Z „niemożenia zaśnięcia"

Felieton Janusza Majcherka

Przeniosłem się do Warszawy w 1975 roku, czyli dokładnie wtedy, gdy Zygmunt Hübner objął Teatr Powszechny. Przyjechałem z prowincji, ale nie ze Słoikowa (jak mawiają artyści Pożaru w Burdelu). Wcześniej przez parę lat mieszkałem w Szczecinie, gdzie, owszem, chadzałem do teatrów – najpierw do Pleciugi, a z czasem do Współczesnego i Polskiego. Dwa ostatnie działały wtedy jako jedna instytucja – Państwowe Teatry Dramatyczne – pod dyrekcją znakomitego reżysera Józefa Grudy, i przeżywały okres świetności. Wesele, Hamlet, Cyd, Tango, Sen nocy letniej... Za sprawą Grudy odbyłem moje teatralne prymicje.

No, ale Warszawa to była Warszawa. Późnym listopadowym wieczorem, po wielu godzinach jazdy wysiadłem z pociągu, jeszcze na Dworcu Głównym, i w nieodległej perspektywie zobaczyłem blado oświetloną sylwetę Pałacu Kultury. Wkrótce miałem w nim zaznawać wielkich emocji, oglądając przedstawienia Jarockiego, Prusa, Zatorskiego, Grzegorzewskiego w Teatrze Dramatycznym i Szajny w Teatrze Studio. A także filmy w kinie studyjnym Wiedza (dzisiejsza Kinoteka), gdzie wyświetlano same chef d'oeuvre'y, poprzedzane prelekcjami profesora Płażewskiego.

Bez entuzjazmu poszedłem do nowej szkoły. Było to liceum na obrzeżach Ochoty; wielu uczniów mieszkało we Włochach, tworzyli melanż długowłosych, leniwych „hipów" i strojących groźne miny „gitów". Jeśli zostałem zaakceptowany w klasie – humanistycznej, rzecz jasna – to chyba dzięki łacinie. Byłem w niej niezły, potrafiłem tłumaczyć szybko i a vista, i wspierałem kolegów jak mogłem. Zaakceptowali novusa, łącznie z tym, że ten stanowczo odmawiał udziału w życiu sportowym i do samej matury przeczołgał się na fikcyjnym zwolnieniu z wuefu. Za to działałem w szkolnym kabarecie.

Nieoczekiwanie klasa okazała się zarażona bakcylem teatru. Sprawiła to młoda, pełna entuzjazmu polonistka, pani Ola Biedunkiewicz, którą do dziś czule wspominam. Potrafiła wywieźć nas do Krakowa, żebyśmy obejrzeli Umarłą klasę Kantora, o której potem długo i namiętnie rozprawialiśmy na lekcjach.

Nie minął tydzień od mego przybycia, jak poszedłem z klasą na Wacława dzieje. Tę mało znaną sztukę młodo zmarłego romantyka, Stefana Garczyńskiego, odkrył (bodaj za podszeptem Marii Janion) Hanuszkiewicz i wystawił w Teatrze Narodowym. O Hanuszkiewiczu huczała wtedy cała Polska, głównie z powodu legendarnej do dziś Balladyny na hondach. Jeszcze mieszkając w Szczecinie, pasjonowałem się dyskusją o reżyserskiej wolności czy raczej dowolności w inscenizowaniu klasyków. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, fantazyjne pomysły Hanuszkiewicza wydają się wzorem lojalności wobec autora – wtedy uchodziły za eksces.

Wacława dzieje były akurat dosyć powściągliwe, mimo scenografii Mariana Kołodzieja, artysty o niepohamowanej wyobraźni plastycznej. Zresztą za dużo z tych Dziejów nie pamiętam – pewnie z powodu przejęcia, jakie mi towarzyszyło. Zobaczyć żywego Olbrychskiego na scenie, to dla prowincjusza było coś.

I tak zaczęła się moja teatromania. Spędzałem w teatrach wiele wieczorów, ale też cóż to były za teatry: Narodowy (wraz z niezapomnianym Małym), gdzie, poza autorskimi pracami Hanuszkiewicza, zdążyłem zobaczyć Pluskwę – ostatnie, niedokończone przedstawienie Swinarskiego (wciąż mam w oczach Łomnickiego w roli Prysypkina), a także spektakle Minca czy Kajzara. Mój ukochany Dramatyczny pod dyrekcją Holoubka. Współczesny Axera. Ateneum Warmińskiego. Studio Szajny. A jeszcze Na Woli Łomnickiego, Stara Prochownia Siemiona, Adekwatny Boukołowskiego i Wójcik, Rozmaitości, które prowadził Jarecki z dawną ekipą STS-u... Nie chodziłem chyba tylko, o ironio, do Polskiego – po wielu latach sam przyszedł do mnie – oraz do Syreny, Komedii i Nowego. Natomiast do Powszechnego – pasjami.

Hübner jako dyrektor dał, by tak się wyrazić, kopa trzem teatrom: Wybrzeżu, Staremu i Powszechnemu właśnie. Ten ostatni – schedę po Poredzie, Babel, Hanuszkiewiczu – objął po paroletnim remoncie, mając sytuację poniekąd luksusową: mógł zbudować zespół i repertuar od podstaw. Na otwarcie zaproponował Sprawę Dantona w reżyserii Wajdy (który debiutował przecież u Hübnera w Teatrze Wybrzeże). Ten gorący, pełen politycznej pasji spektakl zelektryzował widownię, a Pszoniak jako Robespierre i Pawlik jako Danton wzbudzili zachwyt. Nikt nie miał wątpliwości, że na Pradze powstała placówka, która pomnoży i tak już znaczne siły i środki teatralnej Warszawy.

Towarzyszyłem Powszechnemu wiernie i długo, aż do śmierci Hübnera w 1989 roku. Oglądałem przedstawienia dojrzałych mistrzów – Wajdy, Kutza, Bardiniego, Zamkow; i ówczesnych młodszych: Cieślaka, Wojtyszki, Zygadły, Ratyńskiego, Majora... Potem, wprawdzie powoli i stopniowo, ale jednak zaczęło się w tym teatrze kitwasić, choć zdarzały się jeszcze wartościowe rzeczy – Śmigasiewicza, Kiliana, Cieplaka, Sikory, już nie mówiąc o hitach w rodzaju Shirley Valentine czy Czego nie widać. Kolejni szefowie Powszechnego wciąż powoływali się na swojego patrona, który słusznie do dziś uważany jest za wzór dyrektora, że o jego mądrości, intelektualnej dyscyplinie, kulturze i sile spokoju nie wspomnę, bo aż nie uchodzi.

Wypada przypomnieć, że Hübner był też wybitnym pisarzem teatralnym, autorem ciągle żywych i inspirujących felietonów, do których wciąż powracam, szukając miary i wagi. Gdy zapędzę się w moich niechęciach i idiosynkrazjach, przypominam sobie to jego zdanie z felietonu-modlitwy: „Daj, abym znalazł w sobie wyrozumiałość i tolerancję i dzięki nim pogodził się z tym, że racje następnych pokoleń nie muszą być fałszywe z tej jedynie przyczyny, że ja ich nie podzielam".

Młodsze pokolenia nie były już tak wielkoduszne. Za dyrekcji jednego z następców Hübnera pojawił się „regulamin" dla Teatru Powszechnego, złożony bodaj z dziesięciu punktów. Ósmy zalecał: „Pierdol naszego szanownego patrona", dziewiąty: „Młody jebie starego". Chciałbym wierzyć, że był to sztubacki żart, niemniej w takich żartach zwykle kryje się jakieś drugie dno – z naciskiem na dno. (Autor regulaminu wyleciał wtedy z posady, ale przecież wyszedł na ludzi i obecnie pisze świetne scenariusze filmowe).

Z przedstawień Hübnerowskich największe wrażenie zrobiły na mnie: Zemsta (nieprzytomnie śmieszna), Odpocznij po biegu wybitnego, a dziś mało pamiętanego prozaika Władysława Terleckiego, złowieszczy Spiskowcy według Conrada, brawurowa Iwona, księżniczka Burgunda (najlepsza, jaką znam), piękna Medea... Nie zapomnę też Hübnera jako aktora – a grywał rzadko – w roli Moczarskiego w Rozmowach z Katem reżyserowanych przez Wajdę – odważnym i przejmującym rozrachunku z historią; jak wiadomo Moczarski, szef Biura Informacji i Propagandy ZWZ-AK siedział po wojnie w jednej celi mokotowskiego więzienia z generałem SS Stroopem, odpowiedzialnym za likwidację getta. Obaj czekali na wykonanie wyroku śmierci.

Osobno muszę wymienić spektakl, który odchorowałem – Lot nad kukułczym gniazdem. Była to adaptacja słynnej powieści Kena Keseya, która ze szpitala psychiatrycznego uczyniła wielką metaforę zniewolenia jednostki przez system; zniewolenia, dodajmy, które opierało się na powszechnej wśród ludzi – także dzisiejszych – potrzebie ucieczki od wolności. Widziałem Lot dwukrotnie: z Pszoniakiem w roli buntownika Mc Murphy'ego, a potem z Wilhelmim. Do dziś nie umiem powiedzieć, która wersja bardziej mnie oszołomiła. Dość, że w moim pokoiku długo wisiał plakat z tego przedstawienia, ukazujący Pszoniaka w charakterystycznej wełnianej czapeczce, z głową oplecioną przewodami do elektrowstrząsów. Po Pszoniaku Jack Nicholson w filmie Formana wydał mi się mdły.

A w Locie były jeszcze inne wielkie role: Dubrawskiej (autorytarna siostra Ratched) i Pieczki (tajemniczy, autystyczny i niezależny wódz Bromden); no i galeria pacjentów: Pawlik, Łukaszewicz, Szalawski, młody Benoit, Łukaszewicz, Szary. Mój Boże, 1977 rok, to były czasy...

Ale dlaczego właściwie o tym piszę? Sam nie wiem. Chyba, jak by powiedział Białoszewski, z „niemożenia zaśnięcia".

Janusz Majcherek
teatralny.pl
4 marca 2017

Książka tygodnia

Iłła. Opowieść o Kazimierze Iłłakowiczównie
Wydawnictwo Marginesy
Joanna Kuciel-Frydryszak

Trailer tygodnia