Ziemia odzyskana dla Podlasian... i inne wizje

rozmowa z Roberto Skolmowskim

1 sierpnia 2011 Roberto Skolmowski, dotychczasowy szef Wrocławskiego Teatru Lalek, reżyser i wizjoner, został mianowany dyrektorem Opery i Filharmonii Podlaskiej - najnowocześniejszej instytucji tego typu w Polsce, równie wyjątkowej, jaką był Teatr Narodowy przed kilkuset laty. Opery skrojonej na miarę XXI wieku, u steru której należało postawić kogoś wyjątkowego, kto nie tylko sprawi, że będzie to najlepsza opera w kraju, ale także udowodni, że taka instytucja jest potrzebna w tym regionie. Dyrektor Skolmowski daje szczególną nadzieję na spełnienie tych oczekiwań

O planach na przyszłość, czarze Białegostoku i operze disco polo z dyrektorem Roberto Skolmowskim rozmawia Dziennik Teatralny.

Dziennik Teatralny: Panie dyrektorze, jak zareagował Pan na propozycję objęcia  placówki na Podlasiu?

Roberto Skolmowski:  Kiedy 30 marca zadzwonił do mnie minister Bogdan Zdrojewski, najzwyczajniej w świecie zaniemówiłem. Sama rozmowa była niezwykle krótka. Pan minister po prostu zakomunikował mi, że chce zgłosić mnie jako swojego kandydata na dyrektora Opery Podlaskiej. Następnie, na zaproszenie Marszałka Województwa Podlaskiego Jarosława Dworzańskiego, przyjechałem do Białegostoku, wciąż nie wiedząc, czy aby na pewno dobrze robię. Jednak kiedy już przyjechałem i zobaczyłem najdoskonalej wymyśloną „maszynę” do robienia teatru, uznałem, że błędem byłaby rezygnacja z tej przygody.

Co rozumie Pan pod pojęciem „maszyny do robienia teatru”? Dlaczego obiekt powstający w Białymstoku wydał się Panu tak wyjątkowy?

Architektura tego budynku jest przepiękna. Ale przede wszystkim bardzo mądrze rozwiązano kwestię funkcjonalności - czego nie da się powiedzieć o większości nowobudowanych czy remontowanych teatrów w Polsce, choćby w Krakowie, gdzie na budowę opery wydano mnóstwo pieniędzy i powstał obiekt doskonale niefunkcjonalny (o czym zresztą wszyscy wiedzą). 
O Operze Podlaskiej dzięki Maciejowi Wojciechowskiemu nikt w ten sposób nie powie, ponieważ wszystko zaprojektowano z myślą o jej użytkownikach. Mam nadzieję, że tych kilka detali co do których mam zastrzeżenia uda się wyprostować.
Druga rzecz to technologie absolutnie z najwyższej półki. Można śmiało powiedzieć, że na wschód od Berlina nie ma drugiego takiego miejsca, w którym można zrobić tak wiele różnorodnych przedsięwzięć, poczynając od teatru, koncertów i wystaw multimedialnych, na kinowych projekcjach kończąc. Sala koncertowa będzie dawała możliwość zaaranżowania przestrzeni dla muzyków i widowni w sposób, jaki będzie niezbędny dla realizacji danego typu koncertu. Każdego typu, jaki wymyślono przez ostatnie parę tysięcy lat. Będzie można zagrać wszystko, pstrykając palcami (śmiech) i naciskając kilka klawiszy komputera. Muszlę koncertową wykona jedna z najlepszych, najsłynniejszych w branży, niemieckich firm. Poza tym będziemy posiadać jedne z najlepszych organów w Polsce, które właśnie są montowane. instrument znajdzie się na widowni, a organista będzie mógł siedzieć w pięciu różnych miejscach. Na moja prośbę zostaną zamontowane pewne interfejsy, które pozwolą nam na przykład zmienić salę koncertową w wielką salę kinową. Ten wspaniały instrument swoim brzmieniem będzie przypominał organy Wurlitzera. To na potrzeby festiwalu dawnego niemego kina. W kilkunastu operach prawdziwe organy są przewidziane w partyturze, tu na Podlasiu będzie możliwa prawdziwa uczta dla melomanów.

Wyjdźmy z sali koncertowej i pozwiedzajmy dalej…

Amfiteatr na 600 miejsc „przyrośnięty” do budynku opery, gdzie tylna ściana jest zarazem boczną ścianą sali koncertowej. Wystarczy ją odsunąć… i już widzimy kilkadziesiąt metrów maszynerii teatralnej, wózki sceny, scenę obrotową, czyli de facto można będzie wyjechać kompletem dekoracji na zewnątrz. Do tego mamy specjalny balkon dla chóru oraz możliwość zastosowania efektu Deus ex machina. W takiej przestrzeni jak amfiteatr, można zrobić właściwie wszystko.  Tu wstawimy kabinę kinową i będzie, jak kiedyś, Kino Letnie.
Dalej – scena kameralna, klasyczny teatralny blackbox, gdzie widownię i przestrzeń gry będzie można kształtować na różne sposoby. Na środku znajdzie się platforma, dzięki której można będzie podnieść lub opuścić podest. Mało tego! Pojawi się możliwość opuszczenia mikrokanału typowego dla opery barokowej, czyli muzycy będą mogli grać zatopieni do połowy.
Jeśli chodzi o możliwości realizacyjne, da się zrobić absolutnie wszystko, co tylko reżyserowi przyjdzie na myśl, i do tego za pomocą „pstryknięcia palcami”. 

We Wrocławiu dał się Pan poznać jako dyrektor - miłośnik najnowocześniejszych rozwiązań technologicznych. W Białymstoku również zamierza Pan poeksperymentować ze zdobyczami techniki?

Oczywiście, prowadzimy poważne rozmowy o wyposażeniu Opery w multimedia i bardzo bym chciał, żeby w tym aspekcie była to instytucja absolutnie bezkonkurencyjna. Myślę na przykład o umieszczeniu pięciu projektorów na dużej scenie, dwóch na małej, wyposażonych w różnorodne oprogramowanie. Po to, żeby rejestrować wydarzenia, jakie będą miały miejsce na obu salach, w amfiteatrze i w tym cudownym, przeszklonym foyer. Następnie chciałbym udostępniać je szerszej publiczności w Internecie. Zamierzamy także produkować płyty i nagrania. Mam nadzieję, że najdalej za półtora roku spełnię wreszcie swoje marzenie, którego nie udało mi się zrealizować we Wrocławiu (choć byłem blisko!) – marzenie o założeniu własnej telewizji internetowej, dokładniej internetowego kanału operowego. Takie rzeczy robią Amerykanie: można wejść na YouTube, gdzie na przykład świetni mechanicy pokazują, jak można samemu naprawić sobie samochód. My na Podlasiu będziemy realizować audycje edukacyjne, pokazywać w jaki sposób funkcjonuje opera, opowiadać o każdym rodzaju sztuki niejako „od kuchni”. Będzie własne studio nagrań audio/video i choć już trochę późno, możemy pogrzebać w nowoczesnym oświetleniu i dźwięku.

Jaka będzie struktura organizacyjna Opery?


Trudno mi na chwilę obecną przedstawić schemat, bo on ciągle znajduje się w fazie opracowywania. Opera musi odpowiadać wymaganiom, jakie stawia sztuka operowa czy teatr musicalowy. Jednak samo zarządzanie obiektem powinno być bliskie sposobowi i poziomowi światowemu - zwłaszcza temu w Niemczech, na którym się wzoruję – uproszczony schemat, mała liczba pracowników szalenie funkcjonalnych, duży zakres odpowiedzialności poszczególnych służb. Bardzo chcę uniknąć zaszłości z ancient regime’u, funkcjonowania teatru na modłę komunistyczną, czyli tego całego bezsensownego przerostu zatrudnienia. Nie będzie tylu znanych nam stanowisk do piastowania i kierowania. Zdecydowanie poziome struktury, bliższe modelowi angielsko-niemieckiemu.

To dość zaskakujący pomysł, trzeba przyznać. A dyrektor muzyczny?

Dopóki nie zdarzy się tak, że poznam kogoś, kto mnie powali swoją wiedzą na temat tego czym jest opera, (to naprawdę inny fach - dyrygent operowy), dopóki nie zwariuję kompletnie na jego punkcie, ta funkcja pozostanie nieobsadzona. Zamiast tego zaprosiłem do współpracy – w charakterze konsultantów – kilku Mistrzów, którzy na swojej działce znają się wyśmienicie: Jerzego Salwarowskiego, konsultanta od wielkiej symfoniki, Wojciecha Rajskiego, który będzie nam pomagał przy kameralistyce. Natomiast Tadeusz Kozłowski i Mieczysław Dondajewski zajmą się operą. Jestem w trakcie rozmów z Wojciechem Michniewskim z którym chciałbym zrealizować kilka szalonych, współczesnych utworów. Myślę, że to jedyna szansa dla mnie - brać absolutnych Mistrzów w każdej dziedzinie, bo oni w końcu o teatrze wiedzą wszystko. Spędzili w nim czterdzieści, pięćdziesiąt lat, prowadząc wspaniałe instytucje, setki koncertów i przedstawień. Nie zawsze mają rację, bo przecież świat zmienił się diametralnie, podobnie jak nasza mentalność, ale ja jestem mądry i skuteczny ich mądrością, ponieważ oni bez przerwy mnie „pilnują” i wskazują, gdzie mogą czaić się „zagrożenia”. Nie ma takich pieniędzy, za które kupiłbym odpowiednie książki na ten temat. Nie istnieją takie podręczniki! Opera to wielka tradycja, tu trzeba tęgich głów. Dlatego Paweł Dobrzycki jest głównym scenografem, Maciej Wojciechowski pomaga zbudować zespół techniczny, a kiedy nie mam zadawalającej odpowiedzi, to pozwalam sobie dzwonić do innych. Nikt mi dotąd nie odmówił. Czas besserwisserów i Zosi Samosi już minął.  Dziś nie da się powołać do życia nowoczesnej instytucji bez doradców. Pycha dyrektorska w tym wypadku bardzo dużo kosztuje. Tu nie można ryzykować błędu.

Jak będzie wyglądało tworzenie zespołu baletowego?

W ogóle nie planuję zainstalowania w operze stałego zespołu baletowego. Noszę się z zamiarem uruchomienia projektu pod nazwą „Europejska Unia Muzyczna”, który będzie skupiał instytucje od Helsinek do Mołdawii, zrzeszał teatry i filharmonie z Ukrainy, Białorusi, Litwy, Łotwy, Estonii, Polski, aby robić koprodukcje, współtworzyć przedstawienia i koncerty, odwiedzać się ze spektaklami. I wówczas, po co ja mam tworzyć zespół baletowy skoro lepiej ściągnąć go z Wilna, Mińska czy Lwowa i stworzyć najlepsze „Jezioro Łabędzie” w "oryginalnej" wersji.

Aż się boję spytać (uśmiech), czy przewidział Pan miejsce choćby dla solistów i chóru, bez których chyba trudno wyobrazić sobie poważną operę.

Tak, będzie zespół solistów – dziesięć, dwanaście osób z grona najlepszych, bo chciałbym, żeby to byli śpiewacy „poważni”. A gwiazdy klasy Lux, będziemy zwyczajnie „dokupować” dla potrzeb określonego przedsięwzięcia. Jednak przede wszystkim potrzebuję takiego składu, abyśmy mogli bez zbędnych problemów zrealizować każdą operę. Jeśli mówimy poważnie o operze na Podlasiu, to nie możemy bazować wyłącznie na przedstawieniach, które przywiozę czy zaproszę, lecz musimy tworzyć własne spektakle. Tu, na miejscu i z miejscową siłą. Dlatego też sporo uwagi poświęcam chórowi. Problem z podlaskim chórem polega na tym, że chór jest piękny, przystojny i młody. A ja potrzebuję ludzi w każdym wieku, więc muszę dokooptować kilku panów z dużym brzuchem i pań z wielkim biustem, czyli postaci charakterystyczne, bez których żaden teatr obejść się nie może. I mało, że muszę chór postarzyć, to jeszcze dopilnuję, żeby nauczył się porządnie ruszać.

Dlaczego ta kwestia jest tak  istotna? Czy chór nie powinien po prostu dobrze śpiewać?

Nie, oni nie mogą stać na scenie jak wazony! Proszę zwrócić uwagę, że kiedy się idzie na przedstawienie w polskim teatrze, to widać jak na dłoni, że dzisiejsi chórzyści zwyczajnie nie wiedzą, czym jest surdut, jak się poruszać i siadać mając na sobie frak, cylinder, rękawiczki. Przecież to zupełnie inny świat, prawda? A spektakl powinien być przekonujący, uwodzić widza, więc chór musi umieć wszystko. Stosowałem tę zasadę w Łodzi i we Wrocławiu zaś w Poznaniu osiągnęliśmy już stan, gdzie po przedstawieniu pojawiały się dwie recenzje – jedna ze spektaklu, druga specjalnie dla chóru, bo był on tak niezwykły. Tam jednak istnieją lata tradycji, której na Podlasiu nie ma i trzeba ją stworzyć. Stąd zacząłem poszukiwania mistrzów prawdziwego, szlachetnego ruchu w celu zorganizowania zajęć aktorskich i baletowych. Znalazłem i zaprosiłem do współpracy panią Ewę Zając wraz z mężem - wspaniałych polskich tancerzy, którzy byli solistami w Warszawie, Łodzi, Poznaniu i Wrocławiu, a następnie wyemigrowali z kraju, przejeżdżając pół Europy. Nie ma na Podlasiu innej dwójki osób mającej tak rozległą wiedzę o tańcu jak oni, dlatego od września będą pracować z moim dorosłym chórem (oraz dziecięcym, bo ja muszę mieć i dzieci tańczące). Wszyscy powinni solidnie pracować, bo jedną z pierwszych premier będzie „Skrzypek na dachu”. Pedagogiem aktorskim dla chóru i młodych solistów będzie Tadeusz Grochowski, wspaniały aktor, stara dobra szkoła. Cudo. Po dwóch latach zrobimy ”Skrzypka na dachu”.

Czemu wybór padł właśnie na ten legendarny musical?

Trudno nie zrobić tego spektaklu w takim mieście jak Białystok, w którym żyła ogromna liczba Żydów. W pewnym momencie było ich tutaj nawet więcej niż Polaków. W tutejszym getcie zginęło kilkadziesiąt tysięcy osób, (o czym się nie wspomina, poprzestając na refleksjach dotyczących zbrodni w getcie warszawskim czy łódzkim). W 2013 mamy 70 rocznicę Zagłady Getta w Białymstoku, i to będzie bardzo specjalny Skrzypek. Niegdyś było tak, że niemal pół Podlasia wyjechało do Ameryki, a ludzie w Chicago w większości są z tego regionu. Dlatego akcja będzie rozgrywać się na transatlantyku, którym popłyną podlascy Żydzi. Innym spektaklem mocno zanurzonym w klimacie Podlasia i wielonarodowej szlachty podlaskiej: polskiej, białoruskiej, litewskiej i tatarskiej, będzie „Straszny dwór” i zrobimy go wraz z Pawłem Dobrzyckim na inaugurację. Pragnę zrobić z tej okazji wielką wystawę portretów sarmackich Wielkiego Księstwa i portretów trumiennych.

Porozmawiajmy zatem o planach artystycznych, skoro już Pan o tym wspomniał. Krążą słuchy o wyjątkowym sezonie 2011/2012 w Filharmonii…

Tak, repertuar dla Filharmonii jest już przygotowany i muszę z dumą powiedzieć, że wygląda imponująco. Niewiele instytucji będzie mogło pochwalić się takim sezonem, ponieważ zaproszenie do współpracy przyjęli mistrzowie z ekstraklasy polskiej dyrygentury. Wszyscy Oni, Wielcy Polscy Dyrygenci zatroskali się smutnymi wypadkami w Białymstoku zimą i wczesną wiosną. Wystarczy tylko wymienić nazwiska: Strugała, Pijarowski, Chmura, Salwarowski, Kozłowski, Wojciechowski, Michniewski, Przytocki, Rajski… Przecież to jest crème de la crème dyrygentury! Oprócz tego pojawi się kilku młodych, bardzo zdolnych, trochę gości z zagranicy. Istnieje duża szansa, że w 2013 r. w Białymstoku wystąpi maestro Stanisław Skrowaczewski. Wstępną deklarację na rok 2013 złożył Antoni Witt. Jeśli maestro Jerzy Semkow również się zgodzi, to będę bardzo szczęśliwy. Pomysł mam taki: każdy z wielkich przygotowuje co najmniej  2 - 3 programy, wówczas możemy mówić o rozwoju orkiestry.
W dalszej perspektywie planuję jeszcze mnóstwo interesujących projektów zdecydowanie przekraczających ramy typowych wyobrażeń na temat filharmonii i opery.

Czyżby dążył Pan do zmonopolizowania kultury w Białymstoku? Szefowie pozostałych instytucji mają się czego bać?

Absolutnie nie. Nie ma powodu, żeby ktokolwiek poczuł się zagrożony. To, co planuję, wymaga współpracy z wieloma osobami. Posiadając w Białymstoku wszystko co najlepsze w technologii teatralnej, możemy wspólnie realizować przedsięwzięcia niezwykłe. Mówiłem już o tym na konferencji prasowej, podczas której zostałem przedstawiony jako nowy dyrektor. Zaprosiłem na nią Dyrektora Piotra Tomaszuka z Teatru Wierszalin i wówczas przedstawiliśmy konkretny projekt. W okolicach Wszystkich Świętych 2012 zrobimy wspólnie „Widma” Stanisława Moniuszki. Obrzęd z drugiej części „Dziadów” zagrają aktorzy z Wierszalina, prowadzeni przez Tomaszuka. Ja zapewniam orkiestrę, chór, śpiewaków i pomogę w części widowiskowo-operowej. Zrobimy przedstawienie, którym udowodnimy, że łącząc siły malutkiego teatru i wielkiej Opery Podlaskiej, można stworzyć coś frapującego.

Najlepszym przykładem owocnej współpracy wydaje się „Statek błaznów”, zrealizowany we Wrocławskim Teatrze Lalek przez Tomaszuka. Wyszło Panom dzieło znakomite, o ogromnej głębi historyczno-dramatycznej. Można oczekiwać, że w Białymstoku efekty będą podobne.

Będziemy się bardzo starać, mogę za to ręczyć. Zaproponowałem również Tomaszukowi, żeby przymierzył się do napisania libretta do dramatu muzycznego o końcu świata – „Proroka Ili”, od którego rozpoczęła się cała historia Wierszalina. I myślę, że z tego pomysłu może narodzić się dzieło wyjątkowe.
Natomiast z Bartoszem Szydłowskim, szefem Łaźni Nowej, ustaliliśmy, że zrealizujemy „operę disco polo”. Tak się składa, że Podlasie jest zagłębiem disco polo, więc nie można lekceważyć tak ogromnej publiczności! To chcemy zrobić na stadionie. Połączymy zespoły wykonujące ten rodzaj muzyki z wybitnymi „klasycznymi” solistami, orkiestrą, chórem. Chciałbym, żeby autorzy i właściciele praw do oryginalnego utworu zgodzili się na tytuł „Majteczki w kropeczki”, bo jest on przepiękny.
Repertuar Opery Podlaskiej: „Aida”, „Rigoletto”, „Tannhäuser”, „Die Zauberflöte” i… „Majteczki w kropeczki”. Rewelacja! ;))))

Czy dla świata muzycznego nie brzmi to obrazoburczo? Planuje Pan otworzyć podwoje Opery dla bardzo szerokiej publiczności?

Pamiętajmy o tym, że na Podlasiu nie ma nawyku chodzenia do opery.  To trzeba zbudować  i to będzie bardzo trudne. Do Filharmonii chodziła garstka melomanów, ostatnio zaś malutka garstka. My natomiast potrzebujemy zapełnić te wielkie sale. Po trzech latach urzędowania tutaj muszę mieć co najmniej 100 tysięcy widzów, w przeciwnym wypadku moja działalność okaże się porażką.

Ambitny plan, biorąc pod uwagę, że w Białymstoku mieszka tylko 300 tysięcy osób. Gdyby udało się zrealizować Pana założenia, będzie to chyba jedyne miasto, gdzie 1/3 mieszkańców chodzi do opery. Jak Pan podchodzi do tego zadania od strony praktycznej?

Odkąd mnie zaproszono zacząłem się uważnie przyglądać i przysłuchiwać temu miastu, które wydaje się absolutnie wyjątkowe. Kiedy się chodzi po Białymstoku, nie można wyjść z podziwu, jaki on jest czysty. Ludzie są mili, uśmiechnięci – to zupełnie inny świat, gdzie nawet czas inaczej biegnie. Właśnie to mnie najbardziej zdumiało, jak ten czas się tutaj sączy… Ale wracając do tematu. Poświęciłem sporo czasu na rozmowy ze światłymi ludźmi stąd, musiałem także sporo się naczytać o Podlasiu, jego kulturze, historii, o fenomenach które tutaj się dzieją, i  których musiałem dotknąć i zobaczyć. Przestudiowałem dość dokładnie strukturę demograficzną regionu i zauważyłem dwie rzeczy: ludzie tutaj żyją najdłużej w Polsce (dlatego zdecydowałem się tutaj zamieszkać śmiech) i nie jest to społeczeństwo młode. Młodzi ludzie stąd wyjeżdżają, ale za to zostają dojrzali i starzy. Zapoznałem się także z wieloletnim planem rozwoju społecznego, gospodarczego, kulturalnego tych ziem i próbowałem się w tym odnaleźć, czyli wymyślić taką instytucję, która będzie odpowiadać rzeczywistym potrzebom ludzi. Muszę ją tak zorganizować, by przez wiele lat służyła jak najlepiej. W pierwszym rzędzie trzeba zadbać, żeby Opera nie została wyalienowana z tego społeczeństwa.

Czyli?

Chcę się zaprzyjaźnić ze wszystkimi ludźmi, którzy parają się działalnością artystyczną na Podlasiu i zaprosić ich do współpracy. Żeby poczuli, że to ich miejsce. A za nimi może przyjdą rodziny, przyjaciele, znajomi… Nie do uwierzenia jest to jak wielki jest to ruch w tym regionie. Tutaj żyją prawdziwi pasjonaci, działa mnóstwo chórów, orkiestr wszelkiej maści, zespołów teatralnych i muzycznych. Tworzą wybitni plastycy. Wiedzą państwo, ilu młodych filmowców można tutaj spotkać? Istnieje na przykład grupa filmowa „Podlasie atakuje”, która skupia świetnych, młodych ludzi, dysponujących fachowym sprzętem i kręcących filmy na różne tematy. Wymyśliłem sobie, że poproszę Adama Wajraka, aby jeszcze w tym roku zrobić z nim „Karnawał zwierząt” Camille’a Saint-Saensa. I wiecie, Wajrak się zgodził. Filmowcy z „Podlasie atakuje” zrobią film o ZOO, o trudnych momentach dawnego Zwierzyńca Branickiego. Wygląda on strasznie. Mój syn Antoni był wręcz przerażony, że te zwierzęta żyją w takich warunkach. Dlatego postanowiłem zrobić tę akcję z filmowcami, by stać się „wrzodem” na sumieniu i wreszcie doprowadzić do zmiany sytuacji. Adam Wajrak zamiast o Lwach i stratach opowie o zwierzętach Podlasia. Tu króluje żubr, a Saint-Saens przeca napisał o żubrze nie o lwie (uśmiech).

Jak rozumiem, rozpoczyna Pan od rzeczy pozornie luźno powiązanych z operą albo nawet wcale, do tego nakreślił Pan wizję pewnego rodzaju mecenatu, jakim obejmie Pan tutejsze środowiska artystyczne.

Mówiłem już wcześniej o ogromnych możliwościach technicznych, jakimi będzie dysponowała Opera. Chciałbym udostępnić je także ludziom, którzy niekoniecznie parają się operą, ale mają coś naprawdę sensownego do pokazania szerszej publiczności.  Dlatego za rok planuję otworzyć drzwi amfiteatru jak najszerzej i przez całe lato grać, robić teatr, zapraszać wszystkich, którzy tylko zechcą przyjechać i opowiadać czym zajmują się twórcy na Podlasiu. Kto wie, może część przyjdzie ponownie? Zaprzyjaźni się z nami na stałe?

A co z tym kinem…?

W amfiteatrze zostanie zbudowana specjalna kabina, gdzie umieścimy projektor 35 mm i planuję zorganizować wielki festiwal starego filmu, filmu niemego, ponieważ kino letnie w Białymstoku niegdyś było szalenie popularne. Dlatego od przyszłego roku będę promował komercyjne kino letnie, a zarazem robił wspaniałe rzeczy dla miłośników kina.  Oczywiście, idea nie wzięła się z powietrza! Mało kto wie albo pamięta, że kino – nie światowe, tylko amerykańskie – narodziło się właśnie na Podlasiu. Stąd pochodzą słynni bracia Warner, którzy za Atlantykiem założyli to, co założyli. Wielki reformator kina Dawid Kaufman występujący pod pseudonimem Dziga Wiertov, który dokonał „kinowego przewrotu kopernikańskiego”, pochodzi nie skąd indziej, tylko z Podlasia. A Nora Ney (Sonia Nejman), niezapomniana seksbomba kina niemego? Ta sama historia. Sławnych ludzi związanych z filmem i tym regionem jest „na pęczki”, dlatego warto odkryć ich na nowo.

Jednym słowem: planuje Pan przypomnieć Podlasianom o ich własnych korzeniach?

Niezależnie od wszelkich innych przedsięwzięć chcę opowiedzieć niezwykłą historię teatru i opery, sztuk performatywnych i kina na Podlasiu. Siedemnaście lat przed powstaniem Teatru Narodowego Wojciecha Bogusławskiego na Podlasiu zaczęła funkcjonować "Komedialnia" Księcia Branickiego – pierwsza stała scena teatralna w Polsce, która miała operę, niezwykle modne wówczas balety i pantomimy, organizowano na niej nawet pokazy mody dla ówczesnej arystokracji. Do tego posiadała kompletne wyposażenie teatralne i grywali na niej aktorzy sprowadzani z Włoch i Austrii. Co ważne, w Białymstoku powstała pierwsza szkoła baletowa w Polsce, ponieważ Branicki polecił uczyć tańca panny dworskie oraz ich dzieci z myślą o spektaklach w Komedialni. Kiedy po śmierci magnata Komedialnia zaczęła upadać, podlascy artyści wyjechali do Warszawy i stali się gwiazdami Teatru Narodowego albo teatru austriackiego. Ale pochodzą stąd! Tutaj się urodzili, tutaj nabyli umiejętności i doświadczenia… Wraz z Anatolem Wapem, który jest dyrektorem Departamentu Kultury Urzędu Marszałkowskiego i poważnym historykiem z wykształcenia, a do tego pasjonatem tym ziem, zaczęliśmy dość mocno grzebać w przeszłości, aby dogrzebać się właśnie do tych biografii pierwszych artystów Opery Podlaskiej i oczywiście stworzyć miejsce poświęcone ich pamięci. Podobnie pragniemy służyć wszystkim mniejszościom narodowym.

Podlasie to region, który w wymiarze historyczno-kulturowym zdaje się zdradzać szczególne predyspozycje, jeśli chodzi o muzykalność i śpiewność. Pewnie w tej dziedzinie również odkrył Pan jakąś perłę?

A jakże i to nie tylko dla siebie. Dopiero co otrzymałem od Anatola Wapa nuty oraz nagrania utworów Jana Tarasiewicza – kompozytora białoruskiego, ucznia Aleksandra Głazunowa, przyjaciela Rachmaninowa. Wybitnego pianisty, piszącego bardzo dobrą muzykę. Już pochłonąłem świetną książkę Hanny Kondraciuk o Tarasiewiczu, a profesorowie Dondajewski i Salwarowski zachwycili się jego utworami. Tymczasem nikt tutaj nie chwali się tak wyjątkową postacią, czego osobiście zupełnie nie rozumiem. Dlatego chcę mu poświęcić trochę przestrzeni w nowym obiekcie. Został po nim fortepian, krzesło, na którym siedział, stół i trochę pamiątek.
W sierpniu 2012 jego muzyka otworzy festiwal kompozytorów żyjących, mieszkających, piszących, pochodzących z Podlasia. Muzyka wielu narodów Wielkiego Księstwa. To nasza, przepraszam, Was - Podlasian, siła.
Cicho marzę, że jak pojadę z tym pomysłem do maestro Maksymiuka, nota bene ucznia Jana Tarasiewicza i poproszę by został szefem takiego festiwalu to nie zrzuci mnie ze schodów.

Dziś, żyjemy w takim czasie, że trzeba nie tylko przypomnieć o korzeniach, ale także wzbudzić zasłużoną dumę z tego miejsca. Chciałbym odzyskać tę ziemię dla Podlasian. I pokazać wszystkim, że my nie jesteśmy żadną Polską C, ani B, ani nawet A, tylko P o d l a s i e m!

Monika Adamczyk, Ryszard Klimczak
Dziennik Teatralny
27 sierpnia 2011

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia

Maskarada – Międzynaro...