Żadnych złudzeń

Słysząc tytuł sztuki Janusza Głowackiego od razu przychodzi nam na myśl uwspółcześniona wersja antycznej tragedii Sofoklesa.

Nic w tym dziwnego. O „Antygonie" słyszał chyba każdy, to zdecydowany klasyk wśród gatunku jakim jest dramat. Nowy York natomiast jednoznacznie przywodzi na myśl Amerykę, a ona jest powszechnie znanym przodownikiem wszystkiego co nowe.

Nowy York kojarzy się jednak z czymś jeszcze – z gigantycznym problemem bezdomności, który dotyczy właściwie całego świata. Spektakl skupia się na tragedii poszczególnych jednostek dotkniętych tym właśnie problemem, a przy tym stara się sprawić by widz indywidualnie spojrzał na każdego z bohaterów – jego przeszłość, teraźniejszość i perspektywy przyszłości.

„Antygona w Nowym Jorku" opowiada historię trójki bezdomnych – Anity, Pchełki i Saszy. Główna oś fabularna skupia się wokół kwestii pogrzebu Johna, ukochanego Anity. W związku z tym, że i on był bezdomny władze miasta chcą pochować go w masowym grobie. Anita nie mogąc znieść tej myśli postanawia namówić Saszę i Pchełkę na wykradzenie zwłok Johna z kostnicy i pochowanie go z należytym szacunkiem – w parku. Jak widać, wątek pogrzebu z honorami bezpośrednio nawiązuje do treści „Antygony", ale na pewno nie powiedziałabym, że sztuka Głowackiego jest współczesną interpretacją czy nawet jakąś wariacją na temat tragedii Sofoklesa. W całości chodzi o coś zupełnie innego – o podejście nas, jako ludzi z dachem nad głową, do bezdomności.

Spektakl rozpoczyna monolog policjanta, który deklaruje, że nie ma niczego przeciwko bezdomnym, że nie ulega stereotypom. W tym miejscu widzowie powinni zadać sobie pytanie czy sami są od podobnych uprzedzeń wolni. W kolejnych scenach spektaklu poznajemy po kolei bohaterów, którzy prowadzą nas przez świat bezdomności. Dowiadujemy się tym jak okrutnie doświadczyło ich życie (np. Anita, która wydała wszystkie pieniądze by pochować matkę w swojej Ojczyźnie) i jak bardzo nadal w tej przeszłości tkwią (np. Sasza, który wciąż nazywa Petersburg Leningradem). Poznajemy też ich marzenia w stosunku do przyszłości (np. Pchełka planuje przyjazd swojej ukochanej). Ich postacie nie są przesłodzone, maja zarówno wady jak i zalety. Obserwujemy też dynamikę relacji między postaciami – ich kłótnie, ale i wsparcie jakie sobie okazują. Mamy dużo czasu na wyciąganie własnych wniosków, spektakl nie jest bowiem zbyt dynamiczny i niestety, nie jest również równy. Są momenty bardzo dobre, ważne i trzymające w napięciu, ale są i takie, które nieco się dłużą, a przy tym nie są szczególnie ważne.

Jeżeli chodzi o realizację sztuki to jest ona absolutnie poprawna. Aktorzy radzą sobie bardzo dobrze, chociaż to zdecydowanie Piotr Seweryński w roli Saszy gra pierwsze skrzypce. Wyśmienicie sprawdzają się kostiumy Tomasza Ryszczyńskiego, które w połączeniu z dość minimalistyczną scenografią budowały klimat, a w niektórych scenach pozwalały poczuć się widzom jak w prawdziwym parku po zmroku. Niestety ten nastrój burzyły dla mnie zdecydowanie zbyt jasne światła – dopiero pod koniec sztuki zorientowałam się, że cała akcja działa się jednej nocy. Nie wykorzystano też moim zdaniem pełnego potencjału świateł neonowych, które były elementem scenografii. Włączone były tylko na chwilę w paru scenach, chociaż efekt jaki dawały był zdecydowanie ciekawy. Warto też wspomnieć o opracowaniu muzycznym w wykonaniu Jakuba Raczyńskiego – tu również nie można mówić o wyrównanym poziomie czy pełnym wykorzystaniu potencjału. Efekty muzyczne w tle spektaklu są zdecydowanie dość mizerne, jest ich dość mało, a przy tym nie zapadają w ucho. Z drugiej strony, w spektaklu bierze udział sam autor opracowania muzycznego grając na żywo na saksofonie – widać, że ma talent i świetnie sobie radzi, ale niestety takie wstawi pojawiają się praktycznie tylko w czasie zmian scenografii, a nie jako pełnoprawny element przedstawienia. Na wspomnienie zasługuje też śpiew czy też nucenie Jolanty Jackowskiej – miało bardzo dużo uroku, a przy tym było niesamowicie nastrojowe.

Głównym walorem „Antygony w Nowym Jorku" jest jej wielopłaszyznowa przekazowość oraz gorzkość z jaką nas pozostawia. Oglądając sztukę zdajemy sobie sprawę, że przeszłość determinuje przyszłość, że jest fundamentem, na którym opiera się całe nasze życie, że bardzo łatwo jest zostać uwięzionym w więzieniu swojej przeszłości. Jednocześnie uświadamiane jest nam, że nie jesteśmy w stanie zrozumieć w pełni zachowania innych, póki ich przeszłości nie poznamy i co za tym idzie powinniśmy wstrzymać się z oceną, chociaż to absolutnie nie leży w ludzkiej naturze. Obserwujemy nadzieje bohaterów, ich plany i marzenia, ale jako widzowie zdajemy sobie sprawę, że dla tych bohaterów nie ma już nadziei, a oni tylko się łudzą. Zresztą sami bohaterowie zdają się to dostrzegać we wszystkich poza sobą samym.

Samo zakończenie odziera widzów z pozostałych złudzeń – żyjemy w świecie, w którym nie dla każdego jest nadzieja, w którym niestety nie dla każdego jest miejsce i który często pod fasadą pomocy i tolerancji skrywa coś całkiem przeciwnego. Gorzkie jest to zakończenie, odziera z ideałów i pozostawia nas z poczuciem ogromnej niesprawiedliwości.

Chociaż może właściwie jest nawołaniem do beznadziejnej walki z tą niesprawiedliwością?

Paulina Kabzińska
Dziennik Teatralny Łódź
7 grudnia 2021
Portrety
Andrzej Szczytko

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia