Z jakiej wygnano nas baśni?

„Królewska Huta – baśń miejska” - reż. Ingmar Villqist - Chorzowskiego Centrum Kultury

Wyobraźmy sobie dom starców o najwyższych standardach. Pokoje jednoosobowe z łazienką, telewizja satelitarna, śniadanie do łóżka. Codziennie świeża pościel i czyste, miękkie ręczniki, całodobowa opieka lekarska, porcelanowe, milutkie pielęgniarki. Gdyby jednak pensjonariuszom stopniowo odbierać zabrane z domu drobiazgi, listy i czarno-białe fotografie, umieraliby jak muchy – nie, marliby jak pająki, pozbawione pajęczyny i pamięci.

Nie odbierajmy nikomu drobiazgów, listów i czarno-białych fotografii. Niech jednak każdy podzieli się pamięcią, zdeponuje jej nadmiar, zbytek, w antykwariacie, u kresu jakiejś drogi i na skraju najważniejszej ulicy miasta. Może zresztą droga i miasto to jedno, a właściciel antykwariatu „Królewska Huta" – pan Hayder – także coś zdeponował, a potem skrzętnie i pieczołowicie ukrył, pewno sam już nie wie, przed kim i dlaczego. Za witryną dzieje się nadal miasto, ale to tylko witryna, okno we wnętrzu innego okna – sceny, która na jeden wieczór przygarnęła przedmioty, lustra, puste ramy, uśmiechnięty portret zmarłego aktora i ludzkie losy.

Mężczyzna w smokingu, który odwiedza – nawiedza – antykwariat, nie ma złudzeń: „Wszyscy mi tak mówią, że ich miasta, wsie są piękne – bo ich. Tam się urodzili i zatracili ze szczętem. Wszystko to jest obrzydliwe i nie warte funta kłaków". Przybysz z daleka nie ma racji, tak naprawdę niewiele wie o ludziach. W baśniach każdy z nich przeszedł własną i trudną drogę, poddał się próbom, aby odnaleźć wodę życia. I nigdy jej nie zaznał, nie posmakował, ale odbił się – w wodzie życia, w świecie, w mieście. Chyba Mężczyzna w smokingu jest znudzony i zmęczony, bo blisko północ, a on do tylu zajrzał antykwariatów i ogrom dusz ludzkich odwiedził. W głowie ma cudze lęki, jęki i głośne lamenty, nic dziwnego, że roją mu się ciche i proste rachunki, czarne lub białe, a najbardziej, diabeł jeden wie czemu, finały czarne jak smoła, jak noc i śmierć. Jeszcze nie mamy pojęcia, czy mu się uda, ale chcemy, aby nie było, jak zawsze, aby pomogła, zmogła znane – nieznane Dziewczyna, która przychodzi z nocy, z miasta albo ze świata.

Dziewczyna z baśni Ingmara Villqista przeszła obok „pól kwietnych przy hucie wielkiej, ogromnej jak góra", więc dużo po drodze widziała, bo gdzie góra, tam i skarb pewnie – chociaż nie wiadomo, czy go ludzie znaleźli, a jeśli znaleźli, to czy w dobrym celu użyli. Ale tyle tego miasta, pamięci, prawd wątpliwych i kłamstw nie do końca poznanych, że aż za dużo na sąd, osąd, sumienną rozprawę, na grę magiczną i ludzką, zwyczajną, taką, która przyśni się albo komuś zamarzy. Nasze jasne i ciemne uczynki wzlatują wysoko, krążą nad dachami – nad Wolności, Parkiem Róż lub „wielkim Parkiem", nad Batorym, Klimzowcem, Biadaczem, nad naszą ojczyzną ogromną i taką małą, że zmieści się w kąciku oczu, w łzie jednej lub co najwyżej w drugiej. Może wilgotna ta nasza pamięć, płaczem zroszona, a częściej potem – może już tylko sucha, surowa, może zimna albo gorąca, pełna wspomnień albo gdzieś już daleko wygnana, może jeszcze krąży nad miastem, nad tramwajem – a ludzie w łunę wpatrzeni. I miasto całe w potężnej hucie odbite – „Kipi w martenach maź – płynna, złota...". To dla Chorzowa blask, dla Królewskiej Huty liturgia, bo – „święta łuna z czterech martenów przynależna miastu, jak miejska rzeka, kościoły, rynek, zapachy, szkolne wspomnienia – ludzie".

Może miniona to łuna i blaski już wyciemnione, ale wszyscy cud wspominają. Pan Hayder także pamięta: „Tramwaj jechał dalej wzdłuż huty, a ja wykręcałem głowę za siebie do bólu, żeby patrzeć, pamiętać jak noc zmienia się w najjaśniejszy, złoty dzień". Zdarzył się tramwaj, zdarzyła się podróż. I Wielka Wojna była, i miłość, i strach, że na miłość życia nie starczy. I miasto listy pisało. Pan Hayder także napisał list – „Jaki stary... Pożółkły... Ledwo co widać...". W jakiejś tajemnej księdze wszystkie listy ukryte. Jaka to księga, jaki czas i czy ktoś wszystko do końca przeczyta?

Pan Hayder ma dobrą pamięć. Dobra pamięć jest dotkliwa, ale uważna. I pewno dlatego spakował jak należy walizkę, po którą w pierwszym akcie zszedł do piwnicy. Każdy, kiedyś, musi się umiejętnie spakować. Ale to już nieważne. I niepotrzebna walizka. Diabła można upić koniakiem, przekupić, oszukać albo przynajmniej przeczekać. I wyjść na miasto. Noc jest zimna i ciepła. Ruch przegrał mecz, pod Hutnikiem, na przystanku, kibice piją piwo za piwem. W chmurach ukryte lepsze i gorsze wspomnienia – i złota łuna, której już nie ma.

Ingmar Villqist: „Królewska Huta – baśń miejska". Podczas czytanej prapremiery na scenie Chorzowskiego Centrum Kultury – 6 października 2018 roku – Panem Hayderem był Olgierd Łukaszewicz, Panem w smokingu – Andrzej Mastalerz, a Dziewczyną – Barbara Lubos.

Piotr Zaczkowski
dla Dzienika Teatralnego
22 października 2018
Portrety
Ingmar Villqist

Książka tygodnia

Zimowa opowieść. Przepaść czasu
Wydawnictwo Dolnośląskie
Jeanette Winterson

Trailer tygodnia