Z kroniki wypadków miłosnych

"Mąż mojej żony" - reż: T. Obara - Teatr Ludowy

On, ona i on, czyli miłosne komplikacje o jakich głośno w życiu i teatrze. Czy jednak sercowe perturbacje mogą zakończyć się w inny sposób, niż wymaga tego honor? Widowisko dla tych, którzy wyzbyli się nachalnego "a nie mówiłem"- nie będzie potrzebne...

„Generalnie lubię sztuki, w których o rzeczach poważnych mówi się z poczuciem humoru; taka forma chyba najsubiektywniej przemawia do ludzi”. 

Tymi słowami w jednym z wywiadów Tomasz Obara zareplikował na jedno z pytań, które dotyczyło jego wyraźnej sympatii do reżyserii sztuk z kategorii tych, o dużej dawce dowcipu. W sentencji autora rzeczywiście można dopatrzyć się dobrego sposobu na to, aby pochłonąć uwagę widza i sprowokować go do przeżycia tego, co dzieje się na scenie. Chociaż nadal, jeśli chodzi o temat miłości i zdrady, pozostajemy zwolennikami dramatów pełnych rozpaczliwych porywów i aktów desperacji kochanków, nierzadko mamy chęć obejrzenia czegoś, co wykraczałoby poza ramy konwencjonalnej historii miłosnej. „Mąż mojej żony” – sztuka wyreżyserowana na podstawie dramatu Chorwata, Miro Gavrana, jest właśnie tego rodzaju opowieścią: przewrotną, pełną humoru, o zaskakującym finale i nietypowej, jak przystało na damsko-męskie dramaty, puencie. 

„Mąż mojej żony” to historia, jakich wiele – rzekłby niedbale ten, kto usłyszałby pierwsze zdanie jej krótkiego streszczenia. Otóż dwaj mężczyźni, pochodzący z antagonistycznych względem siebie światów, w sądnym dla obydwojga dniu dowiadują się, że posiadają wspólną żonę. Jeden z nich, Edmund, dostojny intelektualista z Warszawy, dręczony świadomością dzielenia się swoją Helcią, postanawia rozstrzygnąć sprawę i powiadomić przeciwnika o tajemnicy, jaką odkrył. Odwiedza Zelfika, prostego, nic nie podejrzewającego Ślązaka i zdroworozsądkowym tonem wyjaśnia mu prawdę dotyczącą wspólnej żony Heleny. I na tym kończą się przypuszczenia tego, kto uważa, że sztuka mogłaby zakończyć się konfliktem mężczyzn, honorowym opuszczeniem kochanej, ale i znienawidzonej żony i morałem w postaci zawsze nie lubianego zdania „I takie rzeczy w życiu się zdarzają”. Bo to, co dzieje się dalej pozostawia daleko w tyle rutyniarskie przypadki, jakie mają miejsce w każdej kłótni dwóch mężczyzn o kobietę. Oczywiście, bohaterowie są szarpani przez uczucie wściekłości i zazdrości, snują plany zemsty, przeklinają własną naiwność i wymachują pięściami. Ale jednocześnie rozpoczynają grę, której niewypowiedziane przez żadnego z jej uczestników zasady stanowią ciekawą i zabawną kombinację refleksji, spostrzeżeń i przebłysków nadziei obu postaci. Nieobecna ciałem, ale jakże żywa w rozmowie bohaterów, jest ich żona, która w trakcie toczącego się dialogu traci status osoby jednoznacznej i przyjmuje kolejno postać: perfekcyjnej gospodyni domowej, ciepłej i wyrozumiałej żony, aż do leniwej i kłamliwej kobiety, której jedyną pasją są miłosne intrygi. Dramaty mężczyzn finalizują się w zaskakujący dla widza sposób, który zmienia ponury dotąd obraz małżeńskiego współżycia tuż po zdradzie.

Bez wątpienia, ogromnym atutem sztuki jest gra aktorska Andrzeja Franczyka i Jacka Stramy. Przed aktorami stanęło nie lada wyzwanie, ponieważ musieli zaprezentować niemal wszystkie możliwe emocje, jakie uaktywniają się w człowieku w chwili odkrycia szokującej dla niego prawdy. Sprzyjająca ku temu niewielka przestrzeń sali teatralnej sprawiała, że widz mógł dostrzec każdy detal zmian na twarzy aktorów; łzy, pot, purpurową twarz w momencie wybuchu gniewu czy drgający podbródek podczas chwil wzruszenia. Dodatkowym walorem całego przedsięwzięcia były dekoracje sceniczne. Akcja rozgrywa się w izbie Zelfika, człowieka mało dbającego o estetykę własnego mieszkania, lekko nieokrzesanego i gnuśnego. Toteż scena już po pierwszym odsłonięciu kurtyny wzbudza powszechny uśmiech na twarzy; wypełniają ją elementy damskiej bielizny rozwieszone na sznurkach i oparciach krzesła, zużyte i nadwyrężone meble, wiadro w zastępstwie rury odpływowej ze zlewu oraz piętrzące się na kuchni garnki i talerze. Nie lada ubaw podsyca sam ubiór właściciela mieszkania – różowe damskie papucie, sprane kalesony i roboczy podkoszulek. Całość kontrastuje z prezencją gościa – Edmunda, który przychodzi odziany w gustowny garnitur, a w ręce podtrzymuje popielaty płaszcz. Dysproporcja zauważalna w stroju, kulturze słowa i mentalności bohaterów nie tylko prowokuje do śmiechu, ale i z czasem rodzi pytanie; jaką kobietą jest tytułowa żona, skoro potrafi zyskać miłość obu, skrajnie różnych mężczyzn naraz i jednocześnie odwzajemnić to uczucie?

To jedna z wielu wątpliwości, jakie rozbudza u widzu sztuka. Inne dotyczą chociażby natury samej miłości, powinności mężczyzny wobec kobiety, sensu wybaczania oraz damsko-męskich nawyków i przyzwyczajeń. „Mąż mojej żony” to widowisko dla tych, którzy chcą się czegoś dowiedzieć o naturze ludzkiej i jej skomplikowanym charakterze, a także spojrzeć na świat w barwach nieco innych, niż tylko oczywistych czarno-białych.

Justyna Jazgarska
Dla Dziennika Teatralnego
11 maja 2009
Teatry
Teatr Ludowy

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia