Zapachy z przeszłości

Rozmowa z Grażyną Bułką

To jest kawał historii niejednej osoby. Może i są ludzie, którzy przeżyli wszystko to, co Hanka. Ale autor mi powiedział, że czerpał historię z różnych ludzi i z doświadczeń różnych ludzi, przepuścił to wszystko przez organizm Hanki. A ponieważ to są rzeczy, które ludzie przeżyli, nigdy nie potraktowałabym ich jako publicystyki. Nie są to historie wymyślone, tylko historie, które się kiedyś zdarzyły komuś. Hanka ma jako spektakl taką siłę w sobie, że monodram oddziałuje na ludzi w dwojaki sposób. Fantastycznie działa na tych wszystkich, którzy tamte wydarzenia znają z opowieści lub sami je przeżyli, czyli to świetna opowieść dla Ślązaków, bo jest wspomnieniem dawnych czasów. Każdy Ślązak może sobie przypomnieć, że faktycznie tak było.

Z Grażyną Bułką – aktorką monodramu pt. „Mianujom mie Hanka" w reżyserii Mirosława Neinerta rozmawia Izabela Mikrut.

Izabela Mikrut: Na początku powtarzałaś sobie tekst Hanki... podczas gotowania. Jak to jest teraz?

Grażyna Bułka - Już nie powtarzam tego tekstu. On już we mnie jest. Siedzi we mnie i nie potrzebuję go już powtarzać. Czasami zdarza mi się sprawdzić jakiś fragment w egzemplarzu... ale w zasadzie, kiedy się ponad sto razy zagrało spektakl, to nawet, jeżeli się pomylę w kolejności, to wiem, co wypadło, a wy i tak za mną nadążacie, więc wszystko jest ok.

A ile czasu Ci zajmuje przejście od Grażyny prywatnie do Hanki?

- Parę minut.

Żartujesz?

- Nie. Trudno mi określić, czy to trwa dwie czy trzy minuty. Chociaż staram się grać od razu postacią, słyszę, że zaczyna mówić Grażyna Bułka. Ale po chwili orientuję się, że już nie ma Grażyny, a jest Hanka. Nie wiem, kiedy się to dzieje, ale tak się dzieje i jest to bardzo miłe. Nie umiem tego dookreślić, ale w żadnej innej roli mi się to tak bardzo namacalnie nie zdarza, jak w przypadku Hanki, że nagle czuję, że już nią jestem.

Czy Hanka... rzutuje jakoś na inne Twoje role?

- Nie, ona bardziej rzutuje na moje życie. Hanka... jest osobnym życiem, to życie przeżywam razem z Hanką za każdym razem przez siedemdziesiąt pięć minut. To nieprawdopodobne: zaczynam spektakl jako Grażyna Bułka, kończę jako Hanka i potem musi minąć chwila, żebym wróciła do Grażyny.

Sz. C. : Ty jako Grażyna Bułka jakie masz punkty wspólne z Hanką?

- Ciekawe pytanie... Myślę, że Hanka to postać, która ma w sobie ogromną empatię. To ze mną spójne, dlatego do Hanki jest mi tak blisko. Bardzo się buntuję ja, jako Grażyna, na wszystkie niesprawiedliwe rzeczy, które dzieją się w życiu prywatnym, ale też i zawodowym. Buntuję się jak Hanka. Walczę, jestem nieokrzesana momentami, wydaje mi się, że Hanka też. To nieokrzesanie się objawia tak, że powinnam być bardziej powściągliwa w wyrażaniu swoich opinii, a nie jestem. Gdybym żyła w tych czasach co Hanka, to dokładnie tak samo jak ona bym się zachowywała, potrafiłabym powiedzieć niedobrym ludziom, że są niedobrzy, nawet gdybym miała ponieść tego konsekwencje. Tak jest również dzisiaj w moim życiu: muszę bardzo mocno się pilnować, żeby nie mówić ludziom prawdy do końca. A to trudne.

Budowałaś sobie obraz młodej Hanki? Wymyślałaś, jaka ona była?

- Nie. Nie myślałam o tym.

Ale gdybyś miała sportretować swoją postać poza spektaklem? Podać jej cechy, które uważasz, że ma, ale w spektaklu nie wychodzą? Czy wiesz o niej coś, czego nie wiedzą odbiorcy?

Co by to było?

- Jej stosunek do dzieci. Bardzo kochała swoje dzieci, miała z nimi fajny kontakt, widać to w tych wszystkich opowieściach, bajkach, które im opowiadała, piosenkach, które śpiewała. Jest to fragment opowieści, którą słabo sygnalizujemy na scenie, to tylko przemazanie, jakby wspomnienie, bo dużo więcej rzeczy jest związanych z dorosłym życiem. W ogóle w tekście pojawia się mało radosnych momentów z życia Hanki, więc to, co ona przeżywała jako młoda dziewczyna, staram się wyostrzyć i podkreślić, żeby mocniej zabrzmiało, bo w sztuce jest schowane. Tak jakby maźnięte pędzlem po płótnie, ale nie wyostrzone w żaden sposób. W ogóle nie ma w mojej opowieści dzieciństwa Hanki, ale można wywnioskować, że był to dla niej dobry czas. Wychowywało ją wujostwo, nie mieli własnych dzieci, dobrze się im wiodło, mieli pieniądze, więc Hanka miała u nich wszystko, czego potrzebowała. Wnioskuję to chociażby z opisu jej ubrania, w którym chodziła na spacery. To była dobrze sytuowana rodzina, Hance niczego tam nie brakowało, nie wiadomo, co by było, gdyby została w tej swojej wsi pod Pszczyną. Często zastanawiam się nad tym, czy miała rodzeństwo, czy była jedynaczką. Co z jej ojcem, bo przecież mowa jest tylko o matce. Nie chcę tutaj konfabulować, wymyślać historii, która nie została napisana przez Alojzego [Lysko, przyp. red.], ale zastanawiam się na przykład, dlaczego Hanka przeprowadziła się do Katowic. Czyżby w jej domu rodzinnym było aż tak źle? Tym bardziej, że przyszedł w jej życiu taki moment, że wróciła do matki. To mało rozszyfrowane.

Przez Hankę... uczysz ludzi, jak zrozumieć Śląsk. Jaki Śląsk chcesz im pokazać?

- Ja im, niestety, pokazuję Śląsk, którego już nie ma. Przede wszystkim chcę im uzmysłowić, że powinniśmy być dumni ze Śląska, z tego, że jesteśmy Ślązakami. Twardoch powiedział, że on nie jest dumny z tego, że jest Ślązakiem, bo nie może być dumny z czegoś, na co nie miał wpływu. Ja się z tym nie zgadzam: można nie być dumnym z tego, w jakiej rodzinie się człowiek rodzi, ale można być dumnym z tego, jak się wychowało. Na mój spektakl przychodzą ludzie w różnym wieku, od najmłodszych po pokolenie pamiętające tamte czasy. Próbuję im pokazać, że Śląsk to jest coś ważnego dla nas wszystkich, że powinniśmy dbać o to, bo to nasza historia, nasze korzenie. Mam wrażenie, że czasami mówię im o rzeczach, o których oni zapomnieli. Co dla Ślązaków było ważne, co powinno być ważne, dlaczego Ślązacy zawsze mieli ogromny kult pracy. Przecież lojalność wobec pracodawców to rzecz, którą teraz wymusza się na pracownikach, a kiedyś było to tak naturalne jak to, że człowiek kładzie się do łóżka i odmawia modlitwę, dziękując Bogu, że żył i prosząc, by mógł się rano obudzić. To tak oczywiste. Opowiadając o tej pracy, przypominam sobie zawsze swojego ojca, który pracował na kopalni Matylda na Lipinach. Pamiętam dzień, kiedy zamykali tę kopalnię. Ojciec jeszcze nie mógł pójść na emeryturę, jak wszyscy pracownicy został przeniesiony do kopalni Śląsk. Pamiętam dzień, gdy zalewali szyby w kopalni. Mój ojciec poszedł tam wtedy i płakał. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego płacze za zakładem, w którym tak ciężko pracował fizycznie. A dla niego to było tak, jakby mu ktoś odcinał rękę. Myślę, że taką więź z pracą, którą się wykonuje, niewiele osób dzisiaj ma. Mówię też w Hance... o sile kobiety. Mimo że kobiety na Śląsku nie pracowały zawodowo, to dźwigały ciężar związany nie tylko z wychowywaniem dzieci, ale i z prowadzeniem gospodarstwa. Trzeba pamiętać o tym, że prowadzenie domu w tamtych czasach a dzisiaj to dwie diametralnie różne sytuacje. Kiedyś, żeby zrobić pranie, trzeba było się naprawdę urobić. Dzisiaj wsadzamy wszystko, dzieląc na białe i kolorowe, do automatu, a nasze zadanie to strzepnąć i powiesić na suszarce. Moja mama, pamiętam, prała w nocy. Kiedy budziłam się rano do szkoły, był już cały kosz prania i w całym domu pachniało tym gotowanym praniem. Na piecu stały wielkie gary. Najpierw było podstawowe pranie, żeby się pozbyć brudu, potem to właściwe. Później chodziłam z mamą na strych i wszystko rozwieszałyśmy. Zapach krochmalonej pościeli pamiętam do dzisiaj. W ogóle pamiętam zapachy. Powiem ci, że jak zaczynam grać Hankę... i opowiadam o niektórych rzeczach albo wchodzi jakiś fragment muzyczny, w mojej głowie uruchamiają się zapachy, które pamiętam z dzieciństwa. To nieprawdopodobne, ale ten spektakl wywołuje we mnie tak ogromną falę różnych uczuć, że nie potrafię traktować tego monodramu jak spektaklu. Ciągle mam wrażenie, że opowiadam swoją historię, chociaż nie miałam tak traumatycznych przeżyć w swoim życiu. Mam takie wrażenie, że dzięki Hance... zatrzymuję swoje dzieciństwo, młodość i wspomnienia związane z tamtym czasem. Hanka podaje mi to jak na tacy, dzięki Hance mogę dotknąć się z tamtym czasem, który był dla mnie szczęśliwy, błogi. To jest Hanka.... Mimo tego, że ten spektakl bardzo dużo mnie kosztuje emocjonalnie, daje mi olbrzymią siłę. Tę siłę chciałabym przekazać widzom. żeby rozważyli wszystkie tematy, o których w Hance... mówię. Ludzie, którzy przychodzą na ten spektakl , mogą znaleźć rzeczy, które są bliskie im, ich rodzinom... Hanka... wywołuje nie tylko powrót do wspomnień własnych: zabieram też ludzi w podróż. Chcę, żeby przeżywali to razem ze mną.

