Brudny i Jun w absurdalnym świecie Ionesco

Ponad dwa miesiące temu okazało się, że kolejna planowana w teatrze Studio premiera - "Nosorożec" Ionesco - zapowiadała się na klapę, dyrektor artystyczny sceny Grzegorz Bral wraz z Krzysztofem Majchrzakiem postanowili przygotować własne wariacje na temat mistrza teatru absurdu. Powstała seria etiud

Ogląda się je z zainteresowaniem i myślę, że mogłyby być spektaklem dyplomowym w szkole teatralnej. Każda z etiud umiejętnie łączy obraz i ruch. W niektórych ważnym elementem jest słowo, w innych tylko milczenie. Choćby pierwsza kilkuminutowa opowieść inspirowana "Łysą śpiewaczką". Rozgrywa się w konwencji teatru cieni. Na szarym ekranie w tyle sceny pojawiają się, jak w komiksie, "dymki" z dialogami, do których ustawiają się aktorzy. 

Przewrotnie potraktowana jest "Lekcja". Opowieść bardzo brutalna staje się ilustracją tak głośnych ostatnio konfliktów uczniów i nauczycieli. Tu też prawie nie ma słów. Tylko ruchy postaci ilustrowane są dźwiękami - czasem złowrogim szelestem.

Najbardziej przejmujące są "Krzesła" w wykonaniu Ireny Jun i Stanisława Brudnego. Ta para aktorów (od lat związana ze Studiem), korzystając z fragmentów dramatu Ionesco, snuje wzruszającą opowieść o artystach, dla których teatr jest sensem i celem życia. Absurdalny Ionesco nabiera w tym wypadku bardzo realistycznej wymowy. Ogląda się ten utwór jak dramat samotności artysty, jego bezbronności wobec świata. Miejscem opowieści jest cała przestrzeń dużej sceny i widowni teatru Studio. Przez trzaskające drzwi wchodzą wyimaginowani goście, a gospodarze krzątając się między rzędami widzów, czekają z niecierpliwością na przybycie Mówcy. On ma bowiem wyrazić ich odwieczne marzenia i tęsknoty. Dzięki poruszającemu aktorstwu ta część wieczoru z pewnością najbardziej zapada w pamięć.

"Ćwiczenia z Ionesco" stały się dobrą okazją pokazania sprawności zespołu teatru Studio. Szkoda tylko, że od dłuższego czasu tamtejsi aktorzy nie mają propozycji godnych swego talentu. A to, co się widzom proponuje w repertuarze, jest z reguły dość przypadkowe.



Jan Bończa-Szabłowski
Rzeczpospolita
26 kwietnia 2011