Zamiast kary - nagrody

1. Polska w IMCE. Niecodzienny Festiwal Teatralny

Festiwali teatralnych w Polsce nie brakuje. Z roku na rok pojawia się ich coraz więcej. W niektórych ośrodkach nawet po kilka. I jakoś znajdują się na to pieniądze. Nie miałabym nic przeciwko temu, gdyby ilość przechodziła też w jakość. No i gdyby takie przeglądy spektakli stawały się dla teatru zdrową, artystyczną i intelektualną inspiracją do działań twórczych. Ale tak nie jest. W większości oglądamy żenujące przedstawienia, których wartość artystyczna jest żadna. Są to najczęściej mierne spektakle bazujące głównie na skandalizowaniu. I właśnie najczęściej takie antywartości decydują o "wielkości" dzieła.

Ponadto do udziału w tych licznych przeglądach teatralnych zapraszane są w większości te same przedstawienia. Klucz jest taki, że jeżeli spektakl pojawi się na jakimś festiwalu, to właściwie ma już zapewnione uczestnictwo w pozostałych tego typu przeglądach. Przykładem jest tu najgorszy duet pseudoteatralny, czyli Monika Strzępka (reżyser) i Paweł Demirski (autor sztuk). Można powiedzieć: duet dyżurny, wszak ich spektakle obsługują jeśli nie wszystkie, to większość festiwali. Winę za to ponoszą nie ci, którzy te spektakle realizują, lecz ci, którzy tę miernotę wybierają i zapraszają (tzw. selekcjonerzy, szanowne komisje i dyrektorzy festiwali).

Festiwal w prywatnym warszawskim Teatrze IMKA różni się od pozostałych przeglądów teatralnych głównie tym, że trwa - uwaga - cały rok. Rozpoczął się w styczniu 2013 roku i według organizatorów ma trwać do końca roku. Nie wiem, czy gdzieś jeszcze w Polsce jest podobna impreza teatralna o tak długim terminie.

Nawet tuman może być wybitny

Dobór przedstawień na ten festiwal pod względem gustu estetycznego i w ogóle pod względem poziomu artystycznego, nagromadzenie wulgaryzmów językowych i obrazowych spektakli oraz tematyki przedstawień (a więc krytyka Kościoła, ośmieszanie symboliki religijnej, szyderstwa z ikony Matki Bożej), kontrowersji obyczajowych itd. - właściwie nie różni się od pozostałych przeglądów teatralnych. Pomijając wyjątki, jak na przykład dobre, interesujące przedstawienie w IMCE "Wodzirej" w reżyserii Remigiusza Brzyka podejmujące ważne problemy natury społeczno-psychologicznej, a także sprawy tożsamości, manipulacji jednostką itp.

Główny bohater, Lutek Danielak (dobra rola Wojciecha Błacha), jest aktorem, który nie zrobił kariery, gra w reklamówkach. I oto pojawia się możliwość poprowadzenia balu jako wodzirej. Chętnych jest wielu, musi zawalczyć o tę "rolę". Z poradnika instruktażowego, jak zrobić karierę, dowiaduje się, że nawet tuman czy taki przeciętniak jak on może stać się kimś ważnym, osobowością wybitną. Trzeba tylko uwierzyć w siebie, być asertywnym, przebojowym, iść do przodu nawet kosztem innych, nie zważając na żadne morale, sumienie itp. Bo "ty jesteś Michałem Aniołem swojego życia. A Dawid, którego rzeźbisz, to ty" - podpowiada mu poradnik. Na pytanie, co dla niego jest ważniejsze - rodzina czy kariera, odpowiada: kariera.

Znakomite odniesienie do funkcjonujących dziś rozmaitych otumaniających ludzi nurtów pseudofilozoficznych, jak New Age i innych, gdzie człowiekowi wmawia się, że nie potrzebuje Boga, bo sam może siebie uzdrowić, wskrzesić itp. Dobry spektakl, a byłby bardzo dobry, gdyby reżyser skrócił niektóre sceny, co nadałoby przedstawieniu pewien rytm i większą zwartość dramaturgiczną. Ale tego typu spektakle nie należą do tych najczęściej zapraszanych na przeglądy teatralne. Rekordowymi bywalcami festiwalowymi są inne. Weźmy dla przykładu dwa takie spektakle pokazane w ramach festiwalu w IMCE.

Od kiedy dewiacja nazywa się tabu

"Lubiewo", według książki Michała Witkowskiego, w reżyserii Piotra Siekluckiego (Teatr Nowy w Krakowie), to - najkrócej mówiąc - promocja homoseksualizmu. Obsceniczne sytuacje (wręcz "klozetowe"), wulgaryzm w słowie i obrazie. Coś obrzydliwego, nieestetycznego, trudno wysiedzieć do końca, bo zbiera się na mdłości. Kiedyś mówiło się o kimś, komu można zaufać, że jest "zdrowy na umyśle". Otóż myślę, że żaden twórca "zdrowy na umyśle" (i nie tylko na umyśle) nie zająłby się takim badziewiem. Ten spektakl jest niczym innym jak tylko babraniem się w ekskrementach. I to z lubością. To dopiero przykład dewiacji. I pomyśleć: przedstawienie to zostało nagrodzone na festiwalu prapremier w Bydgoszczy za - uwaga - przełamywanie tabu! A ja mam pytanie do szanownego jury: od kiedy dewiacja nazywa się "tabu"?

Drugie przedstawienie pokazane w Teatrze IMKA, które także jest często zapraszane na festiwale i nagradzane, to "osławiony" już spektakl z Teatru Polskiego w Bydgoszczy "Popiełuszko" [na zdjęciu] Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk, w reżyserii Pawła Łysaka. To ten sam spektakl, który został oprotestowany przez radnych prawicy w Bydgoszczy. Wiele wskazuje na to, że tak agresywnie antyklerykalne przedstawienie ma na celu podważenie świętości błogosławionego księdza Jerzego i niedopuszczenie do wyniesienia go na ołtarze jako świętego.

Jak można się domyślić w oparciu o spektakl, zarówno autorce tekstu, jak i reżyserowi wyraźnie zależy na zdyskredytowaniu Kościoła jako instytucji i obciążeniu winą za śmierć kapłana ówczesnego Prymasa Józefa Glempa, który w spektaklu został przedstawiony karykaturalnie jako zniedołężniały grubas. Przykrywanie czarną płachtą samochodu ma tutaj charakter groteskowy, podobnie zresztą jak interpretacja zabójstwa księdza przez ubeków, którzy mówią: "Jesteśmy mordercami, jesteśmy niewinni, jesteśmy narzędziami w rękach Boga". Temu narodowemu dramatowi, jakim było okrutne zamordowanie księdza Jerzego, został tu odjęty tragizm, mordercy zaś zostali przedstawieni całkiem sympatycznie, na wesoło, co sprawia, że publiczność się śmieje.

Za co nagrody?

To marny tekst, wypaczający istotę tragedii. Jawi się więc pytanie, z jakiego powodu autorka sztuki otrzymała w Gdyni nagrodę za te wypociny? Jakimi kryteriami kierowali się jurorzy? I czy w ogóle jakiekolwiek kryteria (poza polityką) wchodziły tutaj w grę? Również reżysersko jest to rzecz nieudolna. A mimo to także spektakl otrzymał nagrodę. Widocznie jurorom nie przeszkadza chaotyczna narracja, bezsensowne nagromadzenie wątków, które nijak mają się do całości, fatalne prowadzenie aktorów przez reżysera, gdzie połowa tekstu jest wybełkotana, bo aktorzy nie mają pojęcia o dykcji, będącej przecież podstawowym narzędziem zawodu aktora itd., itd. Cały wysiłek twórców spektaklu idzie w kierunku "dowalenia" Kościołowi, polskiej tradycji i wartościom narodowym (anty-Polak mówi: "czarna banda wchodzi do mojego domu"). To anty-Polak jest tutaj głównym bohaterem. Jego racje mają być przyjmowane jako te właściwe. Jak należy rozumieć umieszczenie postaci księdza Popiełuszki i anty-Polaka razem w bagażniku samochodu? To kolejna groteskowo potraktowana scena. Podobnie jak wprowadzenie wątku profesora "od kur", co ma być aluzją do kurii warszawskiej, że nie wspomnę już o parodiowaniu na wesoło pieśni "Boże, coś Polskę", "Rozszumiały się wierzby płaczące" czy "Czerwone maki". Podobnie groteskowo wybrzmiewa scena pozowania księdza Jerzego na Chrystusa Ukrzyżowanego. A już scena, w której ksiądz Jerzy wychodzi z worka i (chyba z zaświatów) mówi do matki: "Mamo, płynę do ciebie" - przekracza wszelkie normy przyjęte w kulturze kraju cywilizowanego.

Księdzu Jerzemu został tu odjęty klimat sakralny. Zarówno prosty (żeby nie powiedzieć prostacki, a chwilami wręcz prymitywny) sposób bycia, jak i ubiór ("cywilna" podkoszulka i dżinsy) stylizują go na osobę świecką. Jest przecież jakaś granica etyczna, której się nie przekracza, bez względu na wyznawany światopogląd i system wartości.

Temida Stankiewicz-Podhorecka
Nasz Dziennik
13 maja 2013

Książka tygodnia

Sztuka aktorska Aleksandry Śląskiej
Uniwersytet Gdański
Marta Cebera

Trailer tygodnia