No właśnie. Za każdym razem masz po Hance... owacje na stojąco. Jaki efekt chcesz wywołać?

- Nie da się założyć pewnych rzeczy. To, o czym ja mówię, to są sprawy bliskie człowiekowi, więc ja jako człowiek wiem, że wywołają emocje. Bez względu na to, czy ja to zagram świetnie, przyzwoicie czy dobrze. Źle nie chcę, nigdy, i mam nadzieję, że mi się to nigdy nie uda. A to dlatego, że ten monodram jest tak mocny, że źle się go nie da zrobić. Nie zastanawiam się nad tym, czy robię to dobrze, bardzo dobrze czy wybitnie... zawsze na widowni słyszę ciszę. To dobra godzina tego spektaklu. Bardzo rzadko dzieje się w tym zawodzie, że człowiek może osiągnąć coś takiego.

A którejś opowieści z Hanki... nie lubisz? Zwyczajnie nie lubisz opowiadać, wyrzuciłabyś ze spektaklu?

- Nie, nie ma czegoś takiego. Bardzo mocno mnie dotyka jeden fragment, który można by było przemilczeć. Ten fragment, który dotyczy traktowania Ślązaków po 1945 roku. Czasami w swoim życiu, jako młoda dziewczyna, choć teraz też mi się to zdarza, czuję coś takiego, jak czuła Hanka. To, że się poniża i poniewiera drugim człowiekiem, powoduje we mnie odczucie, że jestem nic niewarta. Hanka o tym mówi: że musiała się chować ze śląskością, że otoczenie wymagało na nas, żebyśmy się wstydzili, że jesteśmy Ślązakami. To mnie najwięcej kosztuje w tym przedstawieniu. Dlatego, że tak się dzieje również dzisiaj. Nienawidzę, kiedy człowiek człowiekiem gardzi, poniża go tak, że ten człowiek czuje się bezwartościowy. Chyba nie ma gorszej rzeczy.

Czy Hanka..., Twoim zdaniem, jest dobrym sposobem na lekcję historii...

- Bardzo!

...w zakresie małych ojczyzn? Czy raczej nie powinno się jej traktować jak publicystyki?

- Nie wiem. Ja ci powiem tak: nie traktowałabym Hanki... jako publicystyki. To jest kawał historii niejednej osoby. Może i są ludzie, którzy przeżyli wszystko to, co Hanka. Ale autor mi powiedział, że czerpał historię z różnych ludzi i z doświadczeń różnych ludzi, przepuścił to wszystko przez organizm Hanki. A ponieważ to są rzeczy, które ludzie przeżyli, nigdy nie potraktowałabym ich jako publicystyki. Nie są to historie wymyślone, tylko historie, które się kiedyś zdarzyły komuś. Hanka ma jako spektakl taką siłę w sobie, że monodram oddziałuje na ludzi w dwojaki sposób. Fantastycznie działa na tych wszystkich, którzy tamte wydarzenia znają z opowieści lub sami je przeżyli, czyli to świetna opowieść dla Ślązaków, bo jest wspomnieniem dawnych czasów. Każdy Ślązak może sobie przypomnieć, że faktycznie tak było. Siłą przedstawienia jest też to, że nie-Ślązakom pokazuje w sposób bardzo namacalny i taki... jakby to powiedzieć... obrazowy... świat, który my, Ślązacy, znamy, a oni go nie znają. To opowieść jeden do jednego, przez te historie, które ja opowiadam, przez historie ludzi, widzowie są w stanie lepiej poznać i zrozumieć historię regionu, małej ojczyzny.

Czy Hanka... bardziej trafia do młodszych czy do starszych?

- To jest nieprawdopodobne, ale ona równie dobrze trafia do ludzi młodych, jak i do ludzi starszych, chyba przez to, że jest bardzo prawdziwa.

Czyli jaki rodzaj publiczności jest Ci w tym spektaklu najbliższy? Masz w ogóle taki?

- Nie. Zdarzało mi się to zagrać dla całej masy li tylko młodych ludzi, jak i dla mieszanej widowni. To nieprawdopodobne, ale na ten spektakl przychodzą i młode małżeństwa, i starsi ludzie, i młodzież. Zawsze mówimy o, brzydko określając, targecie. Oczywiście, jest jakiś target przypisany temu przedstawieniu, ale tak różni ludzie tu przychodzą i tak się dają wciągnąć, biorą czynny udział razem ze mną. Kiedy słyszę na widowni ciszę, to nie jest tak, że oni po prostu drzemią, tylko podążają razem ze mną.

Nawlekanie igły na scenie jest trudne?

- Wydawało mi się, że będzie o wiele trudniejsze, ale dzięki temu, że kupiliście mi bardzo dobre igły, jestem w stanie trafić bez okularów. W sztuce te okulary to zerówki, normalnie mam plusy do czytania, więc tylko dzięki temu, że igła ma duże oko, to w nią trafiam. Rzadko zdarza mi się za drugim razem, w 98 procentach trafiam za pierwszym razem.

Jedna rzecz, którą trzeba z tego spektaklu wynieść?

- Że Ślązacy to są tacy ludzie, że trzeba poznać ich historię, żeby zrozumieć ich postępowanie. Stosunek do swojej małej ojczyzny Ślązaków bierze się z czegoś, właśnie z tej historii. Nie tylko z tej stuletniej czy dwustuletniej, ale z historii z dwunastego-trzynastego wieku. My nie jesteśmy jednoznaczni. Ty to ujmij w słowa, ale to jest tak, jak ja zawsze powtarzam, że Ślązak, bez względu na to, do kogo by nie stanął twarzą, zawsze do kogoś będzie dupą. I Polacy nas nie rozumieją, i Niemcy nas nie rozumieją.

___

Grażyna Bułka - aktorka teatralna, filmowa, dubbingowa i radiowa. Urodzona 16 września 1962 roku w Świętochłowicach. Od 1984 roku związana z Teatrem Polskim w Bielsku-Białej, od sezonu 2014/2015 w zespole Teatru Śląskiego. Od lat w współpracuje z Teatrem Korez w Katowicach. Występowała także na dużym ekranie, m.in. w filmie „Drzazgi" i „Barbórka" Macieja Pieprzycy czy „Ewa" Adama Sikory i Ingmara Villqista, a ostatnio w niemieckiej produkcji „Heimat ist kein Ort" (reż. Udo Witte). Pracuje też jako aktorka dubbingowa, przygotowała m.in. rolę małego Mikołaja Kopernika do pełnometrażowego filmu animowanego („Gwiazda Kopernika" 2009).

Izabela Mikrut
Sztajgerowy Cajtung
19 sierpnia 2019
Portrety
Grażyna Bułka

Książka tygodnia

Pomarli
Wydawnictwo Czarne
Waldemar Bawołek

Trailer tygodnia