Zwiastun

"Francuzi" - reż. Krzysztof Warlikowski - Nowy Teatr w Warszawie

Krzysztof Warlikowski przepowiada schyłek Europy. Trochę późno. Ci, którzy się wybiorą na pięciogodzinnych "Francuzów", od razu powinni sobie odpowiedzieć na pytanie, które jakoś porządkuje różne metody odbierania teatru Warlikowskiego od momentu, gdy utworzył zespół Nowego Teatru i zaczął pokazywać widowiska epickie. Czy znów oferując podobne obrazy, co więcej, kopiując siebie z poprzednich spektakli, nie ryzykuje wyczerpania energii?

Niektórzy twierdzą, iż od dłuższego czasu ciągnie jedno, to samo przedstawienie, tyle że na kolejne odsłony nakłada nową optykę, zmienia kąt widzenia. Jeśli ktoś odpowie, że tak może być, bo przecież Warlikowski robi teatr na światowym poziomie, a konstruowanie opowieści rozłożonej na wiele lat to umiejętność, do której inni twórcy nie mogliby się nawet zbliżyć - pewnie będzie miał rację i z chęcią w tym świecie jeszcze zostanie. Ale jeśli ktoś reżyserowi zarzuci, że w gruncie rzeczy utknął w miejscu - też się nie pomyli. Sam wolę tę drugą postawę, lecz chodzi w niej nie tyle o zarzut, ile o zwiększenie wymagań. Tym bardziej że Warlikowski dzisiaj postawił sobie zadanie o wyjątkowej skali.

Oczywiście nie próbuje ogarnąć całości "W poszukiwaniu straconego czasu" Prousta, na scenie byłoby to karkołomne, dlatego w adaptacji napisanej z Piotrem Gruszczyńskim buduje obrazy, sufluje widzowi zdarzenia, przede wszystkim relacje między postaciami, z których ostatecznie wyłania się czytelna mozaika. Składają się na nią również tożsamości głównych graczy na Proustowskiej planszy, często pokazywane dla nich samych, lecz zawsze tak, że chce się za nimi podążać niczym w grze, w której frajdą jest śledzenie, jak fragmenty osobowości nakładają się albo wracają w nieoczekiwanych konfiguracjach we wspomnieniach Marcela czy też, jak chce reżyser, Narratora (jeszcze dopasowujący się do zespołu Nowego Bartosz Gelner).

Warlikowski wybrał nad wyraz sprytnie. Pozostając wierny pisarzowi, destyluje dla siebie emocje, które z perspektywy prawie stu lat po Prouście dają się wykorzystać w inny sposób. Bo trudno tu mówić o eseju na temat upadku arystokratycznych elit w dosłownym sensie. Jaki to ich upadek, skoro dziś nie one wyznaczają standardy myślenia. Stąd rozważania o społecznych uwarunkowaniach znane z powieści tracą rację bytu. Na scenie staje się ważny, by tak rzec, sposób bycia ludzi, którym się wydaje, że mają coś do powiedzenia, ale w istocie zagadują rzeczywistość zainteresowani sobą, więc coraz bardziej niebezpieczni w swoich zamkniętych światach, w których idee winny się rodzić. Dysputy w salonie "Francuzów" rysują apokalipsę zapowiadaną tylko tym, o czym i jak się rozmawia.

Te wszystkie artystyczne pozy zakrawają na ponury żart. Oriana de Guermantes w fenomenalnej interpretacji Magdaleny Cieleckiej gra damę z pretensjami do filozoficznych syntez - w istocie to bzdury o estetyce roślin wypowiadane w przerwach między spojrzeniami na Swanna (wycofany, noszący świadomość tego, pośród kogo się znajduje, skupiony Mariusz Bonaszewski). Jej mąż z kolei wykańcza się w cynizmie, upatrując zagrożenie dla świata w Żydach (Marek Kalita po raz enty niestety wykorzystuje jedynie metodę irytowania partnerów). Wszyscy mają coś do powiedzenia, jednak na dnie kryją się zawsze frustracje: erotyczne, ambicjonalne albo po prostu znudzenie sobą lub innymi prowadzące do wyrafinowanych intryg. W tym seksualnym wymiarze Warlikowski powtarza się niemiłosiernie. Choć może ten słowotok ujawnia to, co ma pozostać ukryte, a co stanowi przyczynę upadku współczesnej Europy. Bo w końcu o teologii nikt nawet się nie zająknie... Nie sądzę jednak, by był to zabieg celowy reżysera - raczej dowód, że ogarnia tylko wycinek problemu, który w nas siedzi. Warlikowski porusza się po ścieżkach najwygodniejszych dla siebie. I robi to jak na wagę swojego teatru oraz znaczenie, które mu się przypisuje, wyjątkowo późno. Kiedy bardzo dużo o krachu wartości już wiemy.

Ale jest jeszcze część III "Francuzów". Uderza rozmachem. Maciej Stuhr w wojskowym uniformie wygłasza monolog z Pessoi, oskarżający narody o zbrodnicze dążenia. To refleks roli aktora w "(A)polloni" sprzed sześciu lat, gdy jako Agamemnon wykrzykiwał fragment "Łaskawych" Littella o tym, że tylko okoliczności kreują katów. De Charlus (świetny w tym epizodzie, słabszy we wcześniejszych Jacek Poniedziałek) pojawia się, trzymając nad sobą kroplówkę. Na scenie zasiadają wszyscy - postarzeni i jeszcze bardziej gorzcy. Wracają te same emocje. I kroplówka nic nie pomoże. Choć może wskazówkę, by powiedzieć o sobie całą prawdę, stanowi słynny monolog Fedry, który w finale wyrzuca z siebie debiutująca w teatrze Warlikowskiego wstrząsająca Agata Buzek. Mówienia o całej rzeczywistości potrzeba dziś chyba mimo wszystko także teatrowi Warlikowskiego. Oraz zmiany starych klisz. Chciałbym, by "Francuzi" byli również zwiastunem tego.

Przemysław Skrzydelski
wSieci
27 października 2015

Książka tygodnia

Pokusa przebaczenia
Oficyna Literacka Noir Sur Blanc
Donna Leon

Trailer tygodnia