Zrzędność i przekora: „Kizie-mizie dziś wieczór znikają…”

Felieton Janusza Majcherka

Jeśli czytaliście Alicję w krainie czarów, to pamiętacie przecież Kota z Cheshire? Miał dwie właściwości: po pierwsze uśmiechał się; po drugie – znikał stopniowo, poczynając od ogona, tak że na końcu pozostawał sam uśmiech. Alicję wprawiało to w zdumienie i zachwyt: „Widziałam już koty bez uśmiechu – pomyślała Alicja – ale uśmiech bez kota widzę po raz pierwszy w życiu. To doprawdy nadzwyczajne!".

Moja Pyza zaczęła znikać w sobotę 1 listopada. W środę zniknęła ostatecznie. Przeżyła prawie osiemnaście lat. Wspomniałem o niej w jednym z niedawnych felietonów, nazywając ją towarzyszką życia. W tym felietonie uprawiam coś w rodzaju „ćwiczenia z utraty".

E.T.A. Hoffmann napisał przecudną powieść o uczonym kocie. Gdy pisał, za model służył mu jego własny kot. Biedak nie dożył publikacji dzieła, które przeszło do historii literatury pod tytułem Kota Mruczysława poglądy na życie. Ale jego autor poświecił mu nekrolog. Jest to jedno z wielu świadectw miłości ludzi do kotów, która to miłość przybiera nierzadko postać niegroźnego wariactwa. Sam mu uległem, choć początek był niewinny.

Przyjaciółka mojego przyjaciela, tak zwana kocia mama, szukała kogoś, kto przez dwa tygodnie zaopiekuje się przygarniętym przez nią malutkim kotem – chciała wyjechać na wakacje. Zgodziłem się, nie wiedząc, w co się wdaję. Nigdy w życiu nie miałem żadnych zwierząt (co dziwne, bo mój pradziadek był oddanym swojej profesji weterynarzem), nie mówiąc już o tym, że wiodłem życie na tyle bujne, iż troska o kogokolwiek drugiego – choćby i zwierzę – raczej nie wchodziła w grę. No, ale słowo się rzekło.

Któregoś wrześniowego dnia 1997 roku zjawiło się w moim domu stworzenie, które na pierwszy rzut oka zdawało się żartem kociego boga: krucha drobinka w kolorze brunatno-rudo-białym, z plamą różu jakby pacniętą asymetrycznie na nosie przez malarza kubistę. Leżało toto w kartonowym pudełku i zostało mi przedstawione jako Pyza. Kotka na udzie miała wygoloną sierść, bo właśnie przeszła operację – wpadła pod samochód, ale została odratowana. Nie wiem, czyje przerażenie było większe: Pyzy czy moje. W każdym razie gdy została uwolniona z pudełka, na wszelki wypadek schowała się za łóżkiem i nie wychodziła z ukrycia przez dwa dni. Wreszcie drugiej nocy zdobyła się na odwagę i wgramoliła mi się na pierś. Zaczęła trącać mnie tym swoim groteskowym różowym noskiem w twarz. No i tak narodził się nasz związek, którego istotę dobrze wyraża sławny sonet Baudelaire'a:

Kochankowie namiętni i oschli uczeni,
Ten i tamten w dojrzałych leciech swych polubi
Sprężyste, miękkie koty; dom nimi się chlubi,
W którym kot, jak pan, ciepło i przytulność ceni.

Gdy przyjaciółka wróciła z wakacji, nie chciałem już słyszeć o oddaniu Pyzy.

Szybko też i bezwiednie dołączyłem do kociej mafii, pisywałem nawet felietony do miesięcznika „Kocie Sprawy". Mafijność polega na tym, że gdy napotykam, choćby w Szkole Teatralnej (zwanej Akademią), Krystynę Tkacz, Bożenkę Suchocką, Henryka Izydora Rogackiego lub Mateuszostwo Żurawskich (że już nie wspomnę o Ewie-Kasi Fogler i Basi Brus), wystarcza nam jedno spojrzenie – kociarze rozumieją się bez słów. Ale gdy już się rozpoznają, to słowotokom na temat kotów nie ma końca. Mania. (Nawet z byłą żoną udało mi się po wielu latach miło pogawędzić o kotach...).

Mało tego, bywa i tak, jak ostatnio: Tadzik Sobolewski zapraszał mnie na swoje urodziny; widząc moją nietęgą minę (straszny się zrobiłem mizantrop), zachęcał: „No, przyjdź, przyjdź, jeśli już nie do nas, to przynajmniej do naszych kotów".

