliczna i urokliwa Calineczka , Krzysztof Ciesielski jako Kaj, Łukasz Batko jako Żołnierz , Żaneta Małkowska występująca w roli Matki i Anna Sztuder-Mieszek jako Cień. Skądinąd wiem, że np. Żołnierz bardzo spodobał się pewnej paroletniej teatromance, która na spektakl w łódzkim teatrze przyjechał z rodzicami aż z Krakowa. Nieczęsto też spotyka się takie zespoły, które swoimi talentami i doskonałym przygotowaniem scenicznym mogłyby obdarować kilka innych teatrów. Naprawdę jestem pod dużym wrażeniem.

Warto tu jeszcze wspomnieć o muzycznej i literackiej stronie spektaklu, bowiem kompozycje Miłosza Sienkiewicza idealnie dopełniły scenografię i wraz z nią budowały nastrój, ale i świetnie współbrzmiały ze słowami, które wyszły spod ręki Bronisława Maja, autora scenariusza . No i wielkie uznania należą się reżyserowi „ANDER-SNU" Tomaszowi Kaczorowskiemu za to, że pomimo zastosowania wielości technik, pomimo odgrywania scen pełnych dramatyzmu, bo przecież papierowa tancerka płonie, ołowiany żołnierzyk traci nogę a Czarownica głowę, potrafił stworzyć spektakl subtelny. Nie obudował treści jakąś narracyjną przesadą a wydobył z niej to, co rzeczywiście było najważniejsze.

Brawo.

Agnieszka Kowarska
Dziennik Teatralny Łódź
25 lutego 2020

Książka tygodnia

Historia męskości
Wydawnictwo słowo/obraz terytoria Sp. z o.o.
Praca zbiorowa

Trailer tygodnia