Zbiorowy gwałt na niewinnej zachłanności

"Portret Damy" - reż. Ewelina Marciniak - Teatr Wybrzeże w Gdańsku

Najnowsza produkcja Teatru Wybrzeże przytłoczyła wszystkich. Nadmiarem słów, obrazów, kontekstów, maniery, rozmiarami dekadencji i bezwstydnego fatalizmu. Dzieło Eweliny Marciniak zapowiadało się nieźle, ale nikt nie mógł przypuszczać, że staniemy się świadkami zdarzenia wyjątkowego. "Portret damy" w rękach kobiet: Magdy Kupryjanowicz, Eweliny Marciniak, Katarzyny Borkowskiej, Dominiki Knapik, ma swoje wady, jednak ilość zalet zdecydowanie predystynuje gdański spektakl do miana najlepszego na Pomorzu od wielu miesięcy. Kobiety opowiedziały historię głównej bohaterki przez pryzmat lęków nie tylko klasowych czy obyczajowych, ale pozwoliły sobie ją zdekonstruować seksualnie i gatunkowo.

Isabel Archer rozpisana została przez Henry'ego Jamesa na dźwięki i tony swojej epoki, czyli schyłku XIX wieku w Ameryce i Europie. Bohaterka jawi się jako pełna sprzeczności dama, która próbuje odszyfrować sprzeczności wszelkie: świata, ludzi i przedmiotów. James nadaje jej znamiona wyzwolonej, choć nie chroni przed zgubą, wikła ją w sidła, przed którymi chciała uciec. Również u Eweliny Marciniak Isabel doznaje przejmujących doznań: od fascynacji do rozczarowań, ostatecznie przegrywając walkę o siebie jako samostanowiącej jednostki społecznej i fizycznej. W Gdańsku klęska przybiera jednak rozmiary dużo większe niż w powieści czy w znanym filmie Jane Campion. Skala upadku przybrała rozmiary ponadczasowe, odnosząc się tyle samo do kostiumu wieku XIX, co do namacalnego współcześnie zjawiska degradacji indywidualności. Nie ma wątpliwości, że triumfuje żeńska, artystyczna wizja świata, mimo to finalne ogołocenie zapowiadane jest od samego początku.

Marciniak wspólnie z Magdą Kupryjanowicz nie pozostawiają miejsca na wątpliwości. Oto rozwarstwiony świat, interesownie poszukuje życia w martwych konwenansach, a "wywąchaną" i "wymacaną" élan vital obraca w niwecz dla własnej spokojności. Demoniczna zachłanność arystokracji wkracza brutalnie w każdą szczelinę ludzkiej niewinności. Najczęściej odbywa się to grupowo, w myśl jakichś zasad, w myśl niepisanych norm i bóg wie, jakich interesów. Nie wiem, na ile wiek czy doświadczenie realizatorek spektaklu pozwala mieć im tak boleśnie przekonywujące argumenty na wiecznie żywą nikczemność tego świata, ale udało im się to pokazać.

Kobieta i kobiecość pokazane zostały w spektaklu w różnych barwach. Nie dziwi spleen madame Sereny Merle, jej "wyuzdanie" towarzyskie, skłonności do konfabulowania i silne potrzeby kreacji oraz dominacji (zabrakło jednak konsekwencji psychologicznej). Nie dziwi męski dynamizm Henrietty Stackpole, niezaspokojonej intelektualnie i seksualnie (choć niewiele wnosi ta postać u Marciniak, jakby reżyserka o niej zapomniała), która przynosi to, co amerykańskie - pewność idei wespół z brakiem moralnej odwagi. Nie dziwi prosta złożoność konstrukcji służącej, dającej światu jego rytualne przyjemności. Przestaje dziwić "zdegradowana" płciowość u Anny Molyneux, parującej się z bratem. Nie dziwi demonstracyjna karykaturalność siostry zakonnej, "wypłukanej" w ogóle z seksualności.

Nad dwiema postaciami żeńskimi pochylić się trzeba i wypada szczególnie. Pansy Osmond, córka cynicznego, upadłego arystokraty, stanowi symboliczny dowód upodlenia epoki/świata, kiedy sztuczne ramy uwięzienia jej u sióstr zakonnych stają się niewystarczające. Dołożona zostaje do tego perwersja i pedofilia. Kupczenie i ostatecznie gwałt dziecka odbywają się za zgodą rodzica i otoczenia. "Pansy, przestań się mazać. Znasz swój los nie od dziś. To znaczy, że nie masz żadnego losu. Dobrze, że szybko pozbyłaś się złudzeń. Unikniesz w życiu wielu rozczarowań". Nie ma nic bardziej poniżającego ludzkie plemię niż zgoda na nieprawość wobec bezbronnych i czystych.

Isabel Archer to kobieta wkraczająca w angielski świat z poczuciem pustki. Odczuwa jeszcze mocno stratę rodziców, kiedy "wpływa" na salony. Oswaja się powoli, chce poznawać i uczyć się, do niczego się nie deklarować. Bawi ją to, że urzeka mężczyzn swoim powabem, choć tak naprawdę nic nie robi, aby go odkrywać. Jest naturalnie urocza, naturalnie podniecona klimatem i pięknem świata, co wywołuje naturalne podniecenie u mężczyzn i salonowych "recydywistek". Jest inna, bo bez nabytego fałszu głosi swoje potrzeby i wytrwale zmierza do wyznaczonych celów. Jawna otwartość intencji zostaje bardzo szybko wykorzystana. Młoda kobieta przeżywająca rewolucję doznań w kontaktach ze światem i ludźmi, łatwo daje się ponieść przyjemnościom odkrywania miejsc i osób. Nie korzysta z intuicji, aby ocalić siebie przed personalistyczną degradacją. Mimo majątku, mimo zapewnień o potrzebie wolności i kreacji, zmierza prosto we wnyki diabła. Jej jedyną winą była czystość, jedyną tarczą wiara we własne siły. Była cudzoziemką. Przegrała.

"Portret damy" w Teatrze Wybrzeże mieni się kolorami i światłem. To spektakularna zabawa kostiumowa, to teatr niczym bombonierka, zachwyca estetyzującym splendorem i wyrafinowaniem. Obraz budowany światłem, barwami kostiumów, rozbudowaną, przestrzenną scenografią jest zasługą Katarzyny Borkowskiej. Niemal każda scena to malarski popis, czasami obudowany ramą, a czasami obraz staje się ruchomy. Widać nawiązania do europejskiego malarstwa. Przez cały spektakl widz podpatruje muzyków ubranych w kostiumy matadorów niczym z obrazów Goyi. Matadorki przypominają zarówno meksykańskie klimaty Fridy Kahlo, co Madonnę w swoim szczytowym okresie stylizacyjnym. Na wideo przywołany zostaje obraz "Śniadania na trawie" Maneta, a w głównej roli naga Katarzyna Dałek. Najbardziej wyrafinowanym przywołaniem malarskim posłużyła się Ewelina Marciniak, wprowadzając nagą Sylwię Górę-Weber, czym wprost nawiązała do swego czasu skandalizującego obrazu "Maja naga" Goyi. To przykład wysmakowanego połączenia klimatów epok, od końca XVIII wieku do dzisiaj (powieść Jamesa rozgrywa się pod koniec XIX wieku). Widać nawiązania do klasycyzmu, tak charakterystycznego w epoce oświecenia, gdzie podróżowanie staje się filozofią. Stylizowane zdjęcia przedpremierowe przypominają ujęcia z "Kontraktu rysownika" Petera Greenawaya.

"Portret damy" w Teatrze Wybrzeże to także kobieca opowieść inicjacyjna przez epoki i smaki. Odwołań i przywołań jest niezmierzona ilość. Szyderstwem i zdeformowanym przepychem przypomina "Casanovę" Felliniego, którego bohater szukał po całej Europie prawdziwej miłości, a znalazł ją ostatecznie w mechanicznej lalce. Po raz kolejny Marciniak wykorzystuje stylistykę wampiryczną: pobielone twarze, ekspresjonistyczny makijaż w filmiku na plaży, konwulsyjny taniec wampirów a Jakub Mróz jako żywo przypomina Lestata. Aktorzy przez większą część czasu scenicznego są "używani", to marionety w rękach inscenizatora.

Wykorzystanie wideo w spektaklu początkowo burzy odbiór, choć przecież głównym walorem przedstawienia jest bogactwo obrazu. Dopiero po jakimś czasie, gdy "film" zaczyna opowiadać własną historię, widz ze spokojem konstatuje, że to nie fanaberie reżyserki, tylko konsekwencja wartościującej opowieści. Poza ciekawym pomysłem sfilmowania postaci w gdańskich plenerach, pojawia się przewrotna myśl o cielesnym spółkowaniu Isabeli Archer z wujem Danielem Touchettem jako wynik przyjęcia ogromnej części majątku po jego śmierci. Piętno bogactwa zostało wyryte na ciele Isabel, pozbawiając ją cnotliwej czystości umysłu.

Katarzyna Dałek jako Isabel Archer staje się odzwierciedleniem energetycznej młodości, a zatem też ciekawości, buntu, potrzeby akceptacji. Dałek gra przekornie, stara się często kontrować inne postaci nadmierną egzaltacją. Aktorka jest niezwykle przejmująca, kiedy śpiewa na samym początku spektaklu "Lament Dydony" Henry'ego Purcella ("Kiedy mnie złożą w ziemi, niech moje przewinienia nie trapią twojego serca. Pamiętaj mnie, ale zapomnij o moim losie"), ale także w finale, gdy biernie poddaje się przemocy Gilberta Osmonda. Marek Tynda jako Osmond powoli wchodzi w rolę, jakby rozsmakowywał się atmosferą scenicznej degradacji. Ostatecznie broni swojego bohatera jako zdemoralizowanego strażnika perwersji. Sylwia Góra-Weber jako Serena Merle akcentuje manierę postaci, ale jednocześnie świata, który ta postać reprezentuje. Ogołaca ze złudzeń na temat władzy, potrzeb i wszelkich ambicji. "Matka miała mniej niż córka, a córka będzie miała więcej niż matka. Wnuczka zaś będzie miała więcej niż one obie". Postać ta jednak traci swój psychologiczny impet, jakby zabrakło dla niej przestrzeni w koncepcji portretów u Marciniak. A przecież to właśnie Serena może być tytułową damą, przecież to ona jest odpowiedzialna za rozpad świata, który pochłania Isabel. Agata Bykowska, po raz pierwszy w moim odczuciu, zagrała w pełni świadomie, konsekwentnie prowadziła swoje dwie postaci kobiece (Anny Molyneux i zakonnicy), była zabawna, "upiornie" groteskowa, nadając swojej postaci również walory tragiczne i mroczne. Popisowo zagrała Małgorzata Brajner. Jej służąca (kolejne nawiązanie, tym razem do obrazu Dziewczyna z czekoladą Jean-Etienne Liotarda) posiadała wszelkie atrybuty przyziemnej dekadencji klasowej. Energiczna, klasycznie gadatliwa, prowokowała martwotę arystokracji do aktywnego czerpania przyjemności z rzeczy osobliwie miałkich, za co zresztą otrzymała gromkie uznanie. Zdecydowanie zbyt mało przestrzeni dostała Katarzyna Michalska w roli Henrietty Stackpole. Mogła tylko wykrzykiwać hasła społeczno-polityczne.

Wszystkie postaci męskie pozbawione zostały głębszej osobowości, stając się raczej towarzyszami w podróży Isabel. Najwięcej do powiedzenia, mimo spektaklowej "śmierci", miał Krzysztof Matuszewski jako Daniel Touchett i Duch Daniela. Ciepły, troskliwy wujek, który mądrze przedśmiertnie zarządził spadkiem, staje się demoniczną karykaturą samego siebie, pozbawioną skrupułów i czucia. Michał Jaros ("wykapany" Gary Oldman z "Drakuli", brakło tylko okularków) w roli Ralpha Touchetta nie wzrusza, nie dotyka, Piotr Biedroń jako lord Warburton jest nadto nijaki, jako Caspar Goodwood nie razi pragmatycznym bezczuciem.

Walorem bezsprzecznym jest muzyka na żywo w wykonaniu zespołu Chlopcy kontra Basia, w składzie: Agnieszka Derlak, Barbara Derlak i Marcin Nenko. Podobnie jak Purcell uprawiali tzw. malarstwo dźwiękowe. Fortepian, harfa, flet poprzeczny, kontrabas nadają specyficzny klimat opowiadanej historii. Zastrzeżenia można mieć tylko do ostatniego utworu, ludowego zaśpiewanego na biało, który odebrał jakość finałowi.

"Portret damy" według Kupryjanowicz&Marciniak to dzieło całościowo piękne. Jest jednak wiele momentów, które trąciły nudą i przesadnym nadmiarem słów oraz znaków. Sądzę, że trudno podczas pierwszego spotkania z tym spektaklem zrozumieć wszystkie tropy interpretacyjne reżyserki, choć podejrzewam, że część z nich otrzymała znamiona intuicyjnej podróży w głąb powieści i przypowieści o upadku wartości. Podróżowanie Isabel po świecie, tak bliskie współczesnym ludziom, jest łatwo akceptowalne, jednak podróż w głąb siebie, której nie kończy bohaterka, już nie tak łatwo znajdzie dziś zrozumienie w świecie łatwych wyborów. Mam nadzieję, że artystyczna podróż Eweliny Marciniak jest również jej wewnętrzną eksploracją ocalającą.

Katarzyna Wysocka
Gazeta Świętojańska
26 maja 2015

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia