Z szaleńcem w pokoju

"Spowiedź szaleńca" - reż. Łukasz Zaleski - Teatr Polski w Poznaniu

Zaczyna się nieźle. Jesteśmy we foyer na pierwszym piętrze teatru. Ubrany w suknię ślubną Przemysław Chojęta, jak gdyby nigdy nic, wychodzi do publiczności, siada na parapecie i zaczyna opowiadać. Nie do końca wiadomo, czy jeszcze mówi do nas aktor, czy już bohater Strindberga, na podstawie książki którego powstał scenariusz spektaklu "Spowiedź szaleńca". Wiadomo, o czym będzie - o kobiecie.

Niezaciemnione pomieszczenie bez prawie żadnych rekwizytów, poza fragmentem scenografii z innego spektaklu w głębi, zmusza aktora do wysiłku, żeby utrzymać uwagę widza. I to mu się początkowo udaje. Chojęta ściąga z siebie suknię i maluje na ciele kreski oddzielające poszczególne jego części, oznacza je numerami. Pod każdą z cyfr kryje się jakaś historia z jego związku. Ich kolejność jest przypadkowa - to widzowie je wybierają. To zaciekawia, każe się zastanawiać, do jakiego finału prowadzi powolne ich odkrywanie, czy losowy porządek ma znaczenie w kontekście opowieści o związku dwojga ludzi. Niestety, w tym momencie spektakl się urywa. Widzowie zostają poproszeni o przejście do małej sali nieopodal. To już ewidentnie pokój szaleńca powyklejany zdjęciami kobiet, rysunkami i notatkami. Tu poznajemy pozostałe sceny z życia małżeńskiego bohatera. Nie jest mu w tym związku najlepiej - utyskuje, że partnerka go wykorzystuje, traktuje (i karmi) gorzej niż swojego psa, zdradza z innymi mężczyznami, przyjaciółkami, a nawet pokojówką. O kobietach wie właściwie tyle, że istnieją cztery ich rodzaje - na wzór rzymskich bogiń: Junony, Diany, Minerwy i Wenus. W dodatku wszystkie mieszają mu się z własną matką, z którą jest połączony stalową chyba pępowiną, której nie sposób przerwać. Żywi się Słodkimi Kubkami. Wie, że po kobietach trzeba poprawiać. Miota się między mizoginizmem a fascynacją ciałem płci przeciwnej. Nie ma w tej historii o kobiecie kobiety. To jego punkt widzenia, w dodatku wykrzywiony przez egocentryzm i chęć wybielenia się w oczach widzów/czytelników ("Spowiedź szaleńca" to autobiograficzna powieść Strindberga, w której opisuje swój związek z pierwszą żoną).

Twórcy deklarowali przed premierą, że chcieliby sprawdzić, jak ta szowinistyczna postawa sprawdza się obecnie - oburza czy już tylko bawi, stanowiąc coś na kształt przyrodniczej ciekawostki. Otóż, nie oburza, a bawi tylko niektórych na widowni. Działania happeningowe, przejścia między salami, interakcje z publicznością, przydługie momenty ciszy osłabiają dramaturgię. Nie budzą się żadne emocje.

Spektakl miał zadatki na to, żeby autentycznie wkurzyć i może w tym wkurzeniu poszukać jakiejś prawdy: o relacjach w związku, o ich ewolucji (od momentu powstania powieści minęło ponad sto lat!), o niespełnionych oczekiwaniach, w końcu o postrzeganiu samego siebie. Zwietrzały już nieco tekst (kto dziś zdradza się z pokojówkami?), w dodatku bardzo osobisty, plus różne pomysły na jego inscenizację nie sprawiły niestety, że przekaz stał się uniwersalny, a opowieść ponadczasowa. A szkoda.

Natalia Grudzień
http://Kultura.poznan.pl
6 lipca 2015

Książka tygodnia

Sztuka aktorska Aleksandry Śląskiej
Uniwersytet Gdański
Marta Cebera

Trailer tygodnia