Nie doszedłem nigdy do sytuacji znanej mi z opowieści Anki Chodakowskiej, która w niedużym mieszkaniu trzymała bodaj trzydzieści kotów. Poprzestałem na trzech, do których kiedyś na parę tygodni dołączyły gościnnie trzy inne, zaprzyjaźnione, gdy ich właściciele robili u siebie remont. Niestety, moja trójkolorowa Pyza i ich czarna jak węgiel Nutka („To Półdiable Piekielne Pod Postacią Kota", powiedziałby T. S. Eliot) nie znosiły się serdecznie (jak dwie gwiazdy w teatrze), więc jedna okupowała kuchnię, a druga pokój i trzeba było pilnować linii demarkacyjnej (na 35 metrach kwadratowych!).

Dziś żadnego kota z tej „wesołej gromadki" już nie ma: odchodziły po kolei Kichuś z Kichusią, Nutka, Tercja, Kropka, no i Pyza, która przeżyła wszystkie...

Gdy tak wyliczam te imiona, przypomina mi się zdarzenie z dawnych czasów. Przyjaźniłem się z Basią Swinarską, wdową po Konradzie. Oboje mieli fioła na punkcie kotów. Za życia Swinarskiego, w domu pod Otwockiem trzymali ich dziesiątki. Swinarski nawet urządził dla nich specjalne pomieszczenia w piwnicy. Dostałem od Basi zdjęcie, na którym razem z Konradem stoją pośród nieprzeliczonej zgrai kotów i rozdzielają im karmę z misek.

Basia na stałe mieszkała w miniaturowej kawalerce przy Twardej, gdzie zwykle rezydowały dwa, trzy koty. Oprócz tego, wraz z paniami (i gejami!) z okolicznych kamienic stworzyła nieformalny związek „kocich mam" i przeznaczała nań spore pieniądze.

Jakieś dwadzieścia lat temu, przed 1 listopada, Basia zagadnęła mnie, czy bym z nią nie pojechał do otwockiego domu, który po śmierci Swinarskiego wciąż utrzymywała, choć w zasadzie stał niezamieszkany. Zgodziłem się, rzecz jasna; miałem wtedy jeszcze samochód, więc nie było problemu. Podjechałem na Twardą, żeby zabrać Basię oraz, jak się okazało, kilka pokaźnych paczek ze zniczami, których przeznaczenie – w takiej ilości – nie było dla mnie jasne. Na miejscu Basia ułożyła znicze na wielkiej tacy, pozapalała i zadysponowała, żebym wziął to gorejące in memoriam i podążał za nią. Ona tymczasem wyjęła pomiętą kartkę z wyrysowanym planem działki i zaznaczonymi miejscami pochówku wszystkich kotów, które, najpierw ze Swinarskim, a potem sama pogrzebała. Szedłem więc krok w krok za Basią, która, sprawdzając co chwila plan, wskazywała ręką coraz to inny punkt i wypowiadała imię kota: tu Mruczuś, tam Pusia, ówdzie Kubuś... A ja stawiałem kolejną lampkę. Gdy w końcu rozstawiłem wszystkie i nadszedł zmierzch, cały rozległy teren wokół domu Swinarskich migotał płomykami, a Basia, jak jakaś kocia Persefona, wodziła wzrokiem po tym osobliwym cmentarzu.

Kilka lat później pochowałem tam mojego Kichusia. Dla postronnego obserwatora pogrzeb musiał się przedstawiać cokolwiek groteskowo: mój przyjaciel, Rafał, pochlipując, kopał dół, ja ryczałem jak bóbr, Basia dolewała mi koniaku, a mój brat, który nas przywiózł – wraz z nieboszczykiem – zagryzał wargi, żeby nie wybuchnąć śmiechem.

Basia zbliża się dziś do dziewięćdziesiątki, ale od lat nie ma z nią kontaktu. Jej choroba sprawiła, że zaczęła stopniowo znikać, jak ten Kot z Cheshire. Czy to, co z Basi pozostało, można nazwać uśmiechem, nie wiem...

Janusz A. Majcherek
teatralny.pl
14 listopada 2016

Książka tygodnia

Wróg publiczny i inne dramaty węgierskie
Agencja Dramatu i Teatru "Adit"
Praca zbiorowa

Trailer tygodnia