Z czym do Boga?

"Nie-boska komedia. Wszystko powiem Bogu" - reż. Monika Strzępka - Narodowy Stary Teatr

Wałkowanie dziejów i wątki antysemickie dosłownie osaczające treść "dramatu" Demirskiego-Strzępki, "wina na pokoleniach" i podobne frazesy, kpiny z Polaków ratujących Żydów, a wszystko w manierze krzykliwości, wśród miotania się po scenie, dewastowania scenografii, prostackich wulgaryzmów i banału - oto Nie-Boska komedia na deskach Narodowego Teatru Starego w Krakowie. Czy artysta miał coś na myśli?

"Masakrowanie" narodowej klasyki stało się nowym antykanonem pseudoartystycznym i nie dziwi - niestety - szczególnie w Starym. Pod młotami teatralnych jakobinów zadrżał pod koniec ubiegłego roku kolejny filar polskiej kultury. Tym razem Nie-Boska komedia, nieustannie aktualne i sztandarowe dla dziejów rewolucji i kontrrewolucji dzieło Zygmunta hr. Krasińskiego, doczekało się - delikatnie mówiąc - osobliwej odsłony na Scenie Kameralnej Teatru Starego w Krakowie. Nie pierwszy to i zapewne nie ostatni tego typu wybryk, reprezentatywny dla kondycji współczesnego teatru

Dramatis personae secundum Demirski-Strzępka

Osobnego omówienia wymagałyby same postaci dramatu według Pawła Demirskiego (autor scenariusza) i Moniki Strzępki (reżyser). Ostatnią rzeczą, jakiej można byłoby od nich wymagać, jest zachowanie jakiejkolwiek nici (niteczki choćby) łączącej je z postaciami dramatu Zygmunta Krasińskiego. "Krasiński / Hrabia Henryk" grany jest przez dwie osoby, w tym jedną kobietę, i niestety w niczym nie przypomina postaci Męża z Nie-Boskiej, z tak niepowtarzalną głębią psychologicznego ujęcia wykreowanej przez poetę. A szkoda, bo jest to w oryginale postać tyleż ciekawa, co złożona i autentyczna, mogąca śmiało rościć sobie prawo do opisywania rozterek nie tylko XIX-wiecznego człowieka.

Stary arystokrata, w skórze prymitywnego satrapy o imieniu "Papa Wincenty / Arcydramat" ma uosabiać butną dumę z przynależności klasowej, kiedy mówi do Pankracego (tyleż podobnego do Pankracego, co - nie przymierzając - "dżentelmeni" z krakowskich plant do angielskich lordów), że nie ma takiej (arystokratycznej) koszuli jak on i nie jest posiadaczem tego, co autor scenariusza raczył określić jako "je**** wersja mojego torsu". Postać tę należałoby raczej nazwać Arcychamem, przebranym w aksamitny żupan.

Pankracy, postać w oryginale niemal równie ciekawa, co Hrabia Henryk, w przedstawieniu Demirskiego-Strzępki prawie nie istnieje, choć snuje się po scenie. Pojawia się on jako "Pankracy / Diabeł" - małomówny, wystraszony, niepewny siebie, nijaki jegomość, skrzętnie ukrywający namiętność do latania z siekierą. Natomiast we wspaniałym dialogu Męża i Pankracego, w którym przywódca rebelii rzuca wyzwanie staremu światu uosobionemu przez Hrabiego Henryka, Pankracego gra Hrabia Henryk. Zawiłe? Owszem, tak jak samo przedstawienie, które po jakimś czasie dopiero zaczyna składać się w jakąś w miarę zrozumiałą całość Przy tej okazji warto wspomnieć, że ów dialog z części III jest jedynym fragmentem Nie-Boskiej, jaką scenarzysta był łaskaw umieścić obok własnych rewelacji.

Orcio - żeby jeszcze o nim wspomnieć - przedstawiony został jako debil z powykrzywianymi palcami i miną wskazującą na niedyspozycję poważniejszą, niż utrata wzroku; któremu Matka (kiedy już wpada w obłęd) podkłada nogę i cieszy się z tego, jakie to śmieszne. Jest to jedna z wielu kretyńskich scen wypełniających trzy i pół godzinny seans pastwienia się nad Nie-nieboską komedią.

Nic nowego w Starym

Narodowa scena w sercu Galicji znudziła się widocznie ambicjami starych zmarłych dinozaurów w rodzaju Hübnera, czy Swinarskiego i postanowiła sięgnąć po środki para-artystyczne. Od co najmniej kilku lat nie było w Starym spektaklu, w którym nie epatowano golizną, wulgarnością i zwykłą tandetą. A wszystko w sofistycznym duchu "sztuki" współczesnej, wedle którego wszystko, czego dotknie artysta staje się dziełem sztuki. Można więc rzucać się poduszkami i skakać po łóżkach wykrzykując histerycznym głosem urywane hasła i nazywać to Trylogią Sienkiewicza. Można też kazać Krasińskiemu śpiewać piosenki Freddiego Mercurego (scena zresztą świetnie zagrana), wkładać mu w usta słowa Sary Kane i nazywać to nie-boską komedią Pytanie tylko - po co?

Aż dziw, że widownia, która bądź co bądź dobrowolnie kupuje bilety i zapełnia sale, nie czuje się obrażona tym absolutnym brakiem pomysłu na narodowy teatr i wałkowaniem w kółko tych samych tematów w tym samym stylu; tą totalną impotencją oryginalnej inwencji twórczej, której deficyt próbuje się pokrywać naciąganymi odwołaniami do dzieł istotnie wielkich - w niemożności stworzenia własnych.

Podczas spektaklu nie-boska komedia. WSZYSTKO POWIEM BOGU! przede wszystkim rzuca się w oczy (a raczej w uszy) maniera właściwa dla większości współczesnych przedstawień teatralnych. Mianowicie tekst jest w większości wykrzyczany przez aktorów, a na scenie panuje niemal nieustający hałas. Trudno powiedzieć, czy ma to być próba zwrócenia uwagi, czy po prostu pospolite chwytanie się ostatniej deski ratunku skoro nie potrafimy udźwignąć największych dzieł naszej literatury, to wykrzyczmy je, zszokujmy, zagrajmy na zbiorowych emocjach i "trudnych tematach" zamiatanych pod dywan - efekt murowany.

Zamiast Krasińskiego otrzymaliśmy coś, co miało obnażać zakłamanie współczesnej rzeczywistości, w której zbytnio zaufaliśmy ludzkim wynalazkom mającym nam zapewnić bezpieczeństwo i szczęście (scena z Żydem z Wall Street, który myślał, że jak wybuchnie wojna, to odleci prywatnym helikopterem, a helikopter po niego nie przyleciał). Trzeba przyznać, obrazek dość wierny w dosłownym (brutalistycznym) odmalowaniu tego, co w tym świecie fałszywe i słabe, a pokrywane błyszczącą politurą pozorów. Wierny, ale niezbyt głęboki, okraszony tekstami w stylu wypowiadanego przez postać nazwaną "Auschwitz Tour / Lęki Hrabiego Henryka": "Na tym polega demokracja, wy, ku***, tępe dzidy, na przemocy, żeby umieć wyciągnąć za kudły ludzi i zgromadzić wokół siebie". No prawda, ale Ameryki duet Demirski-Strzępka nie odkrył, szczególnie w takiej formie.

Sztuka z sampli?

Można podejrzewać, że większość czytelników nie ma pojęcia, czym w "muzyce" są sample - to bowiem domena hip-hopowców. Kradną oni fragmenty piosenek a następnie sklecają z nich swoje "utwory". Można zaryzykować stwierdzenie, że na podobnej zasadzie budowane są współczesne spektakle teatralne. Trochę z Krasińskiego, jakieś fragmenty pieśni religijnych, odrobina rocka i bezładna mieszanina wycinków z rzeczywistości historycznej i tej, która nas otacza. Oto przepis na postmodernistyczny sukces we współczesnym teatrze.

Zaiste, jeśliby potraktować rewelacje Demirski-Strzępka jako wariację "na temat", to należałoby stwierdzić, że taka z tego wariacja na temat Nie-Boskiej, jak Wzgórza Ya-Pa 3 na temat Czesława Niemena. Podobna jest bowiem skala porównania rozwydrzonych scenicznych spazmów do genialnego dramatu Krasińskiego, jak hip-hopowej rąbanki do cenionej przez pokolenia Polaków piosenki utalentowanego indywidualisty polskiej sceny muzycznej.

Manifest nowej arystokracji

Sceny z Nie-Boskiej odżywają podczas seansu nie-boskiej, ale nie na scenie, co najwyżej w wyobraźni widza, który może sobie jedynie przypominać kluczowe obrazy towarzyszące lekturze. Jednym z takich obrazów jest obchód Hrabiego Henryka po kryjówkach rewolucjonistów szykujących się do ostatecznego starcia ze starym światem; widząc bardziej charyzmatyczne, czy utalentowane jednostki (w tym artystów) wśród motłochu rebeliantów Mąż wypowiada parokrotnie zdanie, iż są to zalążki nowej arystokracji, która wytworzy się w zrewolucjonizowanym świecie.

Nie-Boska ożywa w Starym o tyle, o ile można zaobserwować tryumf owej hordy, która porwała się, aby we krwi panów utopić wszystkie swoje krzywdy. W spektaklu został zastosowany ciekawy zabieg zawieszenia bohaterów w różnych momentach historii i współczesności, a nawet przyszłości. Dzięki temu Pankracy i przedstawiciele zbuntowanego plebsu (który siekierą i widłami wyrąbywał na ciele rzeczywistości obłędne wizje swego przywódcy) mogą na własne oczy oglądać skutki społecznego przewrotu.

Demirski i Strzępka kpią zarówno z jednych, jak i z drugich - z arystokratów i proletariuszy - lecz czynią to w sposób nader niewybredny, jak w scenie, w której Hrabia wyznaje, że nigdy nie mógł zrozumieć, dlaczego pozycje społeczne przeznaczone dla jego klasy brali inni, dlatego że się dorobili, po czym następuje natrząsanie się z idei władzy pochodzącej od Boga. Nasuwa się spostrzeżenie, że hr. Krasiński - choć również krytykował słabości jednych i szaleństwo drugich - zadał sobie mimo wszystko nieco więcej trudu w ujęciu złożonej problematyki "walki klas". Właśnie ten aspekt stanowi o ponadczasowości dzieła genialnego romantyka, że dał równie autentyczny głos obu stronom, nie dokonując prostego ośmieszenia żadnej z nich. I ten właśnie aspekt nie został niestety uwzględniony w dekonstruowanej wersji Nie-Boskiej.

Święty Boże, święty Mocny (uwaga spoiler)

Największą zagwozdkę artyści zadali widzowi pod sam koniec przedstawienia. Po trzech i pół godzinach dzikiego bełkotu, podczas którego mieliśmy tylko raz okazję odetchnąć świeżym powietrzem (podczas dialogu Męża i Pankracego - jedynej sceny zapożyczonej z dramatu Krasińskiego), nastąpiła kulminacja i puenta? Światło zgasło i dały się słyszeć harmonijne dźwięki staropolskiej pieśni Święty Boże, święty mocny, święty a nieśmiertelny, zmiłuj się nad nami Jakby odniesienie do idei Opatrzności, górującej w pokoju swej wszechmocy i mądrości nad zamętem grzesznych uczynków ludzkich

Czyli artysta jednak miał coś na myśli? Pytanie, które w kontekście tak krytycznej recenzji mogłoby się zdawać ironicznym - takim jednak nie jest. Można bowiem podejrzewać, że artysta coś na myśli miał. Pod koniec - o ile można to tak rozumieć - okazuje się, że cały ten sceniczny bałagan, sieczka, to spazmatyczne miotanie się, nieład, wrzaski i ryki, wulgaryzmy, irytujące wybuchy histerii, sztampy rodem z Faktu i Gazety Wyborczej, że to wszystko było po coś? Tak przynajmniej sugerowałaby konserwatywna interpretacja

Demaskator zdemaskowany

Forma spektaklu jest niezwykle sugestywna, ponieważ mówi o naszych czasach i dokonuje symbolicznego przeglądu minionych epok, której uczestnikami stają się bohaterowie dramatu. Powtarzające się niczym zwrotki i refreny sekwencje krążących po scenie postaci, (przywołujące w pamięci niesamowity korowód ze spektaklu Niech sczezną artyści Tadeusza Kantora) niepokoją i robią wrażenie. Owszem, ale obok wielu innych pytań, do których skłania nie-boska, wypada zapytać, czy efekt i wrażenie to wszystko?

Tadeusz Kantor tworzył w imieniu Tadeusza Kantora spektakle, których głównym bohaterem był Tadeusz Kantor, a miejscem akcji - wyobraźnia Tadeusza Kantora, a mimo to będzie podziwiany, dopóki choć jeden kulturalny człowiek będzie chodził po świecie. Autentyczny geniusz nie potrzebuje innego geniusza, by wypłynąć wręcz przeciwnie - jest nieraz zazdrosny, jak "dwa na słońcach swych przeciwnych - Bogi". Istotnym aktem demaskatorskim będzie zatem obnażenie mizerii tych współczesnych kabotynów i hochsztaplerów, którzy nie potrafią stworzyć sztuki o Demirskim-Strzępce (czy o czymkolwiek) podpisanej przez Demirskiego-Strzępkę - a nie podpisaną Krasińskim! - która stałaby się prawdziwym kanonem (lub choćby wydarzeniem) XXI-wiecznego teatru.

Nie-Boska komedia (ta Krasińskiego) sama w sobie jest, by tak rzec, współczesna - na czele z postacią Męża, który jest wypisz wymaluj człowiekiem współczesnym ze swoją wręcz dezintegracją osobowości. Jest też postacią na wskroś autentyczną, w której odmalowuje się zarówno żywiołowa walka zbuntowanego anioła natury ludzkiej, jak i najszczytniejsze ideały rycerskiej przeszłości, odżywające bez pretensjonalnego patosu i "akademijności". Doprawdy nie potrzeba przebierać bohaterów Nie-Boskiej w korporacyjne garnitury, czy pasiaki więźniów Auschwitz, żeby dramat uwspółcześnić. Wystarczy dobrze go zainscenizować.

I aż strach pomyśleć, jak przerażająca pustka pozostałaby po eksperymentach dzisiejszych reżyserów i dramaturgów oblegających narodową scenę w Krakowie, gdyby nie nadużywali oni dzieł prawdziwych artystów wplatanych ni przypiął, ni przyłatał w ich przedstawienia i gdyby nie mieli do dyspozycji znakomitego zespołu aktorskiego Teatru Starego, dzięki któremu podobne sceniczne brednie da się w ogóle ze względnym zaciekawieniem oglądać

Prorocy mimo woli?

nie-boska (ta Demirskiego-Strzępki) mimo wszystko daje do myślenia. Rodzi mnóstwo pytań. O stan polskiej kultury przede wszystkim. Ale też przywodzi na myśl te wszystkie "dziejowe" pytania towarzyszące lekturze Nie-Boskiej (tej Krasińskiego). Po pierwsze: gdzie jest arystokracja? Ta prawdziwa arystokracja ducha, która byłaby zdolna udźwignąć brzemię geniuszu w murach tego, co Wyspiański określił w Wyzwoleniu "kościołem myśli polskiej"; która wyrwałaby pochodnię sztuki narodowej z niewprawnej ręki profanów, którzy paradują z nią tak jak potrafią.

Sprawdzają się w ten sposób prorocze słowa, które hr. Krasiński włożył w usta Pankracego: "Ale przyjdą czasy, w których on [nasz rewolucyjny świat - FO] zrozumie siebie i powie o sobie: Jestem - a nie będzie drugiego głosu na świecie, co by mógł także odpowiedzieć: Jestem". Pozostaje otwarte pytanie, czy zrewolucjonizowany świat w osobach siepaczy wiecznej Rewolucji uświadomił już sobie w pełni swą tożsamość? Ze smutkiem zaś trzeba przytaknąć drugiej części zdania szalonego wodza, który w Okopach Świętej Trójcy pokonał "ostatniego Hrabiego". Bo gdzie jest dziś ten drugi świat? Świat ładu, porządku naturalnego i cywilizacji tryumfującej nad barbarzyństwem? Gdzie są dzieła tego "starego" świata, które można by przeciwstawić wszystkim wykwitom dzikiej inwencji twórczej ludzi wykorzenionych i obcych na niwie polskiej kultury?

Wymierz mi policzek, a ja cię pochwalę?

Takie pytania kołatały mi się po głowie, gdy spektakl dobiegał końca. Zgasło światło, umilkły ostatnie dźwięki pieśni i nastąpiła fala entuzjastycznych oklasków na stojąco. Czyżby widownia była zachwycona tym, że obrzucono błotem i trocinami jej dobry gust i intelekt, a na koniec łudzono pozorem sensowności? Nie wiem, ale nie wstałem i nie klaskałem

Nie dlatego, że aktorom nie należało się uznanie za pracę wykonaną na scenie, nie dlatego, że spektakl był źle zagrany, nie dlatego, żeby był niespójny, ale dlatego, że klaskając oklaskiwałbym upadek polskiej kultury, która - dwieście lat po Krasińskim i pół wieku po Derridzie - nie jest wstanie zdobyć się na nic więcej, tylko krzykliwą dekonstrukcję tradycyjnych wyobrażeń przeplecioną z pospolitymi kliszami wyciętymi z wychodka XXI-wiecznej powszedniości.

I doprawdy, kilka wstawek wydartych ze skarbca polskiego dziedzictwa to za mało, żeby cały ten bełkot nazwać mianem sztuki i postawić w jednym rzędzie (lub choćby w dalekim sąsiedztwie) z tymi wszystkimi dziełami, które - nieraz w wyzywający, ale autentyczny i ponadczasowy sposób - opisywały nędzę i trzewia naszej natury i rzeczywistości. Może to i trafne, momentami poruszające, aspirujące do roli obnażycielskiej, może nawet na swój sposób sensowne

Ale mimo wszystko, jako człowiek o spójnej tożsamości kulturowej, a w związku z tym wymagający, gardzę efektowną hochsztaplerką i pozostaję - choćby w Okopach Świętej Trójcy - na pozycjach starego świata. I mimo wszystko od Demirskiego-Strzępki wolę Krasińskiego i Kantora, wierząc, że papierowe słońce chwały tych pierwszych nie jest zmierzchem dziedzictwa tych drugich i że wierni kontynuatorzy tego dziedzictwa puszczą kiedyś z dymem to świecące mamidło w płomieniach geniuszu i czci dla prawdziwej sztuki; pozostawiając po nich jedynie proch niepamięci i latające na wietrze strzępki niedoszłej sławy.

Filip Obara
http://www.pch24.pl/
6 maja 2015

Książka tygodnia

Tajemnicze dziecko
Wydawnictwo Media Rodzina
E.T.A. Hoffmann (Ernst Theodor Amadeus Hoffmann)

Trailer tygodnia

Miłość do trzech pomar...
Zbigniew Głowacki