Z życia ideologów

"Narodziny Fryderyka Demuth" - reż. Maciej Wojtyszko - Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie

Ostatni Wojtyszko jest jak dobre wino: wytrawny, cierpki w smaku, uderza do głowy stopniowo. Wychodzi na wierzch to, co odwieczne, powtarzalne, zawsze takie samo...

Maciej Wojtyszko, powołując się na anglosaską tradycję, od lat uprawia sceniczną biografistykę. Śledząc w swych sztukach prywatne perypetie wielkich osobowości europejskiej kultury, pokazuje je w zmaganiu z deklarowanymi ideami. Nie tylko więc, w najlepszym sensie tego słowa, przybliża ich sylwetki i owe idee, ale niejako testuje je, ujawniając rozmaite paradoksy powstające na przecięciu teorii i praktyki. Z reguły jednak tak wybiera problematykę, by komentować całkiem współczesne spory, oświetlając je przez historyczno-teatralny kontekst.

W Teatrze Słowackiego, gdzie w 2002 roku narodził się sceniczny Bułhakow, bodaj największe autorskie i reżyserskie osiągnięcie Wojtyszki, swoiste pożegnanie poprzedniej epoki – z Krzysztofem Jędryskiem w roli Szywarowa, Joanną Mastalerz grającą Helenę i Hanną Bieluszko jako Olgą, z Mariuszem Wojciechowskim wcielającym się w Erdmana – zrealizował ostatnio Narodziny Fryderyka Demuth, własną sztukę o przyjaźni dwóch ideologów socjalizmu, Karola Marksa i Fryderyka Engelsa. Lekko napisane, ale znaczące dialogi, dobrze narysowane sylwetki bohaterów i reżyseria idąca w kierunku wydobycia tego, co odwieczne i charakterystyczne dla ludzkiej natury, sprawiły, że powstał spektakl nie tyle „historyczny" – choć niezwykle precyzyjny, gdy idzie o realia i mentalność bohaterów – co przyglądający się ludziom podobnym do nas: poddanym ciśnieniu życiowych zadań i ambicji, trudnych warunków bytowych i własnych pragnień, nad którymi nie zawsze panują. Dramat rodzinny, balansujący na granicy powagi i komizmu, przedstawienie świetnie poprowadzone i zagrane.

Na maleńkiej scenie Wojtyszko prezentuje nam prywatne życie autorów Manifestu komunistycznego, pokazując, jak walcząc z burżuazją i arystokracją, a przede wszystkim z kapitalizmem – wspierają się na zdobyczach tego systemu, by przeżyć; jak broniąc interesów niżej urodzonych jako klasy społecznej – krzywdzą tych spośród nich, z którymi kontaktują się bezpośrednio. Przede wszystkim jednak portretuje dwie silne, ale przeciwnie nacechowane osobowości, które, jak to się pięknie mówi, uzupełniają się, ale tak naprawdę jedna żyje kosztem drugiej, żądając zresztą coraz większych poświęceń. Rzecz rozgrywa się w kolejnych, wynajmowanych w Londynie, niezwykle skromnych mieszkaniach Marksa i jego stale powiększającej się rodziny, zaaranżowanych na Scenie Miniatura przez Justynę Łagowską, gdzie Engels przybywa zawsze z koszami żywności, podarunkami i pieniędzmi, wspierając przyjaciela. Spektakl pokazuje jednak, że tego typu związki działają nie bez powodu, spełniając ukryte potrzeby obu stron.

Ekspansywna osobowość Marksa, który ma tendencje do demagogii, granego z lekkim dystansem przez Marcina Sianko, sprawia, że łatwo przychodzi mu brać od innych i posuwać się w tym coraz dalej. Jednak to wokół niego koncentruje się życie. Okazywane emocje zjednują mu bliźnich, a ludzie godzą się na ustępstwa i daniny, bo ujawniane afekty działają jak rozpalone ognisko: przyciągają tych, którzy przychodzą się ogrzać i dopiero po czasie konstatują, że ten pozornie otwarty i gorący człowiek w rzeczywistości myśli tylko o sobie. W przeciwieństwie do Marksa, introwertyczny i powściągliwy Engels Grzegorza Mielczarka nie ma żadnej magnetycznej siły. Co prawda można na nim zawsze polegać, nie wzbudza jednak żywszych uczuć. Nikt więc nie interesuje się Engelsem, jego wyborami i kłopotami, nikt nie wie, jak sobie radzi, a już najmniej obecne na scenie kobiety, choć przecież skrywana szlachetność powinna przyciągać uwagę. Ale Engels nie rozpala zmysłów, nie działa na wyobraźnię. Co więcej, w jednej ze scen z niejakim przerażeniem spostrzegamy, że on sam skrycie podziwia zdolnego przyjaciela. Engels ciągnie do ognia tak samo jak inni. Najwyraźniej żadna gwiazda w jego otoczeniu nie świeci tak mocno jak Marks. Być może najsilniejszym związkiem emocjonalnym w życiu Engelsa, związanego długoletnią miłosną relacją z kobietą, która pochodziła z ludu, z którą jednak nigdy formalnie się nie połączył, była przyjaźń z Karolem Marksem.

