Z klisz do teatru

Rozmowa z Martyną Majewską

Czytam, oglądam, rozmawiam, podróżuję, żyję. Szukanie tematu chyba nie polega na jakimś tajemniczym znajdywaniu go, tylko ciągłym ćwiczeniu się w dostrzeganiu tego, czego nie widzą inni. Na ciągłych myślowych eksperymentach.

Z Martyną Majewską, reżyserką spektaklu „Polska 120", o artystycznych inspiracjach, rozmawia Olga Ptak.

Olga Ptak: W programie spektaklu „Polska 120" czytamy: „W Walimiu, małym miasteczku położonym w Górach Sowich, doszło do niesamowitego odkrycia. Na strychu pewnej walimskiej kamienicy, w starych walizkach, znajdowało się pudełko ze 120 kliszami fotograficznymi z lat 1947 – 1952. Walimscy pasjonaci historii postanowili zaopiekować się znaleziskiem". Kto i w jakich okolicznościach dokonał tego odkrycia i jak pani trafiła na tę historię?

Martyna Majewska: - Klisze odkryto w pudełku po cygarach w starym poniemieckim domu. To była taka lokalna ciekawostka. Na początku znaleziskiem zainteresował się Łukasz Kazek, pasjonat historii Gór Sowich i znawca historii II wojny. Włożył duży wysiłek w to, żeby klisze odrestaurować i wywołać z nich zdjęcia. Kiedy zaczął pokazywać je mieszkańcom, w miasteczku zrobiła się prawdziwa sensacja. Walimianie rozpoznawali na nich swoje rodziny, przodków, często były na nich osoby nieżyjące lub takie, które już dawno z miasteczka wyjechały. Czasami okazywały się jedyną istniejącą pamiątką po babci czy dziadku. Poza wieloma portretami (na których później skupiliśmy się w spektaklu) na fotografiach uwieczniono sporo scen obyczajowych, z życia codziennego i plenerów. Nagle wszyscy dostali prawie magiczny wgląd w przeszłość miasteczka. Wiedziałam o tej sytuacji i raczej traktowałam ją jako ciekawostkę. Kiedy jednak skojarzyła mi się z tematem projektu „Patriotyzm jutra", który chcieliśmy napisać wraz z Wałbrzyskim Teatrem Lalki i Aktora, pomyślałam, że znalezisko ma wielki potencjał i jeśli stanie się materiałem/inspiracją do spektaklu, to możemy uzyskać coś bardzo nośnego. Jednocześnie lokalnego i globalnego. Prawdziwy wycinek „małej ojczyzny", o której ze sceny często mówi się w sposób przeintelektualizowany, kiczowaty, z patosem. Patriotyzm to był dla mnie jakiś ekstremalnie trudny temat i gdyby nie przypadek klisz, na pewno nigdy bym się za niego nie zabrała.

W okresie II wojny światowej w Walimiu Niemcy wykorzystywali do niewolniczej pracy więźniów obozów koncentracyjnych, głównie z Gross-Rosen i Oświęcimia oraz jeńców wojennych. W miejscowości działał duży obóz dla więźniów, zlokalizowany na terenie zakładu włókienniczego i w barakach w lasku. Przebywało w nim około tysiąca osób. W Gliwicach w czasie wojny działało kilka podobozów KL Auschwitz. Po wojnie obie miejscowości zasiedlono ludnością polską. Tematyka martyrologiczna jest pani bliska, pani praca magisterska dotyczyła recepcji holokaustu w sztuce współczesnej. Jak by pani określiła tożsamość przesiedleńców?

