Zapraszamy na terapię grupową

"Nerwica natręctw" - reż. Mirosław Neinert, Robert Talarczyk – Teatr Korez, Teatr Śląski w Katowicach

Czy istnieje przepis na dobrą komedię? Ależ oczywiście, wystarczy połączyć ze sobą doskonałą obsadę, zgrany duet reżyserki i dobry tekst. Wybierając się do Teatru Korez niczego innego nie można byłoby oczekiwać, szczególnie gdy spektakl przygotowywany jest w ramach Katowickiego Karnawału Komedii.

„Nerwica natręctw" to efekt połączenia sił Teatru Korez oraz Teatru Śląskiego im. Stanisława Wyspiańskiego. Nowy spektakl w reżyserii Mirosława Neinerta i Roberta Talarczyka bawi już od pierwszej sceny. W przedstawieniu znalazło się wszystko, czego potrzeba, aby półtorej godziny minęło jak z płatka. Przezabawna historia napisana przez francuskiego humorystę Laurenta Baffiego dała szerokie pole do popisu zarówno dla reżyserów, jak i dla aktorów. Oglądanie spektaklu można porównać do czytania kompendium wiedzy o przedziwnych fobiach i natręctwach. Podczas teatralnego wieczoru terapii poddani są nie tylko pacjenci na scenie, ale również widzowie – a wiadomym jest, że terapia śmiechem to specjalność Teatru Korez.

Akcja toczy się w poczekalni gabinetu słynnego psychiatry, niejakiego doktora Czuby. Na scenie pojawiają się kolejni pacjenci, a każdy z nich przynosi ze sobą coraz to dziwniejsze schorzenie. Pierwszym z nich jest starszy pan, który od najmłodszych lat cierpi na zespół Touretta, czego skutkiem są niekontrolowane salwy wyzwisk i łacińskie wtrącenia. Chwilę później poznajemy taksówkarza, który wprost nie potrafi oprzeć się nieustannemu liczeniu z dokładnością do kilku miejsc po przecinku, albo przynajmniej „z grubsza". W poczekalni pojawia się też laborantka, której problemem jest paniczny strach przed zarazkami zwany nozofobią, a następnie dewotka z tytułową nerwicą natręctw, projektant gier komputerowych, który nigdy, ale to przenigdy nie może nadepnąć na żadną linię i młoda dziewczyna z problemem palialii – nieprzejednaną potrzebą powtórzenia każdego zdania dwa razy.

Doktora nadal nie ma, czas mija, a zniecierpliwienie pacjentów rośnie. Na dodatek asystentka specjalisty komunikuje przez głośnik w poczekalni, jakoby samolot słynnego psychiatry miał opóźnienie. Nie pozostaje nic innego, jak czekać – tylko jak wytrzymać w takim skupisku indywiduów? Z drugiej znowu strony, nikt tak dobrze nie zrozumie czyjegoś dziwactwa, jak osoba z własnymi zboczeniami. Znudzeni pacjenci postanawiają zacząć leczyć się na własną rękę, czego skutkiem jest terapia grupowa. Tylko co z tego może wyjść? O dziwo okazuje się, że pacjenci, kiedy przestają koncentrować się na własnych obsesjach, a swoją uwagę kierują na kogoś innego, na chwilę zapominają o problemie. Hurra, czyżby terapia grupowa się udała? Pacjenci z radością opuszczają poczekalnię, nie czekając na doktora i tylko starszy pan pozostaje, żegnając widzów soczystym łacińskim epitetem.

„Nerwica natręctw" to prawdziwa uczta dla miłośników dobrze skrojonych komedii. Spektakl przesycony jest niebanalnym poczuciem humoru, a przy tym sama historia angażuje widza w pełni. Kolejne żarty i zabawne sytuacje zdają się pisać same, dzięki czemu akcja przez cały czas trzyma tempo. Jednak prawdziwą wartością spektaklu jest popis gry aktorskiej. Każda z postaci jest zupełnie inna – wyraźna, ale nie przerysowana. Aktorzy doskonale wyczuli swoje role, dzięki czemu przedstawienie prowadzone jest w sposób lekki i naturalny. Wszyscy bez wyjątku grają na równym poziomie, bawiąc widza na swój sposób.

Szczególne wybuchy śmiechu wywoływały docinki taksówkarza Vincenta, w którego postać wcielił się Robert Talarczyk. Przyjemnie patrzeć, z jaką swobodą aktor, a zarazem dyrektor Teatru Śląskiego, wnosi na scenę całe pokłady humoru i energii. Trudno byłoby nie wspomnieć o jak zawsze rewelacyjnym Mirosławie Neinercie, który tym razem występuje w roli potulnego i niemal zupełnie zrównoważonego starszego pana i czasem tylko zdarzy mu się wypuścić serię niewybrednych wyzwisk. Każdy taki strumień łaciny z ust starszego pana wywołuje niemal palpitacje serca u dewotki, w roli której z największą przyjemnością zobaczyć można było Grażynę Bułkę. Ta fenomenalna aktorka bawi widzów niemal każdą wypowiedzianą kwestią, skwitowaną wykonaniem znaku krzyża świętego i nabożnym wzniesieniem oczu ku niebu. Sztuka dawała wszystkim aktorom duże pole do popisu, które ci wykorzystali w sposób brawurowy.

Tę zabawną historię, opatrzoną na dodatek ładną puentą, aktorzy opowiedzieli po mistrzowsku. Widownia raz za razem pokładała się ze śmiechu, ale nie o sam żart tutaj chodzi. Oglądając spektakl można było poczuć niezwykłą swobodę, z jaką aktorzy bawią się na scenie. Nic tutaj nie było wymuszone, żaden gest ani wypowiedziane słowo nie siliło się, aby być śmiesznym. Można byłoby doszukiwać się ukrytych znaczeń i odniesień, ale czyż nie chodzi w dobrej komedii, aby zachwycało nas przede wszystkim to, co aktorzy podają nam na talerzu?

A jedno jest pewne - w Teatrze Korez karmią naprawdę wybornie!

Wiola Imiolczyk
Dziennik Teatralny Katowice
5 lutego 2020

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia

Roxana Songs
Krystian Lada
Lada wybrał na miejsce nagrania „Roxa...