W pewnym sensie więc Jenny von Westphalen, pochodząca z arystokratycznej rodziny żona Marksa – jak napisano w programie, „piękna, inteligentna i wykształcona", a grająca ją Dominika Bednarczyk potwierdza wszystkie przypisywane jej cechy – ma sporo szczęścia. Engels mógłby być groźnym rywalem. A tak Marks, niewiele myśląc i nie wkładając w to uczuć, zdradza ją ze służącą, która jednak zachodzi w ciążę. Jenny, po ciężkich wahaniach, zdaje się żywić wiarę, że Helena została uwiedziona przez Engelsa, który na potwierdzenie jej domysłów zaczyna zachowywać się jak przyszły ojciec. Bodaj najciekawsza w tym przedstawieniu jest wewnętrzna walka nietuzinkowej bohaterki. Czy dać się oszukać, jak chcą wszyscy, na czele z Marksem, łącznie z uwiedzioną, uznając ojcostwo Engelsa, który jak zwykle ratuje przyjaciela w potrzebie, i trwać, nadal przepisując rękopisy męża, wierząc w jego gwiazdę, rodząc kolejne dzieci – czy zniszczyć własny związek i rodzinę, pozbawić dzieci ojca i zestarzeć się w zgorzknieniu? Trudny wybór, zwłaszcza że inteligentna Jenny w istocie wie, że to Marks jest ojcem, ale nie dopuszcza tego do świadomości. Dominika Bednarczyk pokazuje, że bohaterka zna prawdę, ale zarazem chce dać się oszukać. Wydaje się, że jej Jenny widzi przez chwilę druzgoczącą perspektywę rozpadu i wycofuje znad przepaści na teren bardziej stabilny i lepiej znany. Poza tym rzeczywiście kocha męża. Gdyby wróciła z gromadką dzieci na łono rodziny von Westphalen, wiodłaby przecież dużo bezpieczniejszą i wygodniejszą egzystencję, choć wymagającą przyznania się do porażki. Jenny bowiem jest partnerką męża na polu nie tylko rodzinnym, ale i zawodowym. Żywi podobne co Marks przekonania, jest redaktorką jego tekstów. Wybierając rozwód, niweczy więc wszystko, co określa jej egzystencję. Są takie momenty, kiedy rzeczywiście decydujemy o życiu swoim i innych... i może dobrze, że robimy to zazwyczaj instynktownie, bo tego typu odpowiedzialność trochę przerasta nasze kompetencje.

W krakowskim przedstawieniu w takiej sytuacji zostaje postawiona kobieta. Ale podobnym hartem ducha musi też wykazać się uwiedziona Helena Demuth, grana nieomal przez debiutantkę, ale już zauważoną aktorkę, Karolinę Kamińską. Marks, który chce przekonać ją do aborcji, by ukryć zdradę, napotyka na twardy opór i dlatego tytułowy Fryderyk w ogóle przychodzi na świat. Jenny naciska na wychowywanie go poza domem, może nie tyle dlatego, że to dziecko służącej, co ktoś ogromnie dla niej niewygodny. Niewygodny też dla jego rzeczywistych rodziców, bo prawda emocjonalna w sytuacji domowej bliskości niechybnie wyszłaby na jaw (nie przypadkiem Marks zawsze wychodził z domu, gdy mały Fryderyk odwiedzał swoją matkę).

Co innego jednak zwraca uwagę na Helenę. Przez myśl jej nie przechodzi, by z powodu własnej krzywdy zniszczyć Marksom życie, choć przecież ich dalsza egzystencja i spokój ducha zależą przede wszystkim od niej. I niekoniecznie dzieje się tak dlatego, że nie ma na to odwagi jako ich służąca i niżej urodzona. Można podejrzewać, że gra tu rolę, wynikający z ducha epoki, szacunek dla tego, co już istnieje: dla małżeństwa Marksów i decyzji o wspólnym życiu, dla ich dzieci, nie przypadkiem często obecnych na scenie, którymi z oddaniem się opiekuje, wreszcie dla samej Jenny, którą ceni i której rodzinę zna, bo u niej przedtem służyła. Helena Demuth na scenie krakowskiego „Słowaka" nieoczekiwanie poraża dojrzałością, obnażając egocentryzm współczesności, wypowiadającej podobne prawdy z upodobaniem i na cały głos, nie patrząc na konsekwencje, choćby to było nie wiadomo jak głupie, krótkowzroczne i samolubne.

I tak oto dwie kobiety i Fryderyk Engels, postawieni przez Marksa w sytuacji, która groziła wielkim wybuchem, ratują spokój jego domu i rodziny, życie i wychowanie jego dziecka, wreszcie – ostatnie, ale nie najmniej ważne – jego autorytet, pozwalający mu na dalsze normalne funkcjonowanie, a prawdopodobnie także istnienie Kapitału, a nawet, strach pomyśleć, I Międzynarodówki. Cała trójka wykazuje się sporą klasą, czego nie można powiedzieć o sprawcy całego zamieszania. Jeden tylko Wilhelm Liebknecht Krzysztofa Piątkowskiego zdaje się nie wiedzieć o tym, co dzieje się wokół, mimo że jest bywalcem domu. Naiwny i zaślepiony działacz wierzy w każde słowo Marksa. Na poły komiczna postać równoważy w spektaklu dramat obu kobiet. Wtajemniczeni wiedzą jednak, że jeśli ideolog mówi, oznacza to talent krasomówczy i biegłość w świecie idei, a niekoniecznie to, że będzie się tego trzymał w działaniu.

Kalina Zalewska
Pismo Teatr
28 maja 2015

Książka tygodnia

Amantka z pieprzem
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Grażyna Barszczewska, Grzegorz Ćwiertniewicz

Trailer tygodnia