Za duży ten Krym

"Miłość na Krymie" - reż. Jerzy Jarocki - Teatr Narodowy w Warszawie

Zetknięcia Jarockiego z Mrożkiem mają długą tradycję. Nigdy nie będą zapewne tak słynne, jak współpraca tego ostatniego z Erwinem Axerem, chociaż przybierają formę mniej lub bardziej ciekawych przedstawień. Od ,,Tanga" z lat 60. począwszy, na adaptacji tego samego dramatu w 2010 kończąc

Biorąc na warsztat ,,Miłość na Krymie”, Jarocki miał za plecami cień inscenizacji Axerowskiej z 1998 roku. Wywołała ona olbrzymi spór między autorem a reżyserem. Poszło bowiem o zmiany, jakich dokonał w tekście twórca tak szanujący słowo, jak wieloletni prowadzący Współczesnego. Należy się tu jednak parę słów krytyki względem samego Mrożka. ,,Miłość…” nie jest wcale wybitnym dramatem, dialogi są w dużej mierze naiwne, a rozbudowane didaskalia i do bólu szczegółowy opis scenografii z założenia ograniczają możliwości reżysera i aktorów. Za to prowadzona opowieść rzeczywiście pobudza wyobraźnię, bawią nawiązania do literatury światowej, chociaż próba dotknięcia ,,rosyjskiego ducha” (jeśli był taki zamiar) raczej spełza na niczym. Nie-Rosjanin nie dotknie nigdy specyfiki tego narodu. ,,Miłość…” jest raczej utworem o ludziach chroniących się przed katastrofami historycznymi w ramiona ukochanych osób. Podobnym tropem podążył w swojej inscenizacji Axer. Stworzył bowiem melancholijną opowiastkę o przemijaniu, dziejowej zawierusze, na której uboczu rozgrywają się małe dramaty miłosne. Jednak to one konstytuują właśnie taki, a nie inny bieg Historii.

Jarocki, w swoim stylu, okazuje się bardziej bezkompromisowy. Mrożek już teraz bez oporów (zapewne zrozumiał znaczenie autora w dzisiejszym teatrze – czy raczej jego brak) przyzwolił na niemałe modyfikacje w tekście. Reżyser komentuje teraz ,,Miłość na Krymie” pismami mesjanisty Nikołaja Fiodorowa, wierszami Niekrasowa i artykułami Zizka. Scenografia Juka-Kowarskiego uwzględnia tylko te elementy z Mrożka, które posłużą później bohaterom jako rekwizyty. Charakterystyczny dla Jarockiego minimalizm objawia się nawet w sposobie, w jakim każe grać aktorom.

Postacie wydają się bowiem nie istnieć jako autonomiczne byty. Wielu z grających zapewne niezbyt dosłownie potraktowało zalecenia reżysera, lub po prostu nie dają rady dźwigać roli. Nużąca jest Tatiana Małgorzaty Kożuchowskiej, rażąco obojętny Sjejkin Pawła Paprockiego. Nawet Jan Frycz nie ma pomysłu na Zachedryńskiego, a to przecież wiodąca postać ,,Miłości…”. Grzegorz Małecki jak zwykle jest obsadzony w roli umięśnionego wiejskiego głupka (jak w m.in. ,,Księżniczce na opak wywróconej” Englerta). Za to drugoplanowi Czelcowowie (Anna Seniuk i Janusz Gajos) stanowią arcyciekawe tło dla zdarzeń w spektaklu. I tak najbardziej przekonujący jest Wolf Mariusza Bonaszewskiego.

Rozumiem tu pewien zamysł Jarockiego. Jego przedstawienie ma pokazać ludzi chcących wyzwolić się z historii. Kolejne lata – 1910, 1928 i 1993 – to postępujące po sobie etapy w indywidualnym życiu ludzi. W spektaklu Historia to nie tylko wydarzenia polityczne. Każdy bowiem następny ustrój to inne normy społeczne, zachowania, konwenanse. Przedrewolucyjna Rosja jest spięta gorsetem kurtuazji,  Czechowowskich dialogów i powolnej narracji; komunistyczna ubrana w mundur służebnictwa i współczesna, przysposobiona w kulturę ,,tumiwisizmu” i kapitalistycznej znieczulicy. Są to jednak zaledwie sztuczne formy. Dlatego też Jarocki próbuje zrobić z bohaterów dramatu Mrożka manekiny. Trudno o autentyczność w jakichkolwiek realiach historycznych. Wszystko poddane jest logice rozpędzonej lokomotywy. Tytułowa miłość ma pomóc odnaleźć się postaciom w swoim prawdziwym obrazie. Niestety – nie istniejemy bez Historii. Pod podszewką romansów i poszukiwania wyzwolenia kryje się zawsze jakieś uwarunkowanie.

Nie przekonuje jednak do końca sama realizacja przedstawienia. Poza nierównym aktorstwem, razi choćby ostatnia scena z cerkwią, nieznośnie kiczowata i patetyczna. U Axera monotonny, niespieszny rytm szedł w parze z magią opowieści scenicznej. Tu wszystko wydaje się zbyt toporne, a jednocześnie sztucznie ugładzone. Zadowala komizm (scena z wizytą Francuza), męczą wstawki z przemawiającym Leninem. Jarocki z jednej strony starał się stworzyć spektakl epicki, dramat indywidualnych jednostek z historiozoficzną tragedią. Przerosło go jednak to zamierzenie, głównie przez niedopracowanie wielu istotnych elementów. Nie oznacza to, że przedstawienie jest złe. Ono się ,,podoba” – tylko że to zdecydowanie za mało, jak na taki kaliber przedsięwzięcia.

Szymon Spichalski
Teatr dla Was
14 listopada 2011

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...