Arcydzieło czy grafomania
Moritz Meister ukończył właśnie ostatnią część swojego opus magnumTetralogia o starszym profesorze Stieglitzu, alter ego autora, jeszcze przed ukazaniem się została okrzyknięta genialnym dziełem. Na pierwszy odczyt czekają żona, doktorantka pisząca pracę o Meisterze, młody dziennikarz i wydawca. Nie mają wątpliwości, że w tym spokojnym domu na szczycie alpejskiej góry ma zdarzyć się coś niezwykłego. Wszystko było i jest podporządkowane autorowi. Małżonka zrezygnowała z artystycznej kariery dla talentu i kariery męża. Władze miasteczka użyczyły pięknego alpejskiego domu po żydowskiej rodzinie zamordowanej podczas wojny. Teraz wszyscy w nim przebywający czekają. Napięcie wzrasta. I oto w ostatniej scenie prawda zostaje obnażona. Tetralogia okazuje się marnym, płytkim, nic nieznaczącym wytworem grafomana. Ale i tak wszyscy klaszczą. Nowy spektakl Krystiana Lupy porusza problem kreacji twórcy i samonapędzającej się machiny, jaką jest przemysł artystyczny. 'Na szczytach panuje cisza' to sztuka świetnie wpisująca się w naszą współczesność. Widz doskonale wie, co się święci. Postaci od początku posługują się pustymi frazesami i trywialnymi zdaniami w stylu 'Zagłada Żydów była wielkim błędem'. Mimo to poddaje się napięciu, czuje je, czeka na potwierdzenie swoich przypuszczeń. Wytrzymuje nawet dłużący się i ciężkawy drugi akt. Na nowego Lupę iść warto. Zwłaszcza dla przewrotnego, nasączonego piękną ironią pierwszego aktu i sceny finałowej, w której wszyscy dają się podpuścić. 'Na szczytach panuje cisza' w reż. Krystiana Lupy w Teatrze Dramatycznym w Warszawie.