Znaczenie władzy, władza znaczenia

"Oleanna" - reż. Andrzej Sadowski - Teatr Ludowy w Krakowie

Każdy recenzent ma własne kryteria oceniania i definiowania, kiedy styka się ze sztuką wysokich lotów. Dla mnie dobry teatr zaczyna się wówczas, gdy po opuszczeniu kurtyny długo jeszcze nie potrafię przestać myśleć o obejrzanym spektaklu. Gdy chętnie analizuję i trawię problemy, które w umiejętny, przekonujący sposób poddano mi pod dyskusję

Niestety, bezsenne noce nie przytrafiają mi się zbyt często – niewątpliwie z korzyścią dla zdrowia, lecz z prawdziwą szkodą dla rozwoju intelektualnego Reżyser „Oleanny” w krakowskim Teatrze Ludowym, Andrzej Sadowski, stworzył spektakl nie tylko do podziwiania przez estetów, ale również taki, co przemocą zmusza widza do uruchomienia procesów myślowych. Spektakl otwarty, który rodzi same pytania, nie dając jednocześnie prawie żadnych gotowych odpowiedzi.

David Mamet, autor „Oleanny”, dramaturg, scenarzysta i reżyser, zasłynął w Stanach Zjednoczonych głównie dzięki niezwykłemu zmysłowi obserwacji, pozwalającemu wypreparować z laboratoryjną precyzją najbardziej aktualne problemy, z jakimi zmaga się współczesne społeczeństwo. Często takie, o których nie mówi się głośno, choć wszyscy namiętnie szepczą o tym po kątach.

W „Oleannie” Mamet postanowił zajrzeć do uniwersyteckiego gabinetu, gdzie urzęduje John (Tomasz Schimscheiner), mężczyzna czterdziestoparoletni, w przededniu uzyskania nominacji profesorskiej oraz sfinalizowania zakupu wymarzonego domu. Zły los sprawił, że w tak szczególnym momencie jego życia, stanowiącym ukoronowanie dotychczasowych wysiłków, odwiedza go studentka, Carol (Karolina Stefańska) – nieszczęśliwa, zdesperowana dziewczyna, która nie potrafi zaliczyć przedmiotu Johna, bo właściwie niczego nie rozumie. Nie rozumie wykładowcy, nie rozumie języka, nie rozumie wszystkiego, co się dzieje na uczelni. Ale z drugiej strony wewnętrzny imperatyw mówi jej, że musi przebrnąć przez studia, choćby się paliło i waliło, za wszelką cenę. Postanawia walczyć o swój dyplom, idąc do swojego nauczyciela z błaganiem, by jej pozwolił zaliczyć przedmiot… 

Niejeden płaczącą, żebrzącą, jęczącą wyrzucił by za drzwi – w końcu studia polegają właśnie na selekcji. Jednak John czyni rzecz dokładnie odwrotną: postanawia pomóc zgnębionej dziewczynie, nie bacząc, że dom, że umowa, że pośredniczka czeka. Zostaje w gabinecie wbrew zdrowemu rozsądkowi, bo jego poczynania również determinuje nieprzezwyciężony imperatyw, całkowicie różny od Carol.

John to współczesny Ole Borneman Bull, założyciel norweskiej kolonii w Zachodniej Pensylwanii, nazwanej Oleanną. Tak jak Bull chciał zbudować najdoskonalszą osadę pod słońcem, krainę ludzkiej szczęśliwości, tak John zaprojektował w obrębie uniwersytetu przestrzeń swobodnej wymiany myśli między nauczycielami a studentami. Na bazie własnych negatywnych doświadczeń związanych ze zdobywaniem wyższego wykształcenia postanowił zerwać ze stereotypem profesora przemawiającego wyłącznie z pozycji niepodważalnego autorytetu; z pozycji ultraliberała proponuje dialog i zerwanie z niewolniczym odbębnianiem zajęć według schematu, chce twórczej konfrontacji postaw reprezentowanych przez ludzi z różnych pokoleń.

Czym się skończyła owa pożądana konfrontacja? Oskarżeniem o molestowanie seksualne, napaść i próbę gwałtu, skargą do komisji, cofnięciem nadania tytułu naukowego, utratą wymarzonego domu, zszarganiem dobrego imienia, a nade wszystko – złamaniem wiary w człowieka oraz ideały związane z uniwersytetem. Carol dała swojemu wykładowcy ostrą lekcję, czym kieruje się współczesny, pragmatyczny świat. Dobitnie pokazała, jak łatwo zniszczyć drugą osobę, o ile umiejętnie wykorzysta się arsenał środków oferowany przez „polityczną poprawność”, a zwłaszcza feministyczną histerię związaną z ciemiężeniem kobiet przez męskich sadystów.

Prawda? Moralność? Uczciwość? Kto by się przejmował kategoriami z poprzedniej epoki, gdy liczy się cel, nie człowiek? Carol, która z cynicznym uśmiechem na twarzy przywdziała dostojne szaty ludowego trybuna, w imieniu swoim oraz całego pokolenia dopomina się o władzę, gdyż nie uznaje ani autorytetów, ani hierarchii, ani ograniczeń. Bierze odwet na systemie, a prawdziwa walka toczy się w przestrzeni symbolicznej, o to, kto będzie triumfował i kto kogo zniewoli skuteczniej. Oto kroczy młodość – bezideowa, roszczeniowa, opętana myślą o przekuwaniu świata na swój obraz i podobieństwo.

„Oleanna” jest nie tylko sztuką o zdobywaniu władzy oraz przegrywaniu ideałów podczas uprawiania intelektualnego i etycznego hazardu. To także fascynujący, hipnotyczny pokaz konstruowania znaczeń. Podczas spektaklu widz obserwuje, jak za pomocą języka można dowolnie kreować sens, nie odstępując ani o krok od prawdy: Carol właściwie niczego nie zmyśliła w swojej skardze skierowanej do komisji. Ona po prostu zrekontekstualizowała słowa, które zostały wypowiedziane. Zreinterpretowała sytuację, gesty i zachowania, żeby elegancko wpisywały się w ramy oskarżenia o molestowanie seksualne. Rodzą się bardzo nieprzyjemne i niewygodne pytania – czy istnieje jakakolwiek obiektywna rzeczywistość, skoro na scenie widzimy dwa skrajnie odmienne warianty tego samego zdarzenia...? Jeśli można konstruować dowolną liczbę znaczeń, jeśli faktycznie intencje nic nie znaczą, a słowo dzięki swej performatywności potrafi jak tsunami zniszczyć wszystko, co spotka na drodze – czy to oznacza (!),  że jesteśmy zakładnikami języka? Świadkami ostatecznej dewaluacji prawdy?

Co się tyczy problematyki, opisałam ledwie jej wierzchołek wynurzający się nad powierzchnię „Oleanny” (pominęłam choćby kwestię zależności człowieka od prawa). Gdyby dokładniej rozebrać tekst sztuki, wyszedłby co najmniej traktat filozoficzny, a przynajmniej solidne opracowanie o tematyce okołohumanistycznej. Tymczasem wartość spektaklu Sadowskiego w równym stopniu wyznaczona jest przez świetny dramat, jak i doskonałą obsadę aktorską – bez czego ta sztuka, właściwie pozbawiona akcji, mogłaby okazać się spektakularną klapą.

Od dłuższego czasu obserwuję grę Tomasza Schimscheinera i utwierdzam się w przekonaniu, że to jeden z wybitniejszych aktorów, jakich można zobaczyć aktualnie na deskach teatru. Schimscheiner traktuje każdą rolę poważnie, niezależnie od jej charakteru. Widać, ile pracy i serca wkłada, by za każdym razem stworzyć wyrazistą, przekonującą postać, i że granie na scenie sprawia mu prawdziwą satysfakcję. Wbrew niedobrym tendencjom upowszechniającym się w środowisku aktorskim, o których pisał w ostatniej „Polityce” Zdzisław Pietrasik, traktuje widza poważnie i z należnym szacunkiem.

Jego rola w „Oleannie” potwierdza tę opinię. Postać nauczyciela akademickiego została zbudowana tak naprawdę w oparciu o kilka odrębnych kreacji – utopisty, który chce rozbić mur między kadrą a studentami; człowieka, który zmaga się z najzupełniej prozaicznymi, nieakademickimi problemami takimi jak kupno domu; człowieka, któremu zawsze wiatr wieje w oczy i z trudem wspina się po kolejnych szczeblach drabiny społecznej; człowieka przegranego, który nie potrafi pojąć, dlaczego los poczyna sobie z nim w tak okrutny sposób. Wreszcie – współczesnego Hioba doprowadzonego do ostateczności, przekraczającego granicę bólu i szaleństwa.

Nie mniej przekonująco wypadła Karolina Stefańska w roli studentki. Z początku dość skutecznie nabiera widzów, grając zakompleksioną, nieszczęśliwą dziewczynę z ambicjami, niepotrafiącą sklecić jednego składnego zdania, bezradną wobec autorytetu. W drugiej części natomiast wciela się w sfiksowaną feministkę z kiepskich dowcipów, młodzieńczą Nemezis, która chce się zemścić za przeżyte upokorzenia. Stefańska potrafiła wyzwolić w widzach sporo negatywnych emocji, wywołać odruch sprzeciwu, czego z pewnością nie osiągnęłaby, gdyby nie umiejętność należytego i stosownego dysponowania aktorskim warsztatem, a w tym właściwie zastosowanymi środkami ekspresji.

„Oleannę” można określić mianem spektaklu doskonale autorskiego, ponieważ Sadowski-reżyser zadbał również o scenografię oraz oprawę muzyczną (jazzowy klimat doskonale współgrał z duszną atmosferą towarzyszącą całej tej historii). Udało mu się także wpleść kilka naprawdę pomysłowych rozwiązań, ocierających się o stylistykę impresjonistyczną. Te drobne, prawie niedostrzegalne chwyty dopełniły dzieła. Noc oczekiwania, niepokoju i rozpaczy Sadowski pokazał w niemalże filmowym skrócie, a zarazem – sugestywnie. Przez prawie całą drugą część spektaklu padał deszcz, zaś strugi wody naprawdę ściekały po scenicznym oknie. I właśnie ten szmer towarzyszył powolnemu, tragicznemu umieraniu Oleanny, krainy niespełnionych marzeń oraz zawiedzionych nadziei.

Monika Adamczyk
Dziennik Teatralny
2 maja 2011

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia