Złamany żagiel

"Żeglarz" - reż. Jerzy Klesyk - Teatr Polski w Warszawie

Warszawski Teatr Polski nie słynie z awangardowych eksperymentów czy wytyczania nowych kierunków w scenicznej sztuce. I choć taka konstatacja nie jest bynajmniej sama w sobie zarzutem, to Żeglarz w reżyserii Jerzego Klesyka pokazuje, jak zbyt daleko posunięta zachowawczość może zniszczyć nawet dobrze zapowiadający się spektakl

Rzeźbiarz pracuje nad potężnym, kilkumetrowym pomnikiem, Rektor napisał opasłe biograficzne dzieło, Przewodniczący przygotowuje wystawną uroczystość – zbliża się pięćdziesiąta rocznica bohaterskiej śmierci kapitana Nuta! Kapitan Nut – mityczny heros, niezrównany żołnierz i dowódca, człowiek bez skazy, zaprząta umysły wszystkich mieszkańców miasta, stanowiąc wzór do naśladowania i ulubiony temat rozmów. Wszystko to postanowi jednak zepsuć młody historyk Jan, który pewnego dnia powraca z dalekiej podróży, przynosząc wielce nieciekawe wieści. Otóż okazuje się, że Nut nie był wcale postacią z brązu, tylko człowiekiem jak każdy z nas. Nie uśmiechało mu się zginąć na płonącym, ostrzeliwanym przez nieprzyjaciela statku, więc zwyczajnie uciekł. Romantyczne listy, które pisał rzekomo do pewnej wysoko postawionej damy, okazują się podróbkami, a zamiast tego wychodzi na jaw, że kapitan do przesadnie romantycznych osobników nie należał. Zakwestionowana zostaje nawet jego posągowa aparycja. Jednym słowem – rozpoczyna się metodyczna dekonstrukcja mitu.

Społeczność miasta za żadne skarby świata nie chce jednak zrezygnować z wygodnego symbolu, nadającego sens życiu wielu „maluczkich” i, co nie mniej ważne, przydającego się często w politycznych rozgrywkach. Jan walczy o prawdę sam przeciw wszystkim, ale i jego z czasem zaczynają dręczyć wątpliwości – może jednak lepiej byłoby zaakceptować kuszące propozycje, które zapewnią mu wieloletni dobrobyt w zamian za milczenie? Szczególnie, że musi dbać także o dobro narzeczonej, Med, która – jak wszyscy – nie jest entuzjastycznie nastawiona do jego demaskatorskich zakusów. Sytuacja komplikuje się jeszcze, gdy okazuje się, że kapitan żyje sobie spokojnie pod przybranym nazwiskiem, a z bohaterem wiążą go pewne szczególne więzi.

Czytelnicy, którzy znają dramat Jerzego Szaniawskiego, z pewnością już zauważyli, że spektakl Jerzego Klesyka jest bardzo wierną adaptacją oryginału. Tak samo, jak pierwowzór, zadaje pytania o rolę mitu w naszym społeczeństwie, o potrzebę prawdy i konflikt między fikcyjnymi symbolami a rzeczywistością. Szkoda tylko, że nie decyduje się przy tym na własny, odautorski komentarz, ograniczając się jedynie do roli biernego tłumacza – z papieru na deski teatru. Przez tak zachowawcze podejście ucierpiał sam spektakl. Prapremiera Żeglarza odbyła się w 1925 roku i, nie ma co ukrywać, dramat po prostu się zestarzał, nawet mimo uniwersalności przekazu. Brak jakiejkolwiek ingerencji w strukturę tekstu, twórczego konceptu i pomysłu na przemówienie do współczesnego widza wywołuje wrażenie uczestnictwa raczej w przedstawieniu szkolnego teatru, niż w wielkim artystycznym wydarzeniu. W utrzymaniu zainteresowania oglądających nie pomaga również niezdecydowanie co do ogólnego kierunku, w jakim miałby Żeglarz podążać – pojawiające się tu i ówdzie dość błazeńskie gagi skutecznie odciągają uwagę od poważnego i aktualnego w gruncie rzeczy problemu, skutkując tym, że ostatecznie otrzymujemy ni to tragedię, ni to komedię. Cechą dobrego „teatru środka” jest sprawne łączenie konwencji, umiejętność zestawiania, nawet w ramach jednej sceny, niekorespondujących na pierwszy rzut oka elementów i znalezienia złotej równowagi. W Żeglarzu ewidentnie zabrakło takiego wyczucia.

Przez opary nijakości – zagęszczane dodatkowo przez scenografię, której zapomniano przydzielić istotną funkcję – przebija się na szczęście jasne, silne światło dobrej gry aktorskiej. Poza Katarzyną Kołeczek (grającą Med), która za wszelką cenę chce nauczyć publiczność perfekcyjnej dykcji, wszyscy dobrze czują się w, bądź co bądź, koturnowej konwencji i dzięki niewymuszonej naturalności są w stanie ożywić trącące myszką dialogi. Na szczególny aplauz zasłużyła stara gwardia Teatru Polskiego, z Jarosławem Gajewskim i Tadeuszem Wojtychem na czele. Ten drugi, wcielając się w Starego marynarza, potrafił wykreować jedne z niewielu naprawdę zabawnych momentów spektaklu. Niestety, niewiele więcej dobrego można o Żeglarzu powiedzieć.

Robert Mróz
Teatrakcje
6 kwietnia 2011
Prasa
teatrakcje

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia