Zespół teatralnych zapaleńców z Chorzowa

"Rajzentasza. ..." - reż. Mirosław Neinert - Teatr Reduta Śląska w Chorzowie

"Rajzentasza, krótkie sztuki po śląsku, dwie do śmiechu, a jedna nie" Amatorskiego Teatru Reduta Ślaska. Takie przedstawienie nie zdarza się często. I wcale nie trzeba mówić po śląsku, żeby zrozumieć, o co chodzi w spektaklu chorzowskiej Reduty.

Zacząć można banalnie - "wykonują różne zawody i są w różnym wieku, a łączy ich teatralna pasja, której poświęcają długie godziny prób i analizy tekstu". Rzecz w tym, że tyle serca i wysiłku, ile wkładają w swoje spektakle członkowie Teatru Amatorskiego Reduta Śląska, to ewenement. Nie tylko dlatego, że zespół teatralnych zapaleńców, którym dziś troskliwie opiekuje się Chorzowskie Centrum Kultury, powstał ponad... 80 lat temu.

Także dlatego, że Reduta nie spoczywa na laurach, lecz odważnie sięga po duże utwory dramatyczne i na ogół wychodzi z tych inscenizacji obronną ręką.

Ostatnia premiera chorzowskiego zespołu miała jednak wyjątkowy charakter, po raz pierwszy jego członkowie zagrali bowiem przedstawienie, którego tekst został napisany po śląsku. A dokładniej trzy przedstawienia jednego wieczoru, bo pełny tytuł spektaklu brzmi: "Rajzentasza, krótkie sztuki po śląsku, dwie do śmiechu, a jedna nie". To trzy jednoaktówki, kompletnie odmienne w nastroju i tematyce, ale także w sposobie inscenizacji, którą wymyślił - i konsekwentnie wcielił w sceniczny kostium - Mirosław Neinert. Wcale nie nawiasem mówiąc, także wychowanek Reduty!

I od pierwszej chwili widać, że Neinert nie tylko zna reżyserskie rzemiosło, ale i doskonale ocenia możliwości aktorów-amatorów. Nie piętrzy przed nimi trudności, ale (gdy trzeba) trzyma w teatralnej dyscyplinie, a w budowaniu poszczególnych ról wykorzystuje naturalne zalety wykonawców. Od żywiołowości po nutę liryzmu. Żartobliwie rzecz ujmując, co komu lepiej na scenie wychodzi...

Dzięki takiej metodzie pracy, "Rajzentasza" zaskakuje autentyzmem w reakcjach bohaterów. Emocje postaci są szczere i spontaniczne, ale nie grzeszą nadmiarem egzaltacji, co zdarza się dość często aktorom niezawodowym.

Niewątpliwie na swobodę wykonawców wpłynął też fakt, że wielu z nich mówi po śląsku na co dzień.

Odwrotnie do tytułu całości, spektakl otwiera jednoaktówka "nie do śmiechu", czyli "Besuch s Reichu" Romana Gatysa.

Smutna opowieść o pęknięciu rodzinnych więzi, niewyjaśnionych do końca zaszłościach. I o wspomnieniach, naznaczających goryczą życie bohaterów; nawet po wielu latach. Skomplikowana historia, zawarta w kilkudziesięciu minutach spektaklu, na scenie zyskuje wymiar symbolu, dzięki stonowanej grze aktorów. Każda z postaci po prostu akcentuje swoje racje. Ale więcej w tych rozmowach jest świadomości przemijania i nieodwracalności losu niż pretensji czy nadziei na wymazanie tego, co się stało. Przejmujący obraz, choć żadnej w nim "kawy na ławę".

Druga historia to "Rajzentasza" Romana Kocura, zrealizowana (ku zaskoczeniu publiczności, ale zgodnie z tekstem) w konwencji farsy. Zabawna, oparta na zbitce niecodziennych sytuacji i grze słów, sceniczna awantura, której głównym elementem jest nie tyle tytułowa torba podróżna, co jej zawartość.

Wreszcie trzeci utwór tego wieczoru to "Komisorz Hanusik i warszawiok" Marcina Melona. "Czarny" kryminał, z dużą dozą dowcipów (czasem, niestety, przewidywalnych), zaleca się najbardziej oryginalnym pomysłem inscenizacyjnym. Wykorzystane w spektaklu projekcje filmowe nie tylko uzupełniają treść, ale przede wszystkim nadają całości lekko surrealistyczny charakter, co świetnie koresponduje z żywiołową grą aktorów.

Przedstawienie można obejrzeć dziś (21 lutego) oraz 27 marca, o godz. 18, w Chorzowskim Centrum Kultury.

Henryka Wach-Malicka
Polska Dziennik Zachodni
22 lipca 2017

Książka tygodnia

Muzyczne narracje o kochankach z Werony
Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika
Małgorzata Pawłowska

Trailer tygodnia

Dziadek do orzechów
Jurij Grigorowicz
W wielu krajach nie ma Bożego Narodze...