To bardzo trudne pytanie. Tak trudne, że chyba nie umiem na nie odpowiedzieć. Faktycznie moje zainteresowanie tą tematyką zaczęło się dość dawno, w trakcie studiów kulturoznawczych, podczas pracy nad magisterką skupiłam się głównie na literaturze świadectwa z czasów II wojny. Jednakże, mimo tej specjalizacji, moja wiedza w tym temacie nadal jest zupełnie niewystarczająca do postawienia szerokiej diagnozy czy jednolitego zdefiniowania takiego pojęcia, jak „tożsamość przesiedleńca". Cokolwiek powiem, będzie uproszczeniem i może zabrzmieć nieodpowiedzialnie. We współczesnej przestrzeni publicznej pełno jest takich nieodpowiedzialnych sądów, uogólniających wypowiedzi na trudne, złożone tematy. Cały nasz spektakl jest próbą nieodpowiedzenia na tego typu pytanie. Jest bardziej próbą pochylenia się nad studium danego przypadku, a właściwie kilkoma konkretnymi ludzkimi losami. Zupełnie od siebie różnymi. Ogół w tym przypadku jest dla mnie tak przytłaczający, że w „Polsce 120" przyglądamy się raczej szczegółom. Po prostu pokazujemy czubek góry lodowej, wiadomo, że pod wodą jest wielka góra, ale jak wielka? Kto to wie.

W spektaklu „Polska 120" dokonała pani podwójnego ożywienia fotografii – nie tylko zamieniła je w ruchome obrazy, ale także w piosenki. Skąd pomysł na taką formę?

Chyba również ze strachu przed odpowiedzialnością i urażeniem czyichś uczuć. Nie chciałam przekręcić wspomnień „na potrzeby" czy „ użytek" spektaklu. Wszystko, co pada ze sceny, jest możliwie dokładnym cytatem z moich rozmów z mieszkańcami Walimia. Nie czułam się na siłach i nie miałam kompetencji, żeby stworzyć solidną fabułę o życiu powojennym w miasteczku w Górach Sowich. Dysponowałam za to bardzo solidnym bagażem emocjonujących wspomnień i zapisem wideo wielu przeprowadzonych z mieszkańcami wywiadów – rzek. Dlatego wraz z moim zespołem realizatorów (Ania, Dawid, Kuba) postanowiliśmy napisać i „pokazać" piosenki. Potrzebowaliśmy jednocześnie silnego i subtelnego przetworzenia artystycznego. Postawiliśmy na muzykę jako skuteczny sposób poruszania i przekazywania emocji. Dziś myślę, że podejmując taką radykalną decyzję, trochę chybiliśmy, a trochę trafiliśmy. Jak to w teatrze.

Film, teatr, multimedia eksperymentalne, pantomima, videofotografia – w swojej twórczości swobodnie operuje pani różnorodnymi formami, jest pani absolwentką zarówno reżyserii filmowej, jak i teatralnej. Czy zdarzyło się, że chodził za panią temat, ale nie potrafiła pani znaleźć odpowiedniej formy wyrazu? Lub też początkowo planowała np. zrobić na ten temat spektakl, a ostatecznie powstał film lub coś innego?

Nie. Chyba jedyną wymierną korzyścią ze studiowania jest to, że faktycznie czuję się warsztatowo sprawna, pracując na styku dziedzin, oraz że zawsze mam silną intuicję czy dany materiał zrealizować teatralnie czy filmowo. A i tak najczęściej sobie mieszam.

Jak szuka pani tematu na spektakl lub film?

Bardzo zwyczajnie. Czytam, oglądam, rozmawiam, podróżuję, żyję. Szukanie tematu chyba nie polega na jakimś tajemniczym znajdywaniu go, tylko ciągłym ćwiczeniu się w dostrzeganiu tego, czego nie widzą inni. Na ciągłych myślowych eksperymentach.

„Sachem. Wódz czarnych węży" to opowieść o chłopcu, który po napaści na jego wioskę został zupełnie sam – wszystko, co znał, przestało istnieć w parę chwil. W przedstawieniu „Polska 120" również widzimy ludzi, którzy gwałtownie zostali wrzuceni z jednej rzeczywistości w drugą, natomiast w „BATORYM_trans" opowiada pani o pasażerach statku Batory, którzy także zostawiali za sobą dawne życie. Sytuacja rzucenia w nową rzeczywistość interesuje panią w sposób szczególny?

Najwyraźniej tak. Ale chyba nie jestem tu ani nowatorska, ani oryginalna. Zazwyczaj zajmujące widza fabuły są osnute wokół motywu podróży, wyruszenia lub powrotu, czyli, innymi słowy, wrzucenia w nową rzeczywistość. Odyseusz wraca z Itaki, Makbet powraca z wojny, Piotruś Pan wyrusza do Nibyladnii, Alicja z Krainy Czarów wpada do dziury, Gerda wyrusza za Kajem, Tytanic wyrusza do Ameryki, Raniewska powraca do wiśniowego sadu. Wszyscy zostają wrzuceni w nową rzeczywistość. Fabuła zazwyczaj idzie skądś dokądś. Dodaję bezpieczne „zazwyczaj", bo wiadomo, że motyw wrzucenia w nową rzeczywistość może również świetnie funkcjonować w strukturach afabularnych, postdramatycznych, mozaikowych itd.

W reżyserowanym monodramie „Plama" obsadziła pani Annę Kramarczyk – swoją byłą profesor. Czy taka zamiana ról przyszła z łatwością?

Tak, z łatwością, ale tylko dzięki temu, że Ania Kramarczyk jest utalentowaną, doświadczoną i przede wszystkim profesjonalną aktorką. Na drugą próbę przyniosła całemu zespołowi debiutantów słodycze i powiedziała, że nie wyobraża sobie dalszej pracy, jeśli wszyscy nie przejda na „ty". To było moje pierwsze spotkanie z tak wszechstronnie przygotowanym do pracy aktorem.

Mirosław Kocur w jednym ze swoich artykułów określił panią jako wschodzącą gwiazdę nowego teatru dla dzieci. Jak rozumieć to pojęcie?

Rozumiem je bardzo potocznie, jako taki teatr, który traktuje młodego widza poważnie i po partnersku, nie zakłada, że jest głupszy, ma infantylne poczucie humoru albo kiczowate poczucie estetyki. Niby jest to oczywiste podejście, ale – jak się okazuje – wciąż bywa rewolucyjne. Pojęcie, jak pojęcie, zawsze niedoskonałe, zawsze należałoby negocjować jego zakres znaczeniowy. Faktycznie tak jest, że w ostatnim czasie wielu ambitnych twórców postanowiło zacząć tworzyć niestereotypowe produkcje dla dzieci, zrobił się swojego rodzaju nurt, zmieniło się podejście. W każdym razie ja na pewno staram się robić inny teatr niż ten, który oglądałam jako dziecko. Może to niedobrze, ale jest to prawda.

Obecnie przygotowuje pani spektakl dla Teatru Miejskiego w Gliwicach.

Będzie to współczesna adaptacja andersenowskiej „Małej Syrenki" w duchu nowego teatru dla dzieci tak, jak go rozumiem. Czyli potraktujemy młodych widzów po partnersku. Na pewno postaramy się wprowadzić w przemyślany sposób użyte nowe media i pokazać tę historię o miłości, tęsknocie i dojrzewaniu w taki sposób, żeby zachwycić. Trudno jest znaleźć dobry pomysł na uwspółcześnienie bardzo znanej baśni i zderzyć się chociażby z wizerunkiem disneyowskiej syrenki Ariel. Na szczęście współcześnie nawet Disney proponuje rewolucyjne rozwiązania, np. ruch #princessdreambig. Myślę, że nasza „Mała Syrenka" rozpłynie się właśnie w tym nurcie.

___

Martyna Majewska - reżyserka filmowa i teatralna. Urodzona w Wałbrzychu. Absolwentka kulturoznawstwa na Uniwersytecie Wrocławskim oraz reżyserii teatralnej na PWST we Wrocławiu. Studiowała reżyserię filmową na Wydz. Radia i TV UŚ. Jest autorką kilkunastu spektakli oraz wielu warsztatowych projektów teatralnych i filmowych. Tworzy na pograniczu teatru formy, teatru muzycznego, performance i filmu. Zwolenniczka interdyscyplinarności i pracy warsztatowej. Ulubione środki wyrazu to kicz i nieodpowiedzialnie użyta groteska.

Olga Ptak
Materiał Teatru
16 września 2017
Portrety
Martyna Majewska

Książka tygodnia

Muzyczne narracje o kochankach z Werony
Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika
Małgorzata Pawłowska

Trailer tygodnia

Dziadek do orzechów
Jurij Grigorowicz
W wielu krajach nie ma Bożego Narodze...