Znów o miłości

"Zjednoczenie dwóch Korei" - reż. Łukasz Gajdzis - Teatr im. Aleksandra Fredry w Gnieznie

Czy dziś platońska koncepcja zjednoczenia dwóch połówek wydaje się nadal wystarczająca i aktualna? Gnieźnieńska premiera ,,Zjednoczenia dwóch Korei" – tekstu francuskiego dramatopisarza Joëla Pommerata, konsekwentnie ją eksplorowała, ukazując w krótkich etiudach jej różne oblicza.

Scena zakomponowana była w tonacji bieli, co dało efekt płótna pozbawionego znaczeń. Dopiero, gdy rozgrywano poszczególne etiudy w miejscu gry pojawiały się pojedyncze meble, rekwizyty nieznacznie charakteryzujące sytuację bohaterów. Po lewej stronie stał kub, z którego wysuwały się platformy, tworząc mikroprzestrzenie dla kolejnych scen. Wyświetlano na nim również video projekcje. Klamrą spinającą wszystkie sceny był obraz tłumu ludzi, którzy szli ruchliwą ulicą, każdy w swoją stronę, pomiędzy ich głowami zarysowywała się sieć połączeń, potencjalnych relacji.

Francuski dramat narzucił formę gnieźnieńskiemu widowisku. Pommerat zbudował swój tekst z dwudziestu niewielkich scen, tworzących serię obrazów, które łączy jedynie temat miłości. Bohaterowie ,,Zjednoczenia dwóch Korei" mają różny stosunek do tego problemu. Są ludźmi w różnym wieku, postawionymi w rozmaitych sytuacjach życiowych. Stąd w tekście sąsiadują ze sobą granicznie odmienne sceny, bo jednocześnie są tam ludzie rozczarowani miłością i ci, którzy wiążą z nią nadzieje, po rozwodzie i ci, którzy dopiero mają zamiar się pobrać, będący w długotrwałych związkach i ci, którzy dopiero wchodzą w miłosne relacje. Ta mozaika wariantów dała dość duże pole dla zbudowania znaczeń, przesłania dla reżysera (Łukasz Gajdzis). Poszczególne etiudy grane były dość statycznie, oprócz fragmentu, w którym przedstawiony był ślub, który nie dochodzi do skutku. Sceny wydają się przegadane, niepogłębione, a przecież dramat buduje sytuacje niejednokrotnie niezwykle interesujące, jak choćby ta, w której obserwujemy rozmowę pary małżonków w szpitalu psychiatrycznym. Żona (Agnieszka Korzeniowska) zupełnie nie pamięta kim jest jej mąż (Wojciech Kalinowski) i codziennie chodząc z nim na spacery wciąż od nowa pyta o to kim jest, czy ją kocha, jakim byli małżeństwem, czy byli w sobie zakochani, kiedy się pobierali. Ta ciągła analiza ich relacji, która w zasadzie została zawieszona, wydaje się bardzo atrakcyjna dla głębokiego eksplorowania wątków związanych z tym, czym są długotrwałe więzi pomiędzy ludźmi. Jednak ten potencjał w przypadku polskiej prapremiery nie został wykorzystany. Warto natomiast zwrócić uwagę na komediowe motywy wpisane w dramat Pommerata. Są one niewątpliwie obecne w tekście, jednak chyba tylko w scenie ślubu zostały wydobyte i zadziałały na publiczność. Szkoda, że przez dwie godziny trwania spektaklu widownia reagowała śmiechem głównie na inwektywy.

Mocnym punktem w konstrukcji samego widowiska była świetnie wykonana muzyka grana na żywo. Warstwa dźwiękowa jednak funkcjonowała w pewnej izolacji w stosunku do scen dramatycznych na zasadzie wstawek muzycznych. Niełatwa do zdefiniowania była relacja pomiędzy nimi a sytuacjami scenicznymi, bowiem fragmenty instrumentalne nie charakteryzowały kolejnych scen, nie wprowadzały w klimat sytuacji i nie definiowały postaci. Były to jedynie czysto estetyczne wstawki muzyczne, wypełniające luki pomiędzy kolejnymi etiudami.

W grze aktorów widać było brak spójnej koncepcji reżysera. Postaci wydawały się być niepoprowadzone. Niektóre jednak rzeczywiście warte uwagi, tak jak na przykład role Bogdana Ferenca – nauczyciela, który otwarcie mówi, że kocha swoich uczniów oraz doktora – opiekuna, który tłumaczy upośledzonej, ciężarnej podopiecznej, że miłość nie istnieje i że powinna usunąć ciążę. Aktor w obu przypadkach wydobył pewną tragiczność swoich postaci. Pedagog jest wrażliwym mężczyzną, który ma odwagę powiedzieć rodzicom swojego ucznia, że ich dziecko potrzebuje miłości, że potrzebuje o tym usłyszeć od nich. Nauczyciel znajduje się w podwójnie skomplikowanej sytuacji, bowiem jest mężczyzną i w jego ustach sugestia uczuciowego zaangażowania w relację z uczniem jest odbierana dwuznacznie, natychmiast sugeruje wątek pedofilski. Z drugiej strony zaś nauczyciel jest swego rodzaju urzędnikiem – profesjonalistą, a uczucia dotykają jednak sfery intymnej. W przypadku doktora Bogdan Ferenc skonstruował złamaną postać doświadczonego mężczyzny, który w dobrej wierze, chcąc zaoszczędzić swojej podopiecznej cierpienia, tłumaczy dziewczynie, że miłość nie istnieje. Interesująca wydała mi się również scena, w której para kochanków, leżąca nocą w łóżku wydaje się idealna i harmonijna, aż do momentu, w którym kobieta mówi mężczyźnie, że sama miłość nie wystarcza, że od niego odejdzie. Ciekawe wydało mi się przełamanie pewnej kliszy, wyobrażenia o parze szczęśliwych kochanków. Czy właśnie nie w tej scenie dramatopisarz ukazał niewystarczalność platońskiej koncepcji miłości?

Dwugodzinnej realizacji ,,Zjednoczenia dwóch Korei" niewątpliwie brakuje dynamiczności. Myślę, że z perspektywy widza ten spektakl może być chwilami nużący. Brak tutaj także głębszego przesłania, mocnych akcentów, które by je stworzyły. Temat poruszony przez gnieźnieńskich twórców wydaje się ważny, lecz czy w platońskiej formule nadal jest aktualny?

Agata Łukaszewicz
Dziennik Teatralny Poznań
19 marca 2015

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia