Życie to maskarada

rozmowa z Nikołajem Koladą

Nikołaj Kolada - rosyjski geniusz teatru, twórca "Gąski", "Merylin Mongoł" i "Śpiącej królewny", opowiada o wyreżyserowanej przez niego w Teatrze im. J. Słowackiego "Maskaradzie" Michaiła Lermontowa - pierwszej premierze nowego sezonu na scenie przy Placu św. Ducha.

"Maskarada" nie jest u nas szczególnie popularną sztuką, rzadko trafia na scenę. Co Pana skłoniło do zajęcia się tekstem Lermontowa? Czy współczesny, polski widz znajdzie w sztuce wystarczającą ilość aktualnych i korespondujących z jego życiem treści?

- Faktycznie, z tego co wiem w Polsce "Maskarada" nie była wystawiana od około dwudziestu lat. W Rosji natomiast jest ona dziełem zaliczanym do kanonu klasycznej literatury, więc jest nieustannie grana w różnych teatrach. Najsłynniejszą jej inscenizacją jest spektakl Wsiewołoda Meyerholdna z pierwszej połowy XX wieku, na którym do tej pory wszyscy się wzorują. Niedawno Walerij Fokin oznajmił, że przygotowuje "Maskaradę" na scenę Teatru Aleksandryjskiego w Petersburgu, także w oparciu o spektakl Meyerholdna. Ja natomiast nie chciałem robić rosyjskiego spektaklu. Dla przykładu - w różnych stronach świata widziałem wiele spektakli na podstawie moich sztuk, w których stwierdzono, że jak już mówimy o Rosji, no to po kolei pokazujemy jej realia - samowar, bałałajkę, zimę, śnieg, niedźwiedzie... Nie chciałem robić czegoś takiego. Opowiadam historię, która może się przydarzyć w każdym kraju świata. Miłość ma w sobie taką siłę, która może pchnąć człowieka do wielkich działań, ale także i do zbrodni. Główny bohater sztuki - Arbienin, niestety wybiera tą drugą drogę. Takich współczesnych Arbieninów jest wiele na całym świecie. Codziennie w prasie czy telewizji możemy znaleźć informacje o tym, jak to mąż zabił żonę z miłości i z zazdrości. Nawet niedawno był w Jekaterynburgu taki przypadek, że znany fotograf i milioner Dimitri Łoszagin zabił swoją sporo młodszą od siebie żonę - modelkę. Dlatego jest to temat zrozumiały i aktualny dla każdego widza.

Nie ma żadnej różnicy pomiędzy tworzeniem teatru dla widzów z Rosji, a tych z Polski?

- Wydaje mi się, że o ile mentalność narodu polskiego i rosyjskiego się różni, o tyle artysty polskiego czy rosyjskiego już nie. Wszyscy artyści, nieważne skąd są, dążą w gruncie rzeczy do tego samego. Stąd też bierze się uniwersalność teatru. Chociaż aktorzy mówili mi, że pracuję zupełnie inaczej niż reżyserzy polscy, to ja tej różnicy nie zauważam. Zarówno rosyjscy jak i polscy artyści chcą tego samego: mieć ciekawą rolę, reżysera, sztukę - żeby pracując, móc się jednocześnie cieszyć. Na świecie panuje taka zasada, że w pracy wszyscy się męczą, a tylko artyści się cieszą.

Historia jest klasyczna, ale forma spektaklu nowoczesna, można by nawet powiedzieć - popowa?

- Chciałem tę historię opowiedzieć ładnymi obrazkami, które widz będzie "zjadał oczami". Stąd wzięły się atrakcje w postaci układów tanecznych, pięknej scenografii, czy czarno - białych kostiumów. Razem tworzy to nie tylko ładny obrazek, ale także mocny przekaz wizualny. Myślę, że jest to atrakcyjny spektakl dla widza, bo i jest na co popatrzeć, i mamy świetne kreacje aktorskie, a także wewnętrzną intrygę, która naprawdę zainteresuje widza.

Jak będzie Pan wspominał pracę z aktorami Teatru im. J. Słowackiego?

- Kiedy w maju przyjechałem do Krakowa na pierwsze próby, obejrzałem około dziesięciu spektakli, zarówno na małej jak i dużej scenie Teatru, i zostałem dosłownie porażony poziomem ich warsztatu aktorskiego! Jestem bardzo zadowolony z tej współpracy, nie musiałem być przesadnym dyktatorem, atmosfera pracy była bardzo zdrowa. Nie było wśród aktorów żadnych wygłupów, czy gwiazdorskiego zachowania - wszyscy pracowali jak najęci. Czasami tylko trochę krzyczałem na studentów...

Dlaczego?

- Ja jestem człowiekiem teatru, od czterdziestu lat jest on całym moim życiem. Zawsze powtarzam, że scena leczy, ponieważ kiedy rano się budzę, to czasem boli mnie głowa, noga czy coś jeszcze... A potem, podczas próby zupełnie zapominam o tych dolegliwościach. Śmieję się, płaczę, skaczę, współczuję, żyję razem z bohaterami sztuki - to jest właśnie najpiękniejsze w teatrze. Oni jeszcze tego nie rozumieją. Nudzą się czekając za kulisami, wypatrują tylko przerwy, albo chcą już uciekać do domu. Trochę sobie plotkowaliśmy z aktorami z mojego pokolenia, o tym cóż to za nowe pokolenie teraz kształcą w szkołach? Uczą ich tylko grać, a nie żyć w teatrze! A przecież teatr to piękno! Dla mnie to, co dzieje się na scenie, to jest prawdziwe życie, natomiast cała reszta świata to jest gra.

Czyli nasze życie to jedna wielka maskarada?

- Oczywiście. Życie to maskarada. Ludzie inaczej zachowują się na spotkaniach towarzyskich czy wyjazdach, a inaczej w domu przy najbliższych, kiedy na przykład mąż leży z żoną w łóżku i myśli sobie czy i jak by tu ją zabić. W pracy z aktorami dążyłem do tego, żeby akcentowali oni wyraźnie tę różnicę pomiędzy chwilami, w których postaci mają założone maski, a kiedy je ściągają. Kiedy na początku prosiłem Radka [Krzyżowskiego, w roli Arbienina - przyp. red.], żeby grał wszystko z maksymalną przesadą, pytał mnie dlaczego tak robimy? Na to ja mu powiedziałem: "Otwórz jakiekolwiek kolorowe czasopismo, zobacz te ładne zdjęcia uśmiechniętych ludzi, cieszących się z życia. Wszyscy oni są tacy sami - sztuczni, plastikowi. Wiodą swoje sztuczne, plastikowe życie. Ale zastanów się czy jak wracają do domów, to są tacy dalej? Nie. Zdejmują maskę - są smutni, idą do toalety, myją się, jedzą coś i tak dalej". Nic w tym spektaklu nie jest zmyślone, wszystko jest wyjęte z życia.

Czy Panu zdarza się w życiu nakładać maski?

- Oczywiście. Na przykład teraz jak rozmawiamy, mam na sobie maskę geniusza, którego nikt nie rozumie. Siedzę więc i opowiadam jakim to nie jestem geniuszem (śmiech). Ale to przecież nikomu nie szkodzi. Zupełnie inna sprawa kiedy jakaś szuja zakłada maskę dobrego człowieka. Właśnie w Jekaterynburgu mieliśmy wybory prezydenta miasta - było czternastu kandydatów, każdy z nich jest szują, ale każdy założył maskę życzliwej osoby, która zrobi dla miasta wszystko, co tylko ludzie zechcą. Zresztą, tak jest nie tylko w Rosji, słyszałem że w Polsce macie tak samo. I to jest straszne. Maska oszukuje ludzi, oni jej uwierzą i mamy prawdziwe nieszczęście. Moja maska geniusza nikomu nie szkodzi. Nie wszystkie maski są złe. Teatr jest miejscem, gdzie możemy nauczyć się je rozróżniać.

Będzie Pan tęsknił za Krakowem?

- To piękne i co najważniejsze tętniące życiem miasto. Na ulicach jest ruch do późnego wieczora, wszędzie otwarte kawiarnie, restauracje. Czuję się tutaj swobodnie i lekko. W wolnym czasie między próbami pisałem inscenizację "Martwych dusz" Gogola, nad którą będę pracował w swoim teatrze w Jekaterynburgu, gdzie już niedługo wracam. Cieszę się. Pięknie tu u Was... Ale w domu lepiej.

Damian Słowioczek
Dziennik Polski
16 września 2013
Portrety
Nikołaj Kolada

Książka tygodnia

Słownik biograficzny teatru polskiego, tom III: 1910-2000
Instytut Sztuki Polskiej Akademii Nauk,
Praca zbiorowa

Trailer tygodnia