Zmrok na placu zabaw

"KonradMaszyna" - reż. B. Szydłowski - Teatr Łaźnia Nowa w Krakowie

Gdyby zechcieć - na upartego - poszukać określenia gatunku literatury, jaki upatrzył sobie Mateusz Pakuła, być może należałoby teksty, którymi dzieli się z czytelnikami i teatralną publicznością od kilku lat, nazywać "poematami dramatycznymi"

Poematami, bo to liryka współczesna jest naftą, która napędza wyobraźnię i język autora Księcia Niezłoma. To poeci minionych dekad – Rafał Wojaczek, Marcin Świetlicki, Andrzej Sosnowski czy Roman Honet – stawiają się na apelu w sprawie pisarskiej wrażliwości Pakuły, wyczulenia na jednostkową, trochę autsajderską, a trochę zaangażowaną egzystencję; surrealną grę światami, wśród których odnajdziemy planety indywidualnych dolegliwości i zbiorowych epidemii, krążących w krwiobiegu naszej historii i tożsamości; wreszcie – na skondensowaną, jak gdyby duszną frazę, w której pobrzmiewają echa nowoczesnych i ponowoczesnych eksperymentów z nieprzenikalną tkanką wiersza, autonomiczną grą lingwistycznych światełek na połyskującej tafli strofy. Jest Mateusz Pakuła bodaj najbardziej rozpoetyzowanym, a z całą pewnością najbardziej kompetentnym w dziedzinie współczesnego wiersza autorem tekstów dla teatru. Niech nie zmyli nas cały peleton dawnych narodowych wieszczów i ich modernistycznych akolitów, którzy umiłowali nie tylko lirykę; nie pobłądźmy, dojrzawszy między ich twarzami mniej nam opatrzone wizerunki – klasyków dramatu (Shakespeare’a) i postdramatycznej panoramy (Müller). Z pozoru jedynie teatralne inspiracje, do których należy dopisać austriackich profanatorów – Bernharda i Jelinek – wykraczają poza liryczne powiązania Pakuły. Trudno bowiem powiedzieć o nich inaczej niż poeci/poetki najwyższych lotów. Cóż począć jednak z faktem, że „poezja zawsze była językiem daremności, mój czarny przyjacielu” – jak powiadał Heiner Müller. To prawda, z tym że poezja Mateusza Pakuły zdaje się daremność rozumieć opacznie – jako mnogość darów.

Poematy dramatyczne, bo pojedyncze życie, bo świat, bo zbiorowość, mimo wszystko – jak pisze Pakuła w KonradzieMaszynie  – „to jest dramat”. Autor zdaje się przeciwstawiać oczekiwaniu na ostateczne rozejście się istoty tragiczności i nawierzchni świata, pogrążenie się owych namiętnych energii w miękkiej plastelinie codziennego krzątactwa. „To jest dramat”, powiada Pakuła, mimo że w zgodzie z doktryną postdramatyczną – z której na pozór czerpie witalność, kreując gigantyczny poemat-odpowiedź na hymn postdramatycznego państwa, HamletaMaszynę Müllera – „nawet to, co najbardziej konfliktowe, nie chce ukazać się jako dramat”. Pakuła walczy przeciw temu jakże ponowoczesnemu stanowisku, wytwarzając za pomocą literatury rodzaj magnetycznych pól, które przyciągają opiłki jednostkowych mikronarracji, na jakie rozbił się nasz świat, by zebrać je w gromady, które nagle nabierają cech wchodzących ze sobą w fundamentalne spory opowieści: romantyzmu i racjonalnej nowoczesności; politycznej poprawności i gorącego zaangażowania w sprawę; czynu i bierności.

A zatem poematy dramatyczne… A więc mnogość lirycznych darów… Dobrze, ale cóż kryje się za ową literacką kurtyną, jaką scenę, jakie postaci, noszące jakie maski i kostiumy poematy dramatyczne Mateusza Pakuły odsłaniają?

Przedzierając się przez gęstwinę narracji tekstu Książę Niezłom, napisanego w roku 2008, natrafimy na obrazek, w którym młody bohater – Przemek – schodzi do „ciasnej i wysokiej jak studnia” piwnicy rodzinnego domu, gdzie „siedzą (…) stare brudne babodziady”. „Ale kim oni są w ogóle? – pyta. MAMUSIA: No kim oni są! Żydami no! Z wojny. Żydy to są. Moi dziadkowie wzięli ich na przechowanie jak jeszcze były małe. TATUŚ: No Żydy po prostu”. Owa krótka sekwencja jawi mi się jako istny twórczy manifest pisarza. Z niej to wydobyć można te cechy świata, które rozpoznaję jako licentia Pakuła. Spróbujmy ją zrekonstruować.

1. Więzy krwi zaciskają się wokół szyi…


Rodzina… Tu wyczulone na drgania literackiego powietrza ucho pisarskie Pakuły zdaje się nasłuchiwać echa będącego „mistrzem z Austrii” – linii, na której spotykają się Bernhard i Jelinek, a która odważnie kroczy w kierunku odsłaniania wstydliwej pokrywki rodzinnego rondla, pod którą buzują skrajne emocje, ukrywane półprawdy, przemoc symboliczna i ta jak najbardziej dosłowna, ból, niekiedy (jak w KonradzieMaszynie) brutalna, nieludzka śmierć. Więzy krwi zdają się pisarzowi układać w obraz naprężonych pulsujących żył, które przecinane zostają ostrzami niewyjawionych przewin, chorej do bólu miłości lub zmieniają się w szubienice – narzędzia cichych, domowych zbrodni – na których więzy krwi zaciskają się wokół szyi.

2. Żydzi zaludniają nasze piwnice…


Dramaty Mateusza Pakuły są spirytystycznymi seansami, podczas których serdeczna ektoplazma, mająca ucieleśnić naszych wytęsknionych, przybiera ni stąd ni zowąd złowrogą postać znienawidzonych duchów przeszłości, moszczących sobie gniazda ze skrawków naszego Id, tkających pajęczyny w zaułkach niepamięci. W dramatycznych poematach Pakuły Żydzi zaludniają nasze piwnice, symbolizujące zbiorową podświadomość, do której spychamy wszystko to, co brzydzi gościnne pokoje, drapie parkiety naszych sumień. Historia – w dramatach Pakuły – nigdy nie przemawia w czasie przeszłym. Jest smyczą, która jak psy prowadzi nas przy nodze niezdarnego pana; która jak psy karci nas, gdy zbyt daleko odbiegniemy od buta znaczącego ślady na pustyni postępu, ale tylko ona – tylko wiążąca nas smycz-historia – może nas od siebie również uwolnić. Jeśli przegryziemy jej rzemień, z odwagą odrzucimy go wgłąb… nas samych. Pisarz oto zamienia seanse spirytystyczne w gwałtowną, zbiorową psychoanalizę, nie gwarantując efektów leczenia. Pakuła – dramatyczny Freud rodzimej współczesności? Istny galicyjsko-austriacki Żyd nowego wieku? Być może jest coś na rzeczy…

3. Geje zabierają nasze kobiety…


Powiedzieć, że pisarz czuły jest na wykluczane tożsamości, to nie być dość precyzyjnym. W półprzymkniętych frazach Pakuły, nasiąkniętych neoromantycznym jadem, tożsamości wykluczone przemieniają się w tożsamości wyklęte: „Murzyny Araby brudasy geje” – bohaterowie litanii z KonradaMaszyny nie podlegają prawom wykluczenia, lecz fatwy. Są nieczyści, splamieni spermą skapującą z genitaliów współczesnego świata. Rodzą się i umierają w barłogach. Pakuła czujnie śledzi tektoniczne ruchy publicznych języków, by wbijać ostrza fraz wszędzie tam, gdzie spodziewać się można trzęsienia ziemi. Uderza w konserwatywne miazmaty, pod których metafizycznym umocowaniem kryją się zawiść i pogarda dla drugiego człowieka, dla innego, słabszego, ale jednocześnie brzydzi się stabilnym językiem politycznej poprawności, widząc w nim coraz bardziej płaską, wytartą, wypolerowaną do błysku nowomowę społecznych i politycznych elit, za którą nie stoi empatyczne pragnienie postępu w zgodzie z ludzką naturą, lecz próba utrzymania na wodzy wielkiej arki globalnego ładu, która na naszych oczach zaczyna dryfować w kierunku odmętów mgły.

4. Medaliony na naszych twarzach…

Bohaterowie tekstów Pakuły często bywają rodzajem ludzko-zwierzęcej mazi. Są brudni, odrażający, posiadają niejasne cechy fizyczne, przypominają rozkładające się ciała na zbyt późno odkrytych miejscach zbrodni. Są jakby owych zbrodni potomstwem. Noszą w sobie ich ułomne geny, są na ich obraz i podobieństwo. Wydani na świat jako cuchnący starcy przez nie mniej cuchnące łona powstań, wojen, kopulacyjnych ruchów oporu, fantazmatów heroicznych, mitów zbiorowej ofiary, religii nienormalności, owego męstwa-dziecięctwa, które zwykłe życie zmienia w pasmo śmiertelnych losowań. Starcy Pakuły, jego Żydzi, jego babodziady, to medaliony, które wszyscy nosimy na twarzach.

5. Klaustrofilia…


Jest dziwny pociąg, dziwna słabość w poematach dramatycznych Mateusza Pakuły, którą na zasadzie paradoksu można by nazwać „klaustrofilią” – zamiłowaniem do ciasnych pomieszczeń, ciasnych kompozycji językowych, do duchoty przedstawionego pół-świata, do rodzaju zmarszczenia lub przydechu, do atmosfery niżu, spadku energii w kondensatorach serc. Piwnice, cele śmierci, urywane frazy, wąskie korytarze znaczeń, których ściany pisarz stara się za wszelką cenę rozeprzeć, labirynty cytatów, ostrzegawczych znaków kultury, plecionki obrazów, studnie… Pakuła usilnie stara się oddać rodzaj stęchłego mroku, w którym poruszamy się ostrożni i strwożeni, w którym padają na nas oleiste krople zła – niezagojone rany historii, rozdrapywane rany współczesności, emocje – niczym elektrody – pozostawiające na naszych ciałach czerwone plamy choroby wywołanej owym pomieszaniem, nawrotem dziwacznego romantyzmu, krwią wypluwaną z ust suchotników, świata bez światła. Czy Pakuła jest pesymistą? Tego nie wiem, nie potrafię rozsądzić. Czuję natomiast, że – pisząc – stara się usytuować w pozycji najmniej wygodnej. Opowiedzieć nam, jak wygląda świat widziany z dziwacznego przysiadu, pół-wygięcia, przy którym krew gwałtownie pulsuje w skroniach, rytmicznie uderza o ściany czaszki, od wewnątrz. A wszytko to ku przestrodze, jak się wydaje. Bo świat ten jest nie do zniesienia.

Co jeszcze? Krew i śmierć w Internecie, vampiric touch w komputerowych grach, szara breja, myśli wysysające krew z obrazów, zmrok zapadający na placu zabaw, zemsta i nienawiść i ta scena, w której Klaudiusz się modli… i Shut the fuck up! I Niezgoda Manufaktura…

Wyobraźnia Mateusza Pakuły stanowi osobliwy zlepek irracjonalnej czy nadrealnej wrażliwości na kontrasty współczesnej kultury, pola społecznych konfliktów, które mogą prowokować, w naszym – ponoć – bezkonfliktowym rezerwacie dla ludzkich hien; z jednoczesnym groteskowym ujęciem romantycznej i postromantycznej spuścizny, zdającej się patroszyć nasze wnętrza. Jest też Pakuła poetą dziwnej tajemnicy, która z tego zlepku sprzeczności wykuć może nowy świat. Jego społeczne oko, wyławiające zbiorowe traumy, egzystencjalne cierpienia skrywane pod powłoką zastałego porządku i mityczne pretensje, które układają się w grymasy na twarzach przewodników naszych rządów dusz, potrafi precyzyjnie namierzyć cel i namieszać krwi w jego trzewiach. „Dialogi są ważne, a didaskalia są nieważne”, napisał Pakuła w dramacie Miki mister DJ, tak jakby chciał przestrzec, byśmy bacznie przyglądali się dekoracjom, którymi okalają świat dekoratorzy naszych wnętrz, czy aby nie stawiają pomiędzy nami zbyt wysokich murów, murów, które dialog, spór, konflikt przemienią w puste, ospałe stany.  

Igor Stokfiszewski
Krytyka Polityczna
14 kwietnia 2011
Portrety
Mateusz Pakuła

Książka tygodnia

Kwiatkowska. Żarty się skończyły
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Marcin Wilk

Trailer tygodnia

Artyści w spocie przec...
Andrzej Seweryn, Magdalena Boczarska,...