Z życia kaczek

"Dzika kaczka" - reż. Agnieszka Lipiec-Wróblewska - Teatr im. W. Horzycy w Toruniu

Na strychu Ekdalów żyje kulawa kaczka z przetrąconym skrzydłem. W pokojach poniżej cała rodzina ludzkich kaczek "postrzelonych" przez pana Werle, według dzisiejszych pojęć - biznesmena. Pan Werle (Paweł Tchórzelski) ze stoickim spokojem upycha swoje kaczki w jednej klatce. Tuczą się latami w przestrzeni rozświetlonej bielą ścian i podłóg, przy eleganckim białym stole ze stylowymi białymi krzesłami

Hjalmar Ekdal (Sławomir Maciejewski), kaczor, który tyje na chlebie z masłem i piwie, żyje tu spokojnie z żoną Giną (Maria Kierzkowska), córką Hedwig (Mirosława Sobik) i zdziwaczałym ojcem (Niko Niakas). Jakoś wiążą koniec z końcem dzięki przemyślności Giny. Gdy przyjrzeć się ubraniom rodziny Ekdalów, gustownym brązom, szarościom i beżom, wzorzystym sweterkom i czapkom, może się wydawać, że ich bieda nie jest aż tak wielka. Biedacy noszą się lepiej nawet niż bogaci państwo Werle. Ale to bieda norweska, z wyższych rejonów niż bieda polska, niechlujna i brudna. Ale i tu, i tam tak samo skrupulatnie wylicza się pieniądze na jutro. Wzrok tuczonej kaczki nie sięga dalej.

Agnieszka Lipiec-Wróblewska wraz z twórczyniami scenografii i kostiumów Dorotą Kołodyńską i Katarzyną Proniewską-Mazurek starała się wznieść historię Ibsena ponad wymiar naturalizmu. Złośliwi powiedzą: w stronę telenoweli, bo obrazki z życia rodziny Hjalmara przypominają sceny przaśnej idylli z ?Klanu czy Na wspólnej, krzepiące pochwały małego rodzinnego szczęścia zagrożonego przez zło z zewnątrz. Życzliwi zauważą jednak, że biel scenografii i dyskretna muzyka Michała Lorenca przemieniają dramat Ibsena w baśń z dalekiego kraju.

Przez pół godziny widz przyzwyczajony do tego, że teatr nim szarpie i dręczy drastycznymi obrazami, może czuć się oszołomiony, okazuje się bowiem, że wymagania wobec niego są w tym przypadku jeszcze większe, że spektakl jest bardzo subtelny i wypełniony niuansami. Można powiedzieć, że ten niemodny dziś teatr, oparty na realistycznym aktorstwie, przy dyskretnej pomocy reżyserki i scenografek, trzyma się mocno. Pozwala przemówić mocnym głosem autorowi, nawet jeśli skreślenia w tekście dramatu miały stanowczy charakter i pozwoliły opowiedzieć całą historię w godzinę dwadzieścia minut, bez udziału wszystkich postaci trzecioplanowych – służby, szambelanów i innych gości. Akcja została sprowadzona do sedna: zbuntowany idealista Gregers Werle (Tomasz Mycan) po kilkunastu latach schodzi z gór, żeby rozprawić się z grzechami ojca.

Gregers u Ibsena miał być figurą w jakiejś mierze metafizyczną, ucieleśnieniem greckiego fatum, trzynastym gościem przy stole, który zawsze przynosi nieszczęście. W toruńskiej Dzikiej kaczce wydaje się postacią na wskroś realistyczną, jednym z tych dorosłych mężczyzn, którzy tak długo pozostają chłopcami, dopóki nie wyjdą z cienia swojego ojca, nie uwolnią się od garbu ojcowskiego autorytetu. Gregers zachowuje oczywiście całą swoją tajemniczość, nie mieści się w poukładanym świecie Hjalmara Ekdala i jego rodziny, nie pasuje do biznesowego porządku w domu ojca. Jak przystało na zbuntowanego idealistę, bezceremonialnie wali Hjalmarowi prawdę prosto w oczy. Popycha Hedwig do samobójstwa, równie nieświadomie, jak to jest zapisane w tekście Ibsena. Gdyby jednak miał być to spektakl o problemie prawdy, to pozostalibyśmy na poziomie telenoweli: iluż mężów dowiaduje się o nieślubnych dzieciach swoich żon, iluż postanawia je porzucić i odepchnąć owoc ich grzechu.

W spektaklu Lipiec-Wróblewskiej o wiele istotniejsza niż ujawnienie prawdy jest kwestia, jak bogaci i biedni radzą sobie z grzechami przeszłości, zwłaszcza z mitem własnego ojca. Reżyserka prezentuje dwie równoległe strategie: pasywną Hjalmara i buntowniczą Gregersa. Ten pierwszy potulnie znosi hańbę ojca, trzyma staruszka w domu, choć publicznie się go wstydzi. Nie ma wyjścia. Kiedy dowie się o przeszłości Giny i o tym, że Hedwig jest córką starego Werle, narobi trochę krzyku, zerwie się jak domowa kaczka do lotu. Po co mu jednak wolność? Ma przecież swój chleb z masłem i swoje piwo, krąg adoratorów własnego „talentu”. Wszystkie kaczki wracają więc do stołu, przy którym króluje Gina. To ona jest strażniczką życiowego kłamstwa, bez którego biedacy nie mogą żyć. Ile ją kosztuje ta rola strażniczki, widać zwłaszcza wtedy, gdy z szeroko otwartymi oczami słucha aluzji Gregersa, zastygając jak posąg nad stołem, centrum jej małej Arkadii.

Swój świat biedacy z mozołem budują latami, zburzyć go można jednym ruchem. Siłą tej inscenizacji Dzikiej kaczki nie jest jednak dramatyczny finał, lecz tajemnica Gregersa. Co nim kieruje w tej misji krzewiciela prawdy? Nie ma na to jednoznacznej odpowiedzi, Gregers pozostaje postacią niepokojącą i niejednoznaczną. Nosi w sobie żal do ojca. O to, że zdradził matkę, kiedy ta była umierająca? Chyba tak. O to, że wciąż goni za kobietami, rywalkami jego synowskiej miłości? Także. Ale reżyserka wyostrza jeszcze relację między ojcem i synem. Inaczej niż w tekście dramatu, stary Werle wzywa do siebie syna nie dlatego, że ślepnie i czuje się samotny. To przecież syty i opanowany biznesmen, który wszystkie relacje z ludźmi układa według klucza utylitarnego. Biznesowy charakter ma jego relacja z synem (przejmiesz firmę), relacja z przyszłą żoną (będziesz moją pielęgniarką) i relacja z „zapomnianą” córką Hedwig (płacę alimenty, więc jestem dobrym ojcem). Kiedy Werle rozmawia z synem, nie patrzy mu w oczy. To znak ślepoty, ale i emocjonalnego chłodu. To portret współczesnego ojca, który „produkuje” kalekie dzieci. To ojciec Andre Agassiego torturujący syna treningami od małego, to ojciec Michaela Jacksona, autorytet, który nie znosi sprzeciwu, depozytariusz prawdy objawionej. Wspaniali ojcowie, dzięki którym dzieci stały się sławne i bogate.

Ceną biznesowego chowu kaczek jest egzystencjalne zranienie dziecka. Gregers w toruńskim spektaklu jest synem nieakceptowanym, odrzuconym przez ojca. Nic nie wiemy o jego relacjach z kobietami, tyle lat był sam. W Hedwig widzi pokrewną duszę, realizatorkę jego dziecinnych marzeń (dziecko musi udowodnić ojcu, że zasługuje na jego miłość). W spektaklu zwracają uwagę dwie charakterystyczne sceny: kiedy Gregers całuje Hedwig w usta, jakby chciał przypieczętować ich tajemną umowę o zabiciu dzikiej kaczki. I później, kiedy oboje pojawiają się w zielonym świetle, zbliżając się do siebie i oddalając – niczym brat i siostra nie tylko w biologicznym, ale i w metafizycznym sensie, para platonicznych kochanków połączonych mistyczną więzią. Trzeba także brać pod uwagę psychoanalityczną interpretację działań Gregersa, ukazującą skrywaną nienawiść do ojca i chęć zniszczenia ludzi – zwłaszcza Giny i Hedwig – którzy stanęli między nim a ojcem. Do końca jednak nie wiadomo, co tak naprawdę kieruje Gregersem.

Doktor Relling (Michał Marek Ubysz) mówi, że śmierć Hedwig nic nie zmieni. W tym świecie jedna kaczka mniej nic nie znaczy. Ale skoro my, mądrzejsi, dzicy i wolni, wiemy, jakie naprawdę są domowe kaczki, to czy warto oferować im coś więcej niż chleb, piwo i menu pańskiego stołu do poczytania?

Artur Duda – polonista, teatrolog, adiunkt w Zakładzie Dramatu, Teatru i Filmu UMK w Toruniu; autor książki Teatr realności; zajmuje się problemami teorii teatru i innych widowisk.

Artur Duda
Teatr
18 lutego 2010

Książka tygodnia

Bauhaus - nauczanie/nowy człowiek
Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego
red. Małgorzata Leyko

Trailer tygodnia

27. Międzynarodowy Fes...
Ewa Pilawska
Artysta w kryzysie 27. Festiwal Sztu...