Zjadła zęby na życiu i dobrze wie, że najtrudniej idzie się łatwą drogą

rozmowa z Katarzyną Figurą

- Moim marzeniem było zrobienie kariery międzynarodowej. Ale marzenia nie zawsze się spełniają. Nie zawsze wszystko się udaje. Nie czuję się jednak zawiedziona. Zawsze starałam się inwestować w siebie. Myślałam: może odniosę sukces, może porażkę, ale warto próbować - mówi aktorka Teatru Wybrzeże w Gdańsku.

Zjadła zęby na życiu i dobrze wie, że najtrudniej idzie się łatwą drogą. Temperamentna i lubiąca ryzyko. Potrafi ogolić głowę na zero, szokować, bulwersować i walczyć. Katarzyna Figura przeprowadziła się na Wybrzeże, gdzie znalazła swoją przystań.

Wygląda pani znakomicie. Morski klimat chyba pani służy?

- Po życiowych zawirowaniach przeniosłam się na Wybrzeże. Zamieszkałam w Gdyni, zaangażowałam się do Teatru Wybrzeże, gdzie gram. Przeprowadzkę wymyśliła moja młodsza córka. I fantastycznie to wymyśliła. Zakochałam się w nadmorskich pejzażach.

Do tego stopnia, że zaczęła pani fotografować nadmorski świat i powstała z tego piękna wystawa?

- Rok temu otworzyłam pierwszą wystawę moich prac. Wernisaż odbył się w dniu moich urodzin. To było symboliczne. Rozpoczęłam kolejny etap życia. Każda zmiana wymaga odwagi, ale tylko tak możemy się rozwijać. Zmieniłam otoczenie, jestem pełna energii, uczestniczę w nowych projektach artystycznych. Odkrywam kolejne twórcze pasje - a fotografia jest jedną z nich. Morze jest dla mnie inspiracją. Obserwacja Bałtyku, zwłaszcza o świcie, dostarcza niezwykłych doznań. W moich pracach chcę pokazać, jak zmysłowa jest natura, jak piękne, tajemnicze i urzekające jest polskie morze. Trójmiasto stało się moją przystanią. Przyjeżdżając z Warszawy na Wybrzeże, wykonałam większy krok naprzód niż kiedyś, udając się na przykład do Kalifornii.

Czyli zrzuciła pani z siebie choć częściowo balast prywatnych zawirowań?

- Rozmawiałyśmy już o tym kiedyś, jak trudno jest osobie publicznej oddzielić życie zawodowe od prywatnego. Te dwa światy zawsze jakoś się przenikają, a ja postanowiłam nie uzupełniać tego żadnymi wypowiedziami na ten temat. Nie chcę niczego komentować.

Ponoć jedną z cech, których można pani pozazdrościć, jest odwaga. To prawda?

- Myślę, że tak. W życiu dużo zależy od odwagi. Od tego, czy zamykamy się w schematach i wybieramy łatwe drogi, które mają nam przynieść szybkie korzyści, czy wybieramy drogi wyboiste, trudniejsze, ale twórcze. Trzeba cały czas czerpać ze swojego oryginału, żeby go nie zatracić. Znaleźć czas, aby zajrzeć w siebie. To dotyczy mnie jako człowieka i mnie jako artystki. Przygotowując spektakle o Marilyn Monroe czy Kalinie Jędrusik, sięgałam w głąb siebie. Prawdę powiedziawszy, jestem dumna z tej cechy. Gdyby nie moja odwaga, nie potrafiłabym zacząć od nowa życia w wieku 51 lat.

Odwaga daje wolność - jest pani kobietą wolną?

- Poczucie wolności zaszczepił mi ojciec. Powtarzał, że mam prawo być taka jaka chcę. Dawał mi wolność. Ale kiedy zdarzało się, że jako nastolatka rozbrykałam się, wprowadzał rygor, stawiał mnie do pionu.

Myślę o pani odwadze dwutorowo: życiowej i zawodowej. Często prowokowała pani w filmach, tworząc postać polskiej seksbomby, potrafiła pani ogolić głowę na potrzeby spektaklu, i ten głos telefonu erotycznego - tym wszystkim pani bulwersowała...

- Na tym polega kreacja. A bulwersowanie wpisane jest w nasz zawód. Dlatego tak bliska jest mi postać Kaliny, którą gram. To jestem po części ja sama. W "Kalinie" pokazuję też siebie, również w trudnych momentach, a jednocześnie odważną i zdolną do życia dalej. Bardzo ironiczną. Ale wracając do ogolonej głowy. Ogoliłam ją do roli matki w sztuce "Alina na Zachód". Początkowo przypuszczałam, że założę łyskę-perukę. Jednak, gdy byłam w trakcie prób, otrzymałam od Piotra Uklańskiego propozycję występu w "Summer Love" - westernie kręconym po angielsku. W scenariuszu była scena, w której usiłujący upokorzyć kobietę mężczyzna chwyta za brzytwę i goli jej głowę. Uznałam wtedy, że skoro mam dwie role tak różne, ale tak jednak podobne, warto przeprowadzić eksperyment. Uważam zresztą, że rola w "Summer Love" jest jedną z moich najlepszych ról.

Od najmłodszych lat miała pani temperament odważnej i wolnej dziewczyny?

- Tak, ale też nad tym pracowałam. I nigdy nie wybierałam w życiu łatwych dróg, choć życie starałam się planować i te plany konsekwentnie realizować. Ale zdarzały się też niespodziewane sytuacje: Hollywood nie było moim planem - było jednym z etapów - podobnie jak Paryż, gdzie studiowałam i kręciłam filmy. Moim marzeniem było zrobienie kariery międzynarodowej. Ale marzenia nie zawsze się spełniają. Nie zawsze wszystko się udaje. Nie czuję się jednak zawiedziona. Zawsze starałam się inwestować w siebie. Myślałam: może odniosę sukces, może porażkę, ale warto próbować. Zresztą moje podejście do życia nie zmieniło się. Cały czas jestem w drodze.

Ta droga teraz coraz bardziej prostuje się, na pani twarzy coraz częściej pojawia się uśmiech. Jest pani szczęśliwa?

- Tak. Przed kilkoma laty pracowałam na Wybrzeżu, grając w teatrze i kręcąc serial "Sąsiedzi". Tutaj też pojawiła się moja druga córeczka Koko. I siedząc kiedyś na ławce w Sopocie, myślałam: jak cudownie byłoby tu zostać na dłużej. Po wielu latach to marzenie się spełniło, a wypowiedziała je na głos moja córka. W Teatrze Wybrzeże gram m.in. w "Wyspie" Marivaux, historii o życiowych rozbitkach. Ten tekst pojawił się w bardzo dobrym momencie mojego artystycznego życia.

Rola Elżbiety w "Marii Stuart", Kataklizmu w "Ciągu", wykłady w Gdyńskiej Szkole Filmowej, spektakle w Teatrze Polonia - to tylko niektóre pani zajęcia. A przecież jest jeszcze film kręcony w Warszawie. Natłok zajęć pozwala pani zatrzymać się na chwilę, uporządkować siebie?

- Staram się robić to regularnie. Przypływ morza jest równoczesnym przypływem mojej energii. A mówiąc serio: te odległości dają mi się trochę we znaki, a biorąc pod uwagę moją skłonność do spóźnień... Ale na morze zawsze znajdę czas.

Potrafi pani walczyć?

- Nie mam wyboru. Scena i zadania, przed którymi staję, wyzwalają we mnie siłę. Kocham życie i jak mówi moja bohaterka Kalina: "Nasze życie to największy i najpiękniejszy eksperyment jaki przyjdzie nam przeprowadzić". Moją dewizą jest nigdy się nie poddawać.

Wróćmy do filmu, bo to ciekawy projekt. Dulską gra Katarzyna Figura - aż trudno w to uwierzyć!

- Jedną z Dulskich. "Panie Dulskie" to film Filipa Bajona, w którym w rolach głównych grają Krystyna Janda, Maja Ostaszewska i ja. To historia dalszych losów rodziny. Akcja rozgrywa się w trzech planach czasowych - w roku 1914, 1954 oraz pod koniec lat 90. Głównymi bohaterkami są trzy przedstawicielki rodziny, reprezentantki pokoleń: wnuczka Dulska (Ostaszewska), matka Dulska (ja) i babcia Dulska (Janda). Najmłodsza, która jest reżyserką, postanawia zrealizować film dokumentalny, poznając tajemnice rodziny.

"Zjadłam zęby na życiu: na miłościach, samotności, chorobie, traceniu najbliższych. Życie nauczyło mnie, że nie ma łatwych dróg. I ja też nie wierzę w nie". A w co pani wierzy?

- W miłość i prawdę. Jeżeli człowiek potrafi kochać i być kochanym, daje mu to siłę w życiu.

Jolanta Ciosek
Gazeta Współczesna
21 marca 2015
Portrety
Katarzyna Figura

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia