Zachwycający Głos ludzki Joanny Woś w Łodzi

"Głos ludzki" - reż. Michał Znaniecki - Teatr Wielki w Łodzi

Mistrzyni koloratury i bel canta

O tym, że Joanna Woś jest jedną z najlepszych sopranistek w Polsce i mistrzynią bel canta, wiedzą wszyscy melomani. Ma głos, talent aktorski, figurę i aparycję, której może jej pozazdrościć niejedna gwiazda operowa na świecie. Jej możliwości są nie do przecenienia.

Dysponuje sopranem koloraturowym o pięknej barwie i wspaniałych możliwościach (o skali do F trzykreślnego) i pięknej barwie. Jest laureatką prestiżowej nagrody Basque Prize na Międzynarodowym Konkursie Wokalnym w hiszpańskim Bilbao. Podziwiano jej głos między innymi w Deutche Oper Berlin, Royal Festival Hall w Londynie, Alte Oper Frankfurt, Audytorium w Rzymie czy Operze Narodowej w Wilnie. Jej wielkie kreacje na scenach operowych sprawiły, że wielokrotnie otrzymała Złotą Maskę – nagrodę recenzentów i krytyków teatralnych i muzycznych. Śpiewała z Piotrem Beczałą, Arnoldem Rutkowskim czy Mariuszem Kwietniem.

Od początku kariery jest jednak związana na stałe z Teatrem Wielkim w Łodzi, gdzie debiutowała w tytułowej partii w operze Łucja z Lammermoor.Śpiewa nie tylko partie koloraturowe, ale także dramatyczno-liryczne. Pamiętam jej wielką kreację Gildy w Rigoletcie na scenach Opery Krakowskiej (2004 r, reż. Henryk Baranowski), a w Teatrze Wielkim w Łodzi podziwiałem ją jako Violettę w Traviacie (2013 r., reż. Waldemar Zawodziński) i Donnę Annę w Don Giovannim (2015 r., reż. Maria Sartova) oraz nagrodzoną kolejną Złotą Maską Blanche DuBois w Tramwaju zwanym pożądaniem (2018 r, reż. Maciej Prus).

Mistrzyni monodramu wokalnego

Natomiast kreacja w Głosie ludzkim jest nieporównywalna z niczym, co dotąd usłyszałem i zobaczyłem w jej wykonaniu. Mówi się, że monodram jest najtrudniejszą sztuką dla aktora. Mistrzami monodramu są: Krystyna Janda (Shirley Valentine), Janusz Gajos (Msza za miasto Arras), Jerzy Stuhr (Kontrabasista), Jan Peszek (Scenariusz dla nieistniejącego, lecz możliwego aktora instrumentalnego). Do tego grona powinno się teraz dopisać Joannę Woś, z tą jednak różnicą, przemawiającą na korzyść Joanny Woś, że śpiewanie przez prawie godzinę bez przerwy, z bardzo intensywnymi działaniami na scenie, jest nieporównywalne z wyłącznie aktorskimi monodramami. Joanna Woś jest mistrzynią monodramu wokalnego i nie znam lepszej artystki, która byłaby w stanie ją w Polsce zastąpić.

Tragedia liryczna w jednym akcie Głos ludzki Francisa Poulenca z librettem Jeana Cocteau została wystawiona po raz pierwszy w paryskiej Operze Komicznej w 1959 roku. Poulenc skomponował tę jednoaktówkę dla swojej przyjaciółki Denise Duval, która stwierdziła: To jest bardzo trudna partytura. W porównaniu z nią Butterfly i Tosca są łatwe. Wiem to, bo je śpiewałam. Z tego powodu pewnie ta opera jest rzadko wystawiana, ponieważ trudno znaleźć na świecie artystkę, która jest w stanie udźwignąć niezwykłe wokalne umiejętności (trudny recytatyw) z aktorstwem na poziomie gwiazd filmowych.

Woś zmierzyła się z tą rolą w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej w Warszawie w 2016 roku. Spektakl La Voix Humaine wyreżyserowała znana z nowatorskich rozwiązań Maja Kleczewska, a śpiewaczce towarzyszył na scenie wybitny pianista (związany z Teatrem Wielkim w Łodzi) – Taras Hlushko. Akcja przedstawia zapis rozmów telefonicznych bohaterki z ukochanym mężczyzną, ale także z innymi osobami, które przypadkowo słyszy na łączach telefonu. My jednak nie słyszymy żadnego innego głosu ludzkiego oprócz niej. Kleczewska, zainspirowana filmem Crash Davida Cronenberga, zamieniła miejsce akcji z pokoju na drogę, gdzie miał miejsce wypadek samochodowy.

Na scenie widzieliśmy rozwalone auta z nieruchomymi ciałami. Fatalnym pomysłem Kleczewskiej było wtedy użycie telefonu komórkowego, który dzwonił, atakując uszy widzów marną melodyjką, co miało przybliżyć akcję do naszych czasów. W filmie, wyświetlanym na tylnej ścianie Sceny Kameralnej Opery Narodowej, publiczność oglądała Joannę Woś podczas nocnej jazdy samochodem nie wiadomo dokąd. Pojawiły się w końcu na scenie jakieś żywe postacie, tak naprawdę zakłócające przeżycia bohaterki (bieganie, skakanie, tarzanie się, krew i seks...). Bliżej realności byliśmy wtedy, gdy nastąpił wypadek samochodowy rozedrganej emocjonalnie bohaterki, a znikąd nie nadchodziła pomoc. Po tej premierze pozostał niedosyt.

Natomiast spektakl wyreżyserowany przez Michała Znanieckiego w Teatrze Wielkim w Łodzi jest znakomity. Zadecydowało o tym wiele elementów.

Po pierwsze: w łódzkiej inscenizacji Joanna Woś była perfekcyjna, hipnotyzująca i wzruszająca do łez od początku do końca (tragiczny finał zupełnie wbija w fotel). Melodramatyczna historia kobiety, która podczas załamania nerwowego próbowała popełnić samobójstwo, a w końcu postanawia całkowicie uwolnić się od cierpienia – mogła być banalna, a dzięki Woś nabiera wielu znaczeń i działa na widza bardzo emocjonalnie. Przedstawiona sytuacja jest bliska realności. On ją zostawił i wybrał inną, ona nie może się do niego dodzwonić, w końcu jednak jej się udaje, aby omówić przykre sprawy związane z rozstaniem. Przerwane połączenie doprowadza ją prawie do obłędu. Są w tym spektaklu momenty pokazujące teatr, który przestaje być teatrem, a staje się życiem i przeżyciem, kiedy Woś rzuca telefonem albo lampą. W rozmowie z byłym kochankiem próbuje ukryć emocje, ale my czujemy, że dusi się wręcz w swoim ciele i za moment może wybuchnąć. To mistrzowskie aktorstwo.

Po drugie: muzyka Francisa Poulenca jest tak znakomita, że słuchanie jej wyłącznie w wersji fortepianowej – jak było w Operze Narodowej – to nieporozumienie. Orkiestra Teatru Wielkiego w Łodzi, z wyczuciem i precyzją prowadzona przez Adama Banaszaka, grała zachwycająco.

Po trzecie: świetnym pomysłem było umieszczenie publiczności w tzw. kieszeniach wielkiej sceny, blisko aktorki. Widownia została zbudowana z trzech stron, a w środku było miejsce akcji scenicznej.

Po czwarte: centralnym miejscem akcji była przez połowę spektaklu klatka dla Joanny Woś, przypominająca izolatkę szpitalną dla osoby chorej na koronawirusa. W ciekawej inscenizacji Michała Znanieckiego Ona trafiła do szpitala po próbie samobójczej. To nie jest jednak tylko zabieg formalny. Cierpienie odseparowanej od ludzi bohaterki, wpadającej wręcz w obłęd z powodu osamotnienia i rozpaczy – wzrusza jeszcze mocniej niż gdyby znajdowała się tylko w zwykłym pokoju.

Po piąte: moment wyjścia Joanny Woś z klatki, z rozdarciem folii i uwolnieniem się z tego klaustrofobicznego miejsca był jednym z najlepszych fragmentów spektaklu.

Po szóste: bardzo dobry był pomysł umieszczenia z boku klatki aktorki (Marii Gorlach) znajdującej się w centrali telefonicznej. Była telefonistką – pielęgniarką – kochanką. On (Marcin Ciechowicz) jest pokazany w niedwuznacznej sytuacji z tą młodą kobietą, co daje widzowi impuls do wczucia się w dramat porzuconej kobiety.

Po siódme: brawa dla dyrektora Dariusza Stachury i dyrektora artystycznego Krzysztofa Marciniaka za to, że dbają o rozwój artystyczny Joanny Woś. To właściwie powinno być normalne, że mając taką primadonnę należy dla niej układać repertuar.

Po ósme: przedstawienie obejrzałem na scenie Teatru Wielkiego w Łodzi na początku marca. Premiera miała się odbyć w listopadzie 2020 roku, ale z powodu lockdownu została przesunięta. W listopadzie miał miejsce pokaz w TVP Łódź, ale problemy techniczne sprawiły, że lepiej o nim zapomnieć (niedobry dźwięk, słaba realizacja tv i urwany finał). Warto byłoby zarejestrować to przedstawienie i wyemitować w TVP Kultura.

Po dziewiąte: spektakl został połączony premierowo 5 marca 2021 z jednoaktówką Leonarda Bernsteina "Trouble in Tahiti", o której napiszę w kolejnej recenzji. To dobry pomysł na pełny (dwugodzinny) wieczór w teatrze i moc wrażeń.

Krzysztof Korwin-Piotrowski
ORFEO
24 marca 2021

Książka tygodnia

Niebieska Księga z Nebo
Wydawnictwo Pauza w Warszawie
Manon Steffan Ros

Trailer tygodnia

Napój miłosny
Jitka Stokalska
Opera na Zamku w Szczecinie zaprasza ...