Zezwierzęcenie w wersji kolor-max

"Opowieści Lasku Wiedeńskiego" - reż. M. Kleczewska - Teatr Kochanowskiego w Opolu

Matka (Ewa Wyszomirska) zasiada przed jednym z czterech telewizorów, usytuowanych z prawej strony sceny. Przeglądając program telewizyjny odczytuje streszczenia znanych seriali - M jak miłość, Kryminalni, Pierwsza miłość to elementy codziennej litanii tysięcy Polaków. Znany już zatem czas i miejsce oglądanych zdarzeń, a wszechobecne plastikowe stoły i krzesła sugerują, że mamy do czynienia z rzeczywistością substytutów. Zamiast prawdziwych mebli - plastik, zamiast myślenia - plastik, zamiast uczuć - plastik. Niech żyje to, co sztuczne i powierzchowne.

Świat, w którym panuje zagubienie, aksjologiczny chaos, znamionuje pojawienie się Alfreda (Przemysław Kozłowski). Zaczesane do tyłu wyżelowane włosy, obcisłe czarne spodnie ze zwężanymi nogawkami i ostentacyjne rzucie gumy to uosobienie plastikowego szyku. Hazardzista, cwaniak i życiowy nieudacznik jest przedmiotem pożądania zarówno zepsutej i wyrachowanej Walerii (Elżbieta Piwek) jak i poczciwej Marianny (Judyta Paradzińska). W końcu - nie ma co ukrywać - to typ o wiele ciekawszy niż dobrotliwy masarz Oskar (Michał Świtała). Naiwna dziewczyna, która pada łupem wyrachowanego żigolaka, przyjmuje jego oświadczyny jak gwiazdkę z nieba. Choć szczęście nie trwa długo, jest co wspominać - scena zaręczyn zapada bowiem w pamięć. Parodia fragmentu Nocy i dni Jerzego Antczaka - brodzący w wodzie Alfred (Józef Toliboski w wersji diskopolowej) i wszędobylskie nenufary - to przykład romantyzmu na miarę świata zbudowanego z tworzyw syntetycznych. Nenufary mają bowiem rażąco jaskrawe kolory, wygrywa zatem estetyka odpustu. Jednak w porównaniu z kolorami kostiumów kąpielowych, jakie mamy okazję oglądać w jednej ze scen zbiorowych, wodne kwiaty to tylko preludium do wrażeń estetycznych, które najdelikatniej określić można jako kolorystyczny przesyt.

Dużo i barwnie – to zasada, która rządzi w tym świecie. W pewnym momencie widzimy bowiem erotyczne tańce na masce różowego samochodu, a zwisające z sufitu kilkunastometrowe lśniące złote pasma, przypominające gigantyczne włosie anielskie jakim zwykliśmy ozdabiać choinki, tworzy tło, od którego trudno oderwać oczy. Mieni się i błyszczy bez litości, nie zważając na nasze ograniczenia percepcyjne. Zanurzamy się bowiem w świecie, w którym każdy stara się błyszczeć na miarę swych możliwości. To atakująca nas feerią barw rzeczywistość, w której na uroczystości powitania dawno niewidzianego członka rodziny obok Roty, czy pieśni O mój rozmarynie śpiewa się biesiadne numery w stylu Białego misia. Synkretyzm panuje tu niepodzielnie i to nie tylko w sferze wizualnej - światopoglądy budowane są podobnie. Trochę z tego, trochę z tamtego - jak komu wygodnie. Jakoś przecież żyć trzeba, a sztukę przetrwania należy opanować jak najszybciej – dla własnego dobra. A wiadomo przecież, że najłatwiej żyje się kosztem innych.

Budowana niezwykle konsekwentnie postać Emmy (Aleksandra Cwen) - wariatki, taszczącej ze sobą reklamówki pełne ubrań, przeraża i intryguje. Zawartość owych siatek stopniowo nabiera znaczenia symbolicznego - kobieta nosi brudy, które zostają w końcu wyrzucone na zewnątrz i którymi zostaje obrzucona, sponiewierana, zamęczona. Kiedy dochodzą do głosu najciemniejsze ludzkie instynkty i to, co bardzo chcielibyśmy ukryć, nagle wylewa się na zewnątrz, trzeba znaleźć kozła ofiarnego, który zostanie obarczony całą ohydą i złem wyzierającym spod maski “porządnego obywatela”. Trwająca kilkanaście minut scena znęcania się nad Emmą potwornie męczy widza. Pozwala niemalże fizycznie poczuć zmęczenie ofiary, koszmar trwającej w nieskończoność gehenny i nieustępliwość pogrążonych w zapalczywym transie oprawców. Ofiara złożona z młodej dziewczyny nie przyniesie jednak oczyszczenia. Akt zaślepiającej przemocy jest tylko zabawą, grą chorych i zepsutych do szpiku kości agresorów. W świecie zbrodni bez kary nie ma bowiem miejsca dla słabych, litościwych, innych.

Reżyserce można zarzucić popadanie w schemat obsadowy, ponieważ większość aktorów powiela typy ludzkie postaci granych w “Makbecie”. Trudno jednak stwierdzić, czy skorzystanie z czegoś, co już raz się sprawdziło, jest błędem. W spektaklu - wbrew medialnym zapowiedziom - niełatwo znaleźć coś skandalizującego. Poszczególne elementy scenicznej rzeczywistości tworzą spójną całość, konsekwentnie obrazując, w jaki sposób zło, które czai się w każdym z nas, stopniowo nabiera znamion “normalności” - sączone etapami, w małych dawkach, uodparnia organizm ofiary, który jest gotów przyjmować coraz mocniejsze ciosy. Każda choroba - nawet ta, na którą zapada społeczeństwo - zaczyna się w małej komórce, pomiędzy najmniejszymi elementami tkanki społecznej. Gest jednego sadysty efektem kuli śniegowej zagarnia coraz większe obszary. W konsekwencji powstaje świat, w którym człowiek przestał być ludzki. Wygrywa zwierzę.

Olga Ptak
Dziennik Teatralny Opole
20 maja 2008

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia