Emancypantka w peruce

Premiera "Portretu damy" Teatru Wybrzeże jest przykładem rzadko oglądanego na scenie tego teatru rozmachu, impetu i przepychu, w którym opowieść o XIX-wiecznej emancypantce i lekkoduchu Isabel Archer ma znaczenie drugorzędne. W tej rozbuchanej, efektownej formie rozpaczliwie jednak brakuje treści.

Reżyserka Ewelina Marciniak znana jest z dobrej pracy z aktorami. Jej spektakle często balansują na granicy formalnej, uruchamianej dzięki aktorom zabawy a efektowną inscenizacją, w której główną rolę odgrywa bohaterka (lub bohaterki, jak w "Amatorkach" wystawionych w Teatrze Wybrzeże), opowiadająca swoją życiową historię, utkaną w dużej mierze z traum wyniesionych z relacji z mężczyznami.

Ten mechanizm sprawdza się także podczas "Portretu damy", najnowszej premiery Teatru Wybrzeże. Tyle że w powieści Henry'ego Jamesa, na bazie której scenariusz spektaklu przygotowała Magda Kupryjanowicz, perspektywa ta jest odwrócona. To młoda, piękna Amerykanka Isabel Archer wodzi mężczyzn za nos, rozsmakowuje się w życiu i wolności, poznaje świat podróżując po Europie, by, niespodziewanie dla siebie i innych, odnaleźć swoją przystań w jednym z przygodnie poznawanych miejsc. Dopiero wtedy poczuje się spętaną w sidła zwierzyną łowną, którą dla licznych wielbicieli była od dawna. Jednak pełen mroku i cierpienia kres jej podróży tym razem reżyserkę za bardzo nie interesuje.

Ewelina Marciniak nie interpretuje historii Isabel Archer, nie ujmuje jej w ramy modnych ostatnio teorii filozoficznych, ani nie dookreśla. Reżyserka, tak jak deklarowała przed spektaklem, pozostaje "na powierzchni", sugerując, że podróż Isabel to podróż ciała. Losy bohaterki podane są wprost, w opowieści zredukowanej do głównych wątków, bez większych ingerencji i detali. Marciniak traktuje je jako pretekst do zaprezentowania swojego, bardzo efektownego w tej odsłonie teatru i pokazu sprawności swojego warsztatu reżyserskiego. Serwując, przy okazji, powtórkę ze swoich dwóch poprzednich gdańskich spektaklu - "Ciągu" i "Amatorek".

Od początku do czynienia mamy z zabawą formą. Na scenie siedzą trzej aktorzy, zaś nad nimi, na częściowo opuszczonej kurtynie, wyświetlana jest projekcja bliźniaczej sytuacji nagranej z ich udziałem w plenerze. Cała trójka, a wraz z nimi pojawiająca się niebawem Katarzyna Dałek, czyli tytułowa dama - Isabel Archer, nie widzą projekcji, więc ruch aktorów różni się nieco na nagraniu i w rzeczywistości. Projekcje wideo (autorstwa Arkadiusza Biedrzyckiego), zazwyczaj będące refrenem zdarzeń scenicznych, pojawiają się jeszcze kilkakrotnie. Reżyserka używa ich nie tylko jako elementu scenografii, ale też jako kompozycji i formalnego dopełnienia przedstawienia (choćby podczas krótkiego, przyspieszonego, groteskowego filmiku w konwencji kina niemego).

Przez cały pierwszy akt na scenie dominuje prowadzona grubą kreską groteska, budowana głównie wokół angielskich obyczajów i rytuałów (brawurowa scena instruktażowa picia herbaty i savoir-vivre'u związanego z "tea time" w wykonaniu Małgorzaty Brajner, grającej Służącą, zebrała podczas premiery specjalne oklaski). To farsa kostiumowa, w której aktorzy czują się nadspodziewanie dobrze. I tak Piotr Biedroń z ostentacyjnie doklejonymi bokobrodami z wdziękiem gra zmanierowanego Lorda Wartburtona, który długo nie może się zdecydować czy woli chłopców czy dziewczynki. Katarzyna Dałek i Katarzyna Michalska, czyli Amerykanki Isabel Archer i Henrietta Stackpole w zabawny sposób prezentują skontrastowane spojrzenie egzotyczną dla nich Anglię. Pierwsza zachłystuje się konwenansami, manierami i statecznym, flegmatycznym stylem życia angielskiej arystokracji, a w wielokulturowym Londynie dostrzega przestrzeń swobody i wolności, jakich brakowało jej w Stanach Zjednoczonych. Druga widzi w tym samym dziwactwo, natręctwa i fobie, co skrzętnie odnotowuje w dzienniku.

Majętny wuj Isabeli, Daniel Touchett w wykonaniu Krzysztofa Matuszewskiego, to ekscentryczny (nawiedzający Isabel także z zaświatów) arystokrata, jego wrażliwy syn Ralph (Michał Jaros) czuje się opiekunem zwariowanej kuzynki, zaś Anna Molyneux w wykonaniu Agaty Bykowskiej stanie się jej instruktorką fitness. Wszyscy oni, w bogatych kostiumach i perukach, tworzą dynamiczne i efektowne show, zbudowane z serii miniwystępów, w których wypadają bardzo dobrze.

Drugi akt, podczas którego Isabel zamienia stateczny Londyn na rozsmakowaną w sztuce Florencję, pozbawiony jest już farsowego potencjału. Reżyserka buduje m.in. pełną erotycznych podtekstów relację między dorosłym młodym mężczyzną, Edwardem Rosierem (granym przez Jakuba Mroza) a małą dziewczynką Pansy Osmond (w tej roli 10-letnia Roksana Grulkowska), ubraną w obcisły, prześwitujący kostium. Scena ta przywodzi na myśl preludium do słynnej sceny gwałtu na dziecku Martina von Essenbecka ze "Zmierzchu Bogów" Viscontiego. Edward prosi ojca Pansy, Gilberta (Marek Tynda), by mu ją oddał. Zamierza de facto kupić ją swoim majątkiem, jednak Gilbert Osmond odmawia. Bynajmniej nie z rodzicielskiej miłości - "będziemy bawić się urządzaniem jej życia" - powie w pewnym momencie.

Ewelina Marciniak rozbiera też do naga Sylwię Górę-Weber, czyli Madame Serenę Merle, opiekującą się Isabel podczas jej podróży. Madame Merle nago porusza się po włościach Gilberta Osmonda, gdy ten wprowadza Isabel w arkana swojej pasji sztuką. Tak rażąco niepotrzebnych i nieuzasadnionych pomysłów na szczęście więcej w "Portrecie damy" Teatru Wybrzeże nie ma. Pod koniec spektaklu znajdziemy za to wyraźne nawiązanie do "Amatorek", podczas dialogu Isabel i Gilberta, którzy, jak większość bohaterów w teatrze Eweliny Marciniak, chętnie posługują się mową zależną. Ani role, ani gra Sylwii Góry-Weber i Marka Tyndy (głównych obok Katarzyny Dałek postaci drugiego aktu) nie są też tak efektowne i udane jak kreacje kolegów w pierwszym akcie. Jedynie drugie wcielenie Krzysztofa Matuszewskiego zadziwia, bawi i utrzymuje temperaturę z pierwszego aktu.

Dużą rolę w spektaklu odgrywa zespół Chłopcy kontra Basia, odpowiedzialny za warstwę muzyczną i brzmieniową przedstawienia - to najlepszy i najbardziej konsekwentnie zbudowany element spektaklu. Szkoda, że wejścia na scenę artystek tego zespołu ograniczają się tylko do śpiewu, albo niepotrzebnego naśladowania ruchu aktorów (dużo lepiej zespół ten funkcjonuje w materii spektaklu w "Morfinie" Eweliny Marciniak Teatru Śląskiego w Katowicach). Niezwykła, świetnie wymyślona i skomponowana jest scenografia Katarzyny Borkowskiej, która meble - emblematy arystokracji - umieściła na piasku wypełniającym całą scenę, gdzieniegdