„Złoty wiek" Jagiellonów w krzywym zwierciadle

"Stańczyk. Musical" - reż. Ewelina Marciniak - Teatr Rozrywki w Chorzowie

„Stańczyk. Musical" w reżyserii Eweliny Marciniak to najnowsza premiera Teatru Rozrywki, która jednocześnie zamyka artystyczny sezon i wieńczy 34-lecie pracy dyrektorskiej Dariusza Miłkowskiego. To spektakl przewrotny, frapujący i ze wszech miar wyjątkowy, który mierząc się z mitem „złotego wieku", groteskowo portretuje polski dwór oraz stawia społeczne diagnozy.

Chorzowski „Stańczyk" powstał na podstawie ironicznego i zabawnego tekstu Jana Czaplińskiego. Zawiera celne puenty i uniwersalne komentarze dobrze charakteryzujące nie tylko społeczeństwo doby „złotego wieku", ale i współczesne. Autorowi scenariusza z powodzeniem udało się przetransponować XVI-wieczne problemy i ważkie kwestie na grunt XXI wieku oraz uwypuklić pewne ponadczasowe idee towarzyszące ludziom od wieków. „Stańczyk" składa się z dwóch części. Pierwsza z nich jest zdecydowanie bardziej dynamiczna, treściwa, to tu następuje zawiązanie akcji i prezentacja scenicznych postaci, są też humorystyczne piosenki i zabawa formą. Druga część wydaje się słabsza, tempo zdecydowanie zwalnia, a niektóre sceny (jak ta z posłem, szlachcicem z Gdańska – w tej roli Dominik Koralewski) są niepotrzebne. Niestety, tym razem zabrakło przebojowych songów na miarę hitu. Piosenka Zygmuntowskich córek także wypada blado w porównaniu do solówki Stańczyka.

Najnowsza produkcja Rozrywki reklamowana jest jako muzyczna wycieczka do XVI wieku i jest nią w istocie, jednakże to podróż do alternatywnej rzeczywistości. Rzecz dzieje się na krakowskim dworze Zygmunta I Starego (Artur Święs) i jego włoskiej żony Bony Sforzy (Alona Szostak). Można przyjąć, że musical powstał na kanwie historii prawdziwej, traktowanej z przymrużeniem oka, a artyści już na początku show zaznaczają, że została opowiedziana na tyle obiektywnie, na ile da się opowiedzieć wydarzenia sprzed 500 lat. W słowach orszaku błaznów przebrzmiewają także rewolucyjne treści.

Spektakl operuje historycznymi mitami. Bohaterowie nakreśleni zostali szkicowo, a do ich sportretowania użyto kojarzących się z nimi słów – kluczy. Atrybutem Bony są warzywa (popularna włoszczyzna), które przywiozła z Italii. Królowa pokazana została jako zapatrzona w Zachód kobieta politykująca, którą niewątpliwie była. Zygmunt Stary jawi się widzom jako rozmiłowany w sztuce i polowaniach ugodowy władca. Sportretowano go sympatycznie, lecz nieco karykaturalnie, zaś królewicz Zygmunt August (Hubert Waljewski) to wyfiokowany egoista znany w całej Europie z płomiennego uczucia do kontrowersyjnej Barbary Radziwiłłówny (Dominika Guzek). Dama jego serca z kolei została ukazana jako rusałka obdarzona niechlubną sławą, jaka do niej przylgnęła wraz z określeniem „wielkiej nierządnicy litewskiej". Od historycznego pierwowzoru najbardziej odstaje Zygmunt August. Jego sceniczne alter ego to lewicujący kosmopolita, beztroski bon vivant nieskory do przejęcia steru władzy, a przecież to dzięki jego staraniom udało się doprowadzić do powstania Rzeczpospolitej Obojga Narodów! Aby go dodatkowo zdyskredytować zastosowano także pewną elipsę czasową, ponieważ Zygmunt August nie ożenił się z ukochaną tuż po śmierci epileptyczki Elżbiety Habsburżanki (Mirosława Żak), bo od jej zgonu do ślubu z Radziwiłłówną minęły dwa lata. Co ciekawe, od samego początku słynna Anna (jak zwykle energetyczna Izabella Malik) traktowana jest jak „martwa już niestety", a przecież to ta Anna Jagiellonka, której (jak głoszą podania) uroda przeraziła Stefana Batorego, ta Anna będąca królową Polski, wielką księżną Litwy oraz księżną Siedmiogrodu, niedoszła żona Henryka Walezego...

