Zaczęło się pod dzwonem Zygmunta

o Andrzeju Wajdzie i Krystynie Zachwatowicz

Łatwo i trudno pisać o Andrzeju Wajdzie i jego żonie Krystynie Zachwatowicz. Traktowani raz razem, raz osobno, oceniani za pojedyncze | dzieła, ostatecznie zaistnieli nierozdzielnie w świadomości społecznej wtedy, gdy w roku 1994 stworzyli w Krakowie Centrum Sztuki i Techniki Japońskiej "Manggha".

Łatwo - bo postaci znane i cenione, osiągnięcia artystyczne ewidentne, nie trzeba niczego wygrzebywać z niepamięci, wszystko zapisane tzw. złotymi głoskami w historii filmu, teatru, sztuki. A także we współczesności: żywej, zmiennej, czynnej. Ale zarazem trudno o nich pisać - bo tych osiągnięć jest zbyt wiele, bo obdzielić można nimi kilka artystycznych życiorysów.

Andrzej Wajda - reżyser filmowy i teatralny, "narodowy wieszcz" kina, wielki autorytet nie tylko artystyczny, laureat Oscara, posiadacz francuskiej Legii Honorowej, najbardziej nagradzany i najbardziej rozpoznawalny na świecie polski artysta kina. Twórca ponad 50 filmów i tyluż samo inscenizacji teatralnych.

Krystyna Zachwatowicz - scenografka, aktorka, bujna i bogata osobowość twórcza, która w pewnym momencie stała się Andrzeja Wajdy najinteligentniejszym współpracownikiem. Obsypana nagrodami głównie za artystyczną działalność w jego filmach i inscenizacjach teatralnych. Żona i artystka. Traktowani raz razem, raz osobno, oceniani za pojedyncze | dzieła, ostatecznie zaistnieli nierozdzielnie w świadomości społecznej wtedy, gdy w roku 1994 stworzyli w Krakowie Centrum Sztuki i Techniki Japońskiej "Manggha" dla pomieszczenia wspaniałej kolekcji sztuki z Kraju Kwitnącej Wiśni zebranej przez Feliksa Jasieńskiego. Centrum - wybudowane za nagrodę, którą otrzymał Wajda w Kioto, ale także "wykwestowane" przez nich oboje na ulicach Tokio, wzmocnione pomocą japońską - stało się z czasem bodaj najbardziej oryginalnym i otwartym ośrodkiem sztuki w Krakowie. Dla Wajdów jest najważniejszym "własnym miejscem" pod Wawelem. Proponuję krótką wędrówkę po Krakowie tegorocznych laureatów nagród miasta. A jest ono dla nich miejscem szczególnym.

Krystyna - warszawianka z urodzenia, ze starej stołecznej rodziny, córka profesora Zachwatowicza, który po wojnie jako główny konserwator zabytków odbudowywał warszawską Starówkę. Łączniczka w powstaniu warszawskim, harcerka Szarych Szeregów, a po wojnie absolwentka liceum sztuk plastycznych w Warszawie, nawet historię sztuki zaczęła studiować na Uniwersytecie Warszawskim. Ale potem coś się zmieniło. Może było coś w powietrzu, głównie politycznym, bo u nas podobno łatwiej było oddychać, nawet mając pod bokiem Nową Hutę. Uciekła więc z Warszawy na Uniwersytet Jagielloński. Skończyła tu historię sztuki, potem krakowską ASP w pracowni profesora Karola Frycza... i zachwyciła swoim talentem pieśniarsko-interpretacyjnym Piwnicę pod Baranami. Czy można trafić lepiej, by zarazić się "duchem Krakowa"? A jednak znowu rozpoczęła swoją wędrówkę, tym razem zawodową. Może jej niespokojny duch okazał się mocniejszy od ducha Krakowa? Zadebiutowała jako scenograf w teatrze w Gnieźnie. Następnie był Sosnowiec, Zabrze, Gliwice, wpadła na chwilę do Warszawy, potem Wrocław, Łódź, Gdańsk. Do dzisiaj dorobiła się ponad 150 pozycji na liście swoich projektów scenografii i kostiumów. To była wspaniała twórczość wędrowna, kontakt z wielkimi reżyserami i wielkimi sztukami. I to nie tylko w kraju, także za granicą, od Niemiec Zachodnich, przez Paryż do Stanów Zjednoczonych; od Tel Awiwu przez Moskwę do Tokio.

Ale zawsze powracała do Krakowa. Do Starego Teatru, gdzie była etatowym scenografem przez 30 lat, do Piwnicy pod Baranami, wreszcie do krakowskiej przystani, czyli mieszkanka przy ul. św. Jana 2. Współpraca z najwybitniejszymi twórcami teatralnymi przypadła na najwspanialsze dla teatru lata 60. i 70. Była scenografem, robiła kostiumy, pracowała przy inscenizacjach Konrada Swinarskiego, Jerzego Jarockiego, Jerzego Krasowskiego, Krystyny Skuszanki, wreszcie Andrzeja Wajdy. Okazał się najbliższy. Artystycznie, a także życiowo. Od 1971 roku, od "Biesów" w Starym, od "Wesela" dla kina, od pierwszego pocałunku (oczywiście w Krakowie i to pod dzwonem Zygmunta na Wawelu) do małżeństwa, wspólnej pracy. Teatr był dla Krystyny podstawą, choć często zagarniał ją również film. Okazała się świetną aktorką. Była Hanką Tomczyk, żoną Mateusza Birkuta w "Człowieku i marmuru" i w "Człowieku z żelaza". Zagrała w "Pannach z Wilka", w "Kronice wypadków miłosnych", w "Panu Tadeuszu". Wajda chętnie wymyślał dla niej mistrzowsko potem rozegrane epizody.

Ale scenografia była i jest najważniejsza. W niej pani Krystyna potrafi się idealnie podporządkować reżyserowi i tekstowi. To tam potrafi jakimś znakiem trafić w sedno reżyserskiej i autorskiej myśli. Dla mnie niezapomniane pozostaną "błotem" umazane brzegi sukien bohaterek "Biesów" Dostojewskiego i Wajdy. A najbardziej lubię maleńki ogródek japoński na samym przodzie sceny w Wajdowskiej inscenizacji "Mishimy". Rzeczy do zapamiętania było więcej, zwłaszcza gdy Andrzej Wajda pracował w Starym Teatrze. Krystyna robiła scenografię do jego "Nastasji Filipowny", do "Zbrodni i kary", "Nocy Listopadowej", do "Emigrantów", "Antygony", "Dybuka", "Sprawy Dantona". W filmach projektowała kostiumy do "Wesela", "Smugi cienia", | a także do najbardziej krakowskiej z krakowskich inscenizacji Wajdy, czyli do serialu "Z biegiem lat, z biegiem dni".

Ten serial to było niepowtarzalne wydarzenie, takie, którym można się było rzeczywiście "wkupić w Kraków", nawet gdyby wcześniej nie było innych zasług w tej mierze. Dla telewizji fotografował Wajda ulice, kawiarnie, mury i zaułki miasta, by oddać tytułowe określenie "Z biegiem lat, z biegiem dni" odnaleźć i przekazać wszystkim, co jest Krakowem, zwłaszcza w tradycji literackiej, malarskiej i architektonicznej.

Andrzej Wajda miał na początku więcej podstaw do tego, by czuć się krakowianinem. Gdy pod koniec lat 80. wystawił pamiątki rodzinne w Radomiu, wśród rozmaitych portretów pojawiło się zdjęcie dziadka, Kazimierza Waydy (tak właśnie się wtedy pisało to nazwisko) jako "wójta z Szarowa pod Krakowem". Okazało się, że najbliższa rodzina - brat, profesor ASP Leszek Wajda - mieszkała w Krakowie, że

matka spoczywa na cmentarzu na Salwatorze. Andrzej studiował na naszej ASP, stąd pojechał w świat i pod Wawel wrócił, by zacząć nową drogę, tym razem jako reżyser w teatrze. Cała jego wielka twórczość teatralna zaczęła się przecież i trwała głównie w Starym Teatrze. A przecież w okresie jego największych inscenizacji w Starym, w latach 70., na ogół nie mówiło się o nim jako o twórcy krakowskim. Nawet wtedy, gdy udało mu się przenieść na ekran prawdziwą "duszę Krakowa", czyli stworzyć najdoskonalszą w dziejach i najbardziej zrozumiałą dla świata filmową adaptację "Wesela" Wyspiańskiego. Uchodził za artystę, który należy do świata - a u nas bywa przelotnie.

Ale Wajda wciąż zbliżał się do swojego Krakowa, a Kraków nie pozostawał mu dłużny. Oznaki pojawiły się, gdy został doktorem honoris causa Uniwersytetu Jagiellońskiego albo wówczas, gdy tej uczelni właśnie oddał swój intymny pamiętnik: własne archiwum kompletowane od lat z pietyzmem i poczuciem precyzyjnego porządku (potem przeniesiono je do Mangghi, Collegium Maius zaś na "pocieszenie" dostało statuetkę Oscara, nagrody odebranej w roku 2000 za całokształt twórczości). W Krakowie była obchodzona szumnie 70. rocznica urodzin mistrza. Tutaj powstał pomysł "Roku Wajdy", wielkiego cyklu imprez, które opierając się na osobistych upodobaniach bohatera owego roku, otwierały światową prezentację największych wartości naszego miasta w wielkiej akcji podsumowującej kończący się wiek, a nazwanej Krakowem 2000.

Ich Manggha, gdzie można najłatwiej spotkać Krystynę i Andrzeja, gdzie zapraszają przyjaciół z okazji różnych uroczystości i rocznic, stała się jednak przede wszystkim wielkim darem dla miasta. Państwo Wajdowie otrzymali wtedy, w 1995 roku, odznaczenie Craeoviae Merenti - Zasłużeni dla Krakowa. Są naszymi ikonami, swoistym naszym punktem odniesienia (co zawistników drażni). Gdy biorą udział w jakimś wydarzeniu w mieście, natychmiast zyskuje ono specjalną rangę. Gdy ich akurat nie ma - zawsze czegoś brakuje. Ale oni ciągle są obecni. Czynni, aktywni, reagujący na każdą sytuację. I dobrze, że Kraków potrafi się tym cieszyć.

Andrzej Wajda dom ma również w Warszawie. A więc może Kraków dla Wajdy to nie tylko "prywatność", ale jest opowiedzeniem się za formacją kulturową, tradycją, "krolewskością", misją? Wszak filmy Wajdy były zawsze służbą społeczną. Krążył po naszej historii, trwał na różnych posterunkach, jest czujnym i zawsze odważnym obserwatorem. I za to wszystko go kochamy.

Maria Malatyńska
Kraków
20 grudnia 2011

Książka tygodnia

Kantor Nie/Obecność
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Katarzyna Fazan

Trailer tygodnia

Nastazja wychodzi za mąż
Krzysztof Babicki
Kameralny spektakl o namiętnościach n...