Zabrzańska wersja „Stabat Mater"

"Matki" - reż. Katarzyna Deszcz - 13. Festiwal Dramaturgii Współczesnej "Rzeczywistość Przedstawiona"

„Po co nam nasze matki?" Przecież świat bez matki byłby lepszy. Dziewczynki zamieniłyby się w Pippi Pończoszanki, a chłopcy w Tomków Sawyer'ów. Matka jako forma żywa jest niepotrzebna! Jest przeżytkiem! Trzeba ją zastąpić internetowym bractwem, wirtualną wspólnotą! Czy w istocie jest to konieczne? Czy świat bez rodziców stałby się prostszy? Na pytanie o rolę matki odpowiada najnowszy spektakl Piotra Rowickiego, wystawiony na deskach Teatru Nowego w Zabrzu prapremierowo we wrześniu tego roku.

Dramat Rowickiego „Matki" w reżyserii Katarzyny Deszcz to opowieść niezwykła. Bezwzględnie obnaża zachowania wyrodnych dzieci i gloryfikuje matkę, ukazaną jako zafrasowaną rodzicielkę. Figura Stabat Mater Dolorosa została wyjęta ze sfery sacrum
i wtłoczona w rzeczywistość dnia codziennego. W spektaklu ukazano zwyczajną matkę (w tej roli Danuta Lewandowska) bolejącą nad losem dzieci i gotową na wszelkie poświęcenia i ofiary poniesione dla dobra swego potomstwa. Postać przeniesiono na grunt Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, w której miarą rodzicielskiego spełnienia było „odstanie" swojego w gigantycznych kolejkach tworzących się przed sklepami święcącymi pustymi pułkami.

Matka przedstawiona jest jako persona idealna, otoczona nimbem świętości. Jednak kalają ją paradoksalne, groteskowe, wręcz nic nie znaczące grzechy, które w mniemaniu potomstwa urastają do monstrualnych rozmiarów. A największym z nich jest jej długie życie, jakże symptomatyczne dla współczesnej stechnicyzowanej cywilizacji podnoszącej sukcesywnie średnią długość życia dzięki rozwojowi medycyny. Natomiast niewdzięczne dzieci reprezentują społeczeństwo pasożytujące na osobnikach starszych, wykorzystując je do cna i porzucając, gdy stają się nieużyteczne bądź niewygodne, albo po prostu stare.... Cóż zrobić z matką? Zabić? Przeczekać? Oddać komuś? Zamknąć w muzealnej gablocie jako relikt minionych czasów? Nie! Niech sama umrze- ot złoty środek.... Może lepiej troszkę jej w tym pomóc i zabrać na holenderski statek służący do zabijania matek? Sąd trzech arbitrów odprawiony nad matką, wydaje wyrok, skazując rodzicielkę na „łaskę i niełaskę swoich dzieci", czyli zupełnie tak jak w życiu...

Spektakl wskazuje także na toksyczne relacje łączące nadopiekuńczą matkę z dzieckiem oraz apeluje uderzając w widzów parenetycznym przesłaniem nawołującym do zrewidowania stosunku do rodzicieli. Ukazuje studium psychologiczne matki, którą rozebrano na czynniki pierwsze w Instytucie Matkologii. Postać „Matkoznawcy" (Krzysztof Urbanowicz) i Instytut Matkologii zwraca uwagą na fakt, iż matka może być wdzięcznym obiektem badań. Bohater ten pełni rolę narratora, który swobodnie porusza się pomiędzy światami przedstawionymi, ingerując w akcję, niejednokrotnie zatrzymując ją poprzez stopklatkę. Natomiast scena, w której matka została poddana procesowi metamorfozy w „Matkozmieniaczu", przypomina nieco transformację nastolatek lansowanej przez kolorowe gazety i media. Sama idea machiny zmieniającej matkę łudząco przypomina POD (Prywatne Oko Doradcze) z programu prowadzonego w MTV przez Aleksandrę Szwed „Operacja stylówa".

Pomimo tego, że początek nie zapowiadał się szczególnie, to gra na uczuciach, komizm sytuacyjny, językowy, czy postaci (dobór czterech archetypów matek) i umiejętnie stopniowane napięcie sprawiło, że ogólny obraz spektaklu jawi się bardzo pozytywnie. Szczególna dynamizacja akcji ma miejsce, w momencie, gdy na scenie pojawiają się wcielenia matek będących ikonami kultury, wśród których można wymienić: Matkę Boską (Joanna Falkowska) – rewelacyjna kreacja anemicznej postaci i komizm językowy, Matka Teresa od Kotów (Marian Wiśniewski)- zrzutowanie filmowego wyobrażenia wielbicielek domowych pupilów, Demeter (Andrzej Kroczyński)- najmniej udana kreacja, Matka Wyrodna Suka (Renata Spinek) – chyba najbardziej charakterystyczna, wyróżniająca się, acz niedoceniona postać.

Warto wspomnieć także o scenografii stworzonej przez Andrzeja Sadowskiego, która generalnie jest bardzo prosta, ascetyczna, lecz kreatywna i niezwykle funkcjonalna. Ściana tworząca tło w niektórych scenach, w innych przemienia się np. w trybunał sprawiedliwości czy balkon, z którego śpiewa diwa- Violetta Vilas. Pozostaje zadać pytanie: gdzie podziała się muzyka uzupełniająca i nadająca ton spektaklom? Jedynym akcentem muzycznym była piosenka zespołu Madness, nucona w scenie rozpoczynającej i wieńczącej spektakl „Our house", pochodząca z albumu o znaczącej nazwie „The Rise & Fall", oddającej dzieje procesu wychowawczego i relacje zachodzące pomiędzy matką a dziećmi. Życie to sinusoida składająca się z naprzemiennie następujących upadków i wzlotów, sukcesów i klęsk wychowawczych.

Dramat Rowickiego posiada atrakcyjną formę literacką stworzoną poprzez kompilację pieśni religijnych, dziecięcych wierszyków i humorystycznych piosenek. Autor scenariusza stworzył prywatną bazę dzieł artystyczno-literackich poświęconych matce. Finał, może i posiada nieco kiczowatą oprawę, lecz czy nie uwielbiamy takich ładnych estetycznie obrazków połączonych z chwytającymi za serce piosenkami? Wieńczy go happy end związany z powrotem dzieci marnotrwanych na łono matki przedstawionego pod postacią trenu Violetty Villas śpiewającej „List do matki", w którym bohaterowie dokonują symbolicznego zanurzenia. Bo „każdy ma przecież w (matce) początek, wszystko potem to ciąg dalszy"....

Magdalena Mikrut-Majeranek
Dziennik Teatralny Katowice
3 listopada 2013

Książka tygodnia

Trailer tygodnia

Film balkonowy
Paweł Łoziński
Czy każdy może być bohaterem filmu? C...