Spektakl posiada wymiar symboliczny. Stańczyk - nadworny błazen, ale i eksterioryzowane sumienie królewskie - został zmultiplikowany. Jego grupa pod wezwaniem zabawia publiczność, ale i snuje krytyczną refleksję. I w tym należy upatrywać roli współczesnych artystów, którzy nie tylko powinni tworzyć spektakle przyjemne dla oka, ale i komentować rzeczywistość społeczną, wytykać błędy i napominać. Zastosowano także podwojenia rzeczywistości scenicznej. W konstrukcję dramatyczną wpleciono motyw teatru w teatrze, teatru Stańczyka.
W tytułową postać błazna wcielił się Grzegorz Dowgiałło, niewidomy śpiewający artysta, i jest w tej roli genialny. Nie tylko konsekwentnie prowadzi swoją postać zawsze w opozycji do królewskiego dworu, ale gra na keyboardzie i śpiewa. Jego Stańczyk przypomina Temidę, uosobienie sprawiedliwości. Ewelina Marciniak połączyła postać błazna z rozrywką, wpisując się także w ramy chorzowskiego Teatru Rozrywki. Jednakże, sam Stańczyk był kimś znacznie więcej niż jeno błaznem.

W „Stańczyku" prym wiedzie Bona. Alona Szostak okazała się bezkonkurencyjna i skradła show pozostałym aktorom. Bohaterka wyłania się spośród publiczności niczym mityczna Wenus z morza. Zabawia publiczność pozując na celebrytkę, trochę przypominając bohaterki telewizyjnego show „żony Hollywood". Niewątpliwie, królowa w spektaklu jest tylko jedna i to nie z racji tytułu monarszego, ale ze względu na doskonałe aktorstwo, lekkość bytu i poczucie humoru. Obdarzona nieprzeciętną inteligencją i zmysłem strategicznym dumna królowa – taka właśnie jest Bona Alony Szostak. Te dwie wyraziste osobowości łączy także obcy akcent, co aktorka, przekuwając w swój atut, świetnie wykorzystała budując rolę. A tak na marginesie można uznać, że komentarz Bony, iż w Polsce śmierdzi raz gównem, raz spalenizną, choć pewnie niezamierzenie, pasuje do afery związanej z nagminnie płonącymi (vel podpalanymi) składowiskami odpadów.

Produkcje Rozrywki przyzwyczaiły nas do scenograficznego rozmachu. Zazwyczaj zaskakują pięknem, kunsztownością i wielkością. Tym razem także zaskoczyły, ale minimalizmem. Scenograficzny ascetyzm oparto na wykorzystaniu obrotowej sceny z bieżnią, która pełni wiele funkcji. Wykorzystano także lustra, gdyż jak pisał William Szekspir teatr powinien być zwierciadłem codziennego życia. Zabieg ten powtórzono multiplikując królewskie córki. Idealnym pomostem pomiędzy przeszłością a teraźniejszością są kostiumy Natalii Mleczak, które choć inspirowane szesnastowieczną modą, posiadają także akcent współczesny, ponieważ pludry, bufiaste spodnie zestawiono ze współczesnymi czerwonymi bluzami dresowymi.

Eklektyczna muzyka gwarantuje wiele estetycznych przeżyć oraz muzyczną podróż do XVI wieku, ponieważ muzycy idealnie pożenili stare z nowym, tworząc miłą dla ucha mieszkankę wybuchową. Maja Kleszcz, Wojciech Krzak oraz Grzegorz Dowgiałło stworzyli piosenki utrzymane w duchu renesansowym, natomiast Wojciech Urbański postawił na muzykę elektroniczną, bezpośrednio odnoszącą się do czasów nam współczesnych. Orkiestra tym razem ulokowana została na scenie, a jej członków ubrano w szaty duchownych, którym przewodniczył dyrygent w sutannie księdza.

W spektaklu zwrócono uwagę na istotne kwestie jak: niezrealizowane marzenia, utracone złudzenia, trudne relacje interpersonalne, słaba pozycja XVI-wiecznej kobiety, powinności sprzeczne z podszeptami serca, a które wynikają z pełnionej roli – jednym słowem cienie i blaski życia na świeczniku Europy.

„Stańczyk. Musical" nie jest klasycznym musicalem. To spektakl muzyczny, a reżyserka gra z musicalową konwencją. Oś akcji stanowią wydarzenia rozgrywające się 500 lat temu na Wawelu, w czasie zmierzchu dynastii Jagiellonów. Jednakże wydaje się, że to jedynie pretekst do mówienia o czymś zupełnie innym. Ukrytym pod maską historii przekazem jest kwestia rozrywki jako takiej (jaka ma być, czemu służyć, czy ma zawierać pierwiastek krytyczny), ale i rozumianej jako chorzowski Teatr Rozrywki, który świetnie prosperował przez 34 lata pod rządami dyrektora Dariusza Miłkowskiego, lecz dziś kapitan kończy służbę, a statek płynie dalej.

Magdalena Mikrut-Majeranek
Dziennik Teatralny Katowice
23 czerwca 2018

Książka tygodnia

Gilliamesque
Wydawnictwo Planeta
Terry Gilliam

Trailer tygodnia