Zanim wszyscy ludzie będę Braćmi...

"Szkoła błaznów" - reż. Zbigniew Szymczyk - Wrocławski Teatr Pantomimy

Michel de Ghelderode, nieżyjący już belgijski dramaturg, pisarz i poeta, zaliczany jest do czołówki twórców awangardowych XX wieku. Jego sposób widzenia zbliżony był do tego samego kulturowego kręgu Breughela i Boscha - malarzy odrażających. Inspirował się komedią ludową (Commedia dell'arte), powstałą we Włoszech w połowie XVI wieku, wywodzącą się z tradycji antycznego mimu, rzymskiej pantomimy i błazeńskich popisów średniowiecznych histrionów. Ghelderode w swojej twórczości epatował okrucieństwem, groteskową fantastyką, czarnym humorem, makabrą oraz absurdem. Miał skłonność do przedstawiania absurdalności losu człowieka poprzez doświadczania sytuacji granicznych, skrajnych. W swoich utworach często traktował o sprawach ostatecznych: życiu i śmierci, miłości i nienawiści.

W jego utworach, bogatych w symbolikę i ocierających się o mistycyzm, łatwo również odnaleźć takie wątki, jak cierpienie czy religijna ekstaza. Ghelderode stworzył teatr niejednoznaczny - jego dramaturgię należy łączyć przede wszystkim z teatrem i z tym, co w teatrze jest widowiskiem, a nie literaturą. Jego zamysł stanowi dla inscenizatorów ogromne wyzwanie i, jak zauważają krytycy teatralni, sztuki jego autorstwa rzadko są grane z powodzeniem. Trzeba być niezwykle sprawnym i dojrzałym reżyserem, żeby dziełom dramaturga nadać sceniczny kształt.

Odważnych realizatorów jednak nie brakuje. Zbigniew Szymczyk postanowił jednym z dramatów Ghelderode'a zainaugurować nowy sezon w kierowanym przez siebie Wrocławskim Teatrze Pantomimy. Podjął się reżyserii "Szkoły błaznów" napisanej w 1942 roku. Premiera spektaklu Szymczyka odbyła się 10 października 2014 roku na Scenie na Świebodzkim. Odwaga inscenizatora nie wynika najprawdopodobniej z braku pokory, ale za świadomości, że założenia belgijskiego dramaturga znakomicie wpisują się w filozofię Henryka Tomaszewskiego, który z czasem zaczął odchodzić od literatury i inspiracji w źródłach i formach teatru, między innymi właśnie w komedii dell'arte, w niemym filmie czy w samym ruchu, traktowanym w kategoriach syntezy doznań i wrażeń. Odwaga mogła wynikać również z chęci pokazania swojej reżyserskiej wizji, autorskiej wizji, która jak się okaże, nie będzie wcale niejednoznaczna przez niejednoznaczność i tajemnicza przez tajemniczość, ale zagmatwana przez nieczytelność intencji - przynajmniej w niektórych partiach.

Akcja, jak wskazuje tytuł sztuki, rozgrywa się w szkole błaznów (u Ghelderode'a - średniowiecznej, u Szymczyka - uwspółcześnionej), w której mistrz Szalej, upozorowany na Charlesa Chaplina (jeśli tak, to zabieg bardzo udany), przygotowuje swoich następców do trudnej roli - do życia u boku ówczesnych władców. Tylko on bowiem posiada sekret błazeńskiej sztuki. Ową szkołę tworzy u Szymczyka prawie pusta przestrzeń. Nie miejsce jest ważne, ale ludzie z nim związani. Na scenie dostrzec można jedynie sztuczne tworzywo, będące imitacją trawy (spełni swoją rolę zaraz na początku przedstawienia) i niewielkich rozmiarów płytę, która w finale wykorzystana zostanie jako "ściana śmierci". Dzięki takiemu rozwiązaniu natychmiast dało się uchwycić opozycję "życie (nadzieja) - śmierć". Scenografia, i słusznie, została pomyślana tak, by nie przysłaniała gry aktorów, występujących w większości w roli uczniów, którzy jeszcze niedawno wiedli normalne życie i nie myśleli o konieczności zmagania się z wrogiem. Szkoła urządzona przez Szymczyka może jawić się jako metafora systemu totalitarnego, Szalej - jako swoisty tyran, oprawca, a uczniowie - błazny - jako społeczeństwo, które tej tyranii ulega, z którą, na szczęście, zechce walczyć. Uczniowie stają się w tym układzie bohaterem zbiorowym. Trzeba jednak pamiętać, że tłum ten tworzą znakomicie przygotowani aktorzy, którzy, choć posiadają indywidualne predyspozycje i na scenie pojawiają się jako odtwórcy swoich indywidualnych ról, tylko w grze zespołowej mogą osiągnąć fantastyczne efekty sceniczne i w ten sposób zaimponować publiczności - bacznie obserwującej ich każdy ruch. I z zachwytu, i z pragnienia zrozumienia sensu widowiska pantomimicznego. Żeby była jasność - opowieść Szymczyka wcale nie jest klarowna, przez co momentami bardzo nużąca. Niektóre jej partie są tak zapętlone, że można stracić nadzieję na zrozumienie sensu, a tym samym - na dalsze oglądanie. Widzowie, którzy wcześniej nie zapoznali się z kontekstem, mogli zachwycać się tylko dobrze zorganizowaną choreografią, profesjonalizmem aktorów, różnorodnością obrazów, paletą kolorów i wspaniale zaaranżowaną muzyką. Bezradność co niektórych widzów zdradzały ich skrajne reakcje. Śmiech zamiast łzy, łza zamiast śmiechu, ale to się ostatnio dosyć często zdarza. Szymczyk, podążając za autorem dramatu, doprowadza do próby wyzwolenia uczniów. Stawia Szaleja w sytuacji, w której musi zmierzyć się z nienawiścią wychowanków. Uczniowie, pod wodzą Onastryka, będą chcieli go zmiażdżyć najpierw moralnie, a później fizycznie. Ujawnienie finału byłoby z mojej strony ogromnym nietaktem, choć poniekąd zdradziłem jego nastrój, pisząc wcześniej o "ścianie śmierci". Nie wspomniałem jednak, kto przy niej stanie, a to wydaje się dla tego spektaklu kluczowe. Wcale przecież nie musi być tak, jak u belgijskiego dramaturga

"Sekretem sztuki, wszelkiej sztuki jest okrucieństwo" - można przeczytać w ostatnim zdaniu dramatu. Okrucieństwo staje się kluczem do interpretacji i zrozumienia tekstu Ghelderode'a Próba wyjaśnienia, czym ono jest, jak się objawia, jak reagują na nie ludzie, była nadrzędnym celem Szymczyka, który udzielił raczej zawoalowanych odpowiedzi. "Szkoła błaznów" w jego reżyserii miała skłonić do refleksji nad koncepcją losów ludzkości, a także nad historią okrucieństwa, przemocy i prześladowań. Wydaje się, że reżyser sam nie objął myślą potęgi problemu, o którym chciał opowiedzieć publiczności. Trudno go za to winić. Okrucieństwa nie da się zrozumieć. Można jemu jednak przeciwdziałać. I do tej walki zachęca Szymczyk bardzo otwarcie. W obecnej sytuacji politycznej nikt nie powinien mieć problemu z właściwym odczytaniem wizualizacji (słowa uznania należą się autorce - Marii Porzyc), na której widać było, jak z polskiej flagi, bez sprzeciwu Polaków, kolor biały wypierany jest przez kolor czerwony, jak bulgocząca krew zalewa naszą suwerenność, jak toniemy w systemie naszych wschodnich sąsiadów, jak poddajemy się tyranowi, jak stajemy się marionetkami w naszym niepodległym, póki co, teatrze. Szymczyk zastanawia się również, dlaczego współczesny świat, obwarowany różnorodnymi aktami prawnymi, nie potrafi poradzić sobie z przemocą. Mógłby śmiało zapytać, dlaczego praworządne i sprawiedliwe ugrupowanie polityczne złożyło wniosek o wycofanie z porządku posiedzenia Sejmu punktu dotyczącego Konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej. Szymczyk buntuje się przeciwko bezsilności i moralnemu zobojętnieniu, przeciwko wypieraniu zła ze świadomości społecznej i indywidualnej, co prowadzi do znieczulenia i zatarcia granic między rzeczywistością a fikcją. Szymczyk podnosi problem, ale stanowczo za cicho, zabrakło stanowczego "głosu". Zanim ten ważny problem dotrze do społeczeństwa, zdąży rozbić się o mury Dworca Świebodzkiego. Dało się, i to dosyć wyraźnie, usłyszeć odę "Do Radości" Fryderyka Schillera, wykonaną przez aktorów na kolorowych, plastikowych rurach. W obecnym położeniu hymn Unii Europejskiej nabiera innego znaczenia. Mogę się mylić, ale w intencji twórców dało się wyczuć kpinę. Słowa "Wszyscy ludzie będą braćmi", które widzowie na pewno w myślach nucili, łączą się w tej scenie z jakąś ironią, co nie oznacza, że twórcom nie zależy na europejskiej czy światowej integracji. Wręcz przeciwnie. Ale od wroga do brata jeszcze długa droga. Najpierw trzeba zrozumieć bezzasadność okrucieństwa

Grzegorz Ćwiertniewicz
Teatr dla Was
16 października 2014

Książka tygodnia

Banialuka Bielsko-Biała 70 lat
Teatr Lalek Banialuka, Bielsko-Biała 2017
Lucyna Kozień - koncepcja i redakcja

Trailer tygodnia