Zaległość

"Oddech życia" - reż: Romuald Szejd - Teatr Scena Prezentacje w Warszawie

W polskim teatrze brakuje ról dla wielkich aktorek. Wspólny występ Jadwigi Jankowskiej-Cieślak i Teresy Budzisz-Krzyżanowskiej to wyjątek potwierdzający regułę

Dyrektor Sceny Prezentacje Romuald Szejd jako jeden z niewielu postanowił prochu nie wymyślać. Jadwiga Jankowska-Cieślak i Teresa Budzisz-Krzyżanowska grają u niego po raz kolejny. W ostatnich sezonach pierwszą mogliśmy oglądać w "Na skraju lasu", drugą w "Pięknej pamięci" i "Sarabandzie" - spektaklach, w których nachalna przegadana reżyseria nie przesłaniała aktorstwa właśnie. Aktorstwa skupionego, opartego na słowie i czystych emocjach, opartego na sile scenicznej obecności. 

Nie chciałbym, żeby repertuary polskich scen opierały się niemal wyłącznie na dwuosobowych sztukach nawet dla znakomitych aktorek. Jednak nie mogę pojąć wciąż, czemu taki "Oddech życia", w którym zagrały bądź co bądź gwiazdy warszawskiego Teatru Ateneum, nie mógł powstać właśnie tam. Jankowska-Cieślak nie może czuć się całkowicie przy Jaracza niewykorzystana. Zagrała intrygującą postać pozbawionej wieku Urszulki - dziewczynki, która nosi w sobie pamięć rodzinnej tajemnicy w "Trash story" Eweliny Pietrowiak i pojawiła się w upiornej singerowskiej cepeliadzie przyrządzonej przez Izabellę Cywińską "Namiętności". A co z Teresą Budzisz-Krzyżanowską? Nie grała prawie w Teatrze Narodowym, choć była pierwszą aktorką przyjętą tam przez Jerzego Grzegorzewskiego. Szukając wyzwań, trafiła nawet do "Termopil polskich" w Teatrze Nowym w Łodzi (w reżyserii Andrzeja Marii Marczewskiego) i spektaklu "W kamiennym domu", przygotowanego w Tarnowie przez Kazimierza Brauna. Z racji ich jakości byłoby lepiej, gdyby nie wzięła w tych przedstawieniach udziału. Po przejściu do Ateneum stworzyła tylko barwną, postawioną wbrew własnym warunkom rolę w "Czaszce z Connemary" Kazimierza Kutza, a następnie została pognębiona harlequinowatym sztuczydłem "Czy pani lubi Schuberta". W ostatnim sezonie - pierwszym pod dyrekcją Cywińskiej - rola na miarę klasy Budzisz-Krzyżanowskiej przy Jaracza się nie znalazła. 

Nie lepiej jest gdzie indziej. Anna Seniuk zagrała właśnie w "Dniu Walentego" Wyrypajewa w Gorzowie Wielkopolskim. Nie mam nic przeciw Gorzowowi ani temu, żeby tamtejsi widzowie mogli obejrzeć na własne oczy wybitną aktorkę. Czy jednak fakt, że Seniuk musi szukać takich propozycji, nie powinien dać do myślenia kierownictwu Teatru Narodowego, do zespołu którego artystka należy? Ostatnią rolą zagraną dotąd przez Seniuk na macierzystej scenie był epizod w "Iwanowie" Jana Englerta (premiera w kwietniu ubiegłego roku). A wcześniej w Narodowym aktorka zagrała ledwie cztery razy, wliczając w to absurdalny epizod w "2 maja". Zamknięcie Teatru Małego przypomniało o legendarnych inscenizacjach zrealizowanych w podziemiach warszawskiego Juniora. Przede wszystkim o słynnej "Antygonie" Hanuszkiewicza, w której wybuchnął talent Anny Chodakowskiej. Świetna aktorka wciąż jest w Narodowym. Jest, ale jej nie ma. Grywa głównie epizody, większe role dostając na... Scenie Prezentacje lub - jak ostatnio - w Teatrze Kamienica. Wielkim comebackiem i przypomnieniem siły Chodakowskiej miała być "Stara kobieta wysiaduje" z popisową tytułową partią. Chodakowska zrobiła, ile mogła, ale przegrała z pogrążonym w marazmie spektaklem Stanisława Różewicza. Może szefowie Narodowego, układając repertuar, wreszcie sobie o niej przypomną? 0 tym, że warto, świadczy to, że każda z wymienionych aktorek, i pewnie wiele innych obsadzanych równie sporadycznie, niesie ze sobą pamięć dawnego teatru, warsztat nie do zakwestionowania, wreszcie najczystszy profesjonalizm w podejściu do narzuconych zadań. Udowodniła to choćby Anna Polony, w znakomitym stylu wracając na scenę krakowskiego Starego Teatru we wspaniałym "Król umiera, czyli ceremonie" przygotowanym przez Piotra Cieplaka. Polony to, każdy wie, wulkan energii. Już cieszę się na "Pana Jowialskiego", którego ma zrealizować w tym sezonie w Polonii, u Krystyny Jandy. Dopominam się o Jankowska-Cieślak, Budzisz-Krzyżanowską, Chodakowską czy Seniuk we własnym - widza i krytyka - interesie. Mam pewność, że bez ich aktorstwa polski teatr jest najzwyczajniej w świecie uboższy i chyba nieco mniej mądry. Ubywa mu barwa, której nie mogą wnieść na scenę młodzi. Poza tym, kto powiedział, że dla aktorek o ustalonej pozycji nie ma repertuaru? A może problem tkwi gdzie indziej. Może polski teatr podświadomie boi się konfrontacji? Bo te aktorki nie oszukują na scenie i same nie pozwolą się oszukać.

Jacek Wakar
Dziennik
12 września 2009

Książka tygodnia

Historia męskości
Wydawnictwo słowo/obraz terytoria Sp. z o.o.
Praca zbiorowa

Trailer tygodnia