Zęby krat

"Czas terroru" i "Mała Apokalipsa" - reż. Lech Raczak

Finał "Dziadów" sprzed trzech łat wciąż mi stoi przed oczami. Lech Raczak rozmnożył głównego bohatera dramatu i poumieszczał w różnych przedziałach wiekowych. Gdy dokonały się już narodowo-mistyczno-poetyckie egzorcyzmy, młodych buntowników w białych romantycznych koszulach anioły targały do nieba nieomal na siłę. W ekstazie. Stary, brodaty, zmęczony Konrad samotnie lazł w drugą stronę. Bez słowa i bez asysty hufców niebieskich

Świetne przedstawienie legnickiego Teatru im. Modrzejewskiej z roku 2007 nie znalazło rozgłosu, na jaki zasługiwało; ani jego twórcy, ani ujęcie tematu nie byli wówczas w łasce władców opinii teatralnej. Szkoda. Bo Raczak, owszem, pozostał wierny obranej wtedy drodze pod prąd. Mało jest jednak prawdopodobne, że nowa propozycja z jego cyklu, dramatyczny "Czas terroru", zdoła się przebić przez rampę i nawiązać podobnej jakości kontakt z widownią. Głównie z powodu języka. Młodopolski neoromantyzm "Róży" Żeromskiego jest nie od dziś ciężki i do czytania, i do słuchania w teatrze - stąd (między innymi) niemal całkowita nieobecność klasyka na afiszach. Ale czy tylko nieprzejrzystość słów jest tu barierą, czy nie dokłada się do niej sam tok inscenizacji?

Kraty. Ze wszystkich stron. Widownia z trzech sektorów gapi się na pudełko z metalowej siatki. Cela zwykle jest pusta, pozbawiona sprzętów. Skuleni w kucki osadzeni prowadzą płomienne spory: natchniony, patetyczny, narodowy Czarowic, zgryźliwy rewolucjonista Zagozda, skupiony naukowiec-wynalazca Dan, także Anzelm, szpicel i zdrajca, ważne, tak, tak, dopełnienie tego kwartetu. Chwilami ich statyczne dyskusje nabierają ruchu: więźniowie pną się na krawędzie krat, szamocą, podtrzymują jeden drugiego, jak na wspinaczce. Do zakratowanego pudełka wjeżdża też, po specjalnie zbudowanych szynach, świat zewnętrzny. Policyjny śledczy ze swoim biurkiem i lampą do przesłuchań, ale i chłop z taczką, z której wysypuje agitatora, ale i przywódcy robotniczych strajków w rozkwicie demagogii. Przejęta nauczycielka prawi dzieciakom o boskości muzyki Schumanna, mali muzykanci piłują skrzypeczki, szalona łachmaniara zawodzi na cały głos. Mamy całą społeczną złożoność w pigułce - i straszliwym, niestety, uproszczeniu. A na domiar złego co pewien czas pod celę wpycha się też wielka staroświecka dmuchawa, a obecni gną się wtedy pod wichrem historii...

Tuż przed finałem na wietrze owym łopocze jedyny kolor w tym monochromatycznym, szarym wnętrzu: czerwony proletariacki sztandar.

Lekko to osłupiające. Poetyka soc-agitu, owszem, ma w sobie liczne powaby. Pięć lat temu eteryczny Mariusz Treliński wystawił w warszawskiej Operze Narodowej operę "Andrea Chenier" Giordano Umberto: takich jak tam zbiorówek w czerwieni z łopoczącymi sztandarami nie powstydziłaby się masówka z lat pięćdziesiątych. Ale Raczak? Jeden z najtrzeźwiejszych rewolucjonistów polskiego teatru? Odważny i jednocześnie nieufny wobec łatwej symboliki, stadnych uniesień, kanalizowania zbiorowych emocji? Autor hasła-wezwania, które zostało mi jako kwintesencja przytomnej mądrości opozycji lat siedemdziesiątych: Obywatelu, nim poddasz się rewizji, zrewiduj się sam.1

Dlaczego artysta tak wspaniale łączący zaangażowanie z trzeźwością zszedł nagle na stołek poczciwego preceptora historii, przekonanego o swoim dystansie do wykładanych wydarzeń, a tymczasem mentalnie tkwiącego w nich po uszy? Pokażemy sztukę o walce o niepodległość, o rewolucji z 1905 roku pod czerwonym sztandarem PPS Organizacji Bojowej. Jest coś przerażającego w dyskusji sprzed stu lat. Towarzyszą jej slogany, które także są z nami współcześnie, a zapewne ruszą w kampanii wyborczej. Żeromski, jak na ironię, przewidział, że agenci rozmawiają o dobru Polski. (...) Chodzi o aktualność dylematów rozważanych przez bohaterów, takich jak: identyczność narodowa a łączność z europejskimi prądami myślowymi i ponadnarodowymi ideologiami, społeczno-klasowe a mistyczno-narodowe manowce świadomości, strajkowe spory o sprzecznościach między wartością produkcji a ceną godności ludzkiej, uzależnienie sztuki od ideologii i rynku, związki między świadomością a stanem ekonomicznym społeczeństw. Cóż, dylematy pewnie i nie przemijają, ale ich nazewnictwo, stawianie problemów, język dyskursu - jednak tak. Co widać w tym streszczeniu. I w spektaklu też.

Cele więzienne, mury bez wyjścia, wiatr historii dmący mniej czy bardziej ironicznie (w to, że Raczak uruchomił ten nawiew bez wewnętrznego chichotu, nie uwierzę) - wszystkie te atrybuty były dobre trzydzieści lat temu, kiedy brak wolności był uczuciem elementarnym i dotykalnym, o zębach krat śpiewał Jacek Kaczmarski, a głupia cenzura potrafiła jeszcze w połowie lat osiemdziesiątych zdjąć Żeromskiemu "Różę" z afisza w dużym warszawskim teatrze. Dziś to konwencja. Historyczna. O to chodziło?

Jeśli tak, to przecież Raczak, gdy chce, potrafi nie oddać się w niewolę żadnej konwencji. Dowód? Parę miesięcy przed "Czasem terroru" w rzadko odwiedzanym, malutkim Teatrze im. Fredry w Gnieźnie wystawił "Małą apokalipsę", też zapewne wiedziony siłaczkową pasją wykładania młodym rudymentów najnowszej historii. Tym razem jednak odgadł, że dokumentarna dbałość o realia zanotowane (z wykoślawieniem) w grotesce Konwickiego mija się z celem.

Na gnieźnieńskiej scenie nie ma żadnej aluzji do wizerunku Pałacu Kultury ani do innych atrybutów socjalistycznej codzienności, które widownia pewnie by i przyswoiła, aliści kojarząc je jednoznacznie z komediami Stanisława Barei czy Sylwestra Chęcińskiego. Nie ma niczego, co by tę rzeczywistość oswoiło. Przez scenę nieustannie snują się korowody dziwnych postaci, uplatanych w niezrozumiałe rytuały, sztucznie nadpobudzonych, po części pijacko, bo wóda się leje, ale i po części w odruchu nałożenia masek i skrycia za nimi własnych twarzy. Jedyną szczerością, na którą można sobie od czasu do czasu pozwolić, są westchnienia rezygnacji. Młoda widownia nie dostaje lekcji realnego komunizmu, dostaje wyrazisty obraz przeszłej smutnej utopii, w której żadne uczucia nie są rzetelne i w której, nie wiadomo konkretnie dlaczego, ale niewątpliwie nie da się żyć. Wojciech Kalinowski, który gra narratora, nie ma już młodej twarzy. Ma włosy zaczesane do góry, jak wielu inteligentów tamtych czasów i aparatczyków też. Ma także białą koszulę z rozchełstanym kołnierzykiem. Jeszcze jeden Konrad, zmęczony bezskutecznością wieloletniego buntu, który zaraz wstanie i pójdzie w swoją drogę. Z kanistrem benzyny na schody Kongresowej, jak chciał Tadeusz Konwicki.

Miałem nieodparte wrażenie, że gnieźnieńska widownia przyjmuje tę opowieść - właśnie dzięki wyabstrahowaniu z podręcznikowych odniesień - uważniej, serdeczniej i z większym zrozumieniem niż legniccy widzowie żeromszczyznę zza krat. Choć i tak inscenizacja została wygładzona, wyszlifowana na potrzebę późnego wnuka - w porównaniu z "Małą apokalipsą", którą Teatr Ósmego Dnia przygotował w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych i grał bez zgody cenzury w salach parafialnych, a nawet kościołach. Nawet, bo w miejscu kultu religijnego szokiem było widowisko rozgrywane w scenerii, na którą składały się dziesiątki pustych butelek po wódce. Widowisko gorzkie, rozdrapujące, oskarżycielskie i samooskarżycielskie, poruszające i przygnębiające. Ponoć to właśnie po "Małej apokalipsie" zespół Ósemek zdecydował się na wyjazd do Włoch, stwierdzając, że w Polsce nie mają gdzie grać. Jako zasłużeni opozycjoniści mogli korzystać z gościny kościelnej, ale ludzie oczekiwali tam pociechy, nie dodatkowego zdołowania; pociechy, której, dalibóg, nie było skąd brać.

Dobre wspomnienie tamtej, naprawdę apokaliptycznej Apokalipsy każe mi z dystansem patrzeć na dzisiejszego Lecha Raczaka w roli siłaczki objaśniającej młodzieży przeszłe dylematy. W założeniach nasz preceptor ma rację. Nie ma wątpliwości, że ideowy dyskurs nakreślony w "Róży" ma swoje przedłużenia we współczesnych postawach ideowych, a także - co pewnie niebezpieczniejsze - w rozmaitych kliszach kopiowanych z przeszłości. Mówi o tym reżyser w cytowanej wypowiedzi, udzielonej na początku prób, w lutym, a pewnie miałby to i owo do dodania, gdyby mówił na przykład w końcu kwietnia. Byłoby cudnie, gdyby teatr chciał i umiał pokazywać ciągi debat o narodzie, rewolucji, wyborach postaw - i gdyby używał do tego innych narzędzi niż piły mechaniczne, które tak się spodobały we wrocławskim pojedynku Robespierrea z Dantonem. Ale wiatr historii dmuchający przez zęby krat nie jest w tej konkurencji żadną skuteczną alternatywą.

Jest nią prędzej ów stary Konrad z wcale nie zgrzybiałą twarzą Lecha Wołczyka i bynajmniej nie skazany na piekło. Po prostu odwrócony plecami od słodkich wniebowstąpień ideowych bojowców. Zgodnie ze słowami wieńczącymi w "Dziadach" rozstanie Konrada z Księdzem Piotrem: Każdy w swoje drogę.

***

1. Hasło pamiętam, ale dziura w głowie nie pozwala stwierdzić, czy to było w "Przecenie dla wszystkich", czy w "Ach, jakże godnie żyliśmy", jednym z dwóch wspaniałych spektakli Teatru Ósmego Dnia tamtych lat.

"Czas terroru" na motywach Róży Stefana Żeromskiego. Scenariusz i reżyseria: Lech Raczak, scenografia: Bohdan Cieślak, kostiumy: Ewa Beata Wodecka, muzyka: Jacek Hałas, ruch sceniczny: Bartłomiej Raznikiewicz, film wideo: Agnieszka Pokrywka. Premiera w Teatrze im. Modrzejewskiej w Legnicy 1 maja 2010.

Mała Apokalipsa Tadeusza Konwickiego. Adaptacja i reżyseria: Lech Raczak, scenografia: Piotr Tetlak, kostiumy: Ewa Tetlak, muzyka: Katarzyna Klebba, Paweł Paluch, choreografia: Juliusz Stańda. Premiera w Teatrze im. Fredry w Gnieźnie 7 listopada 2009.

Jacek Sieradzki
Odra
22 lipca 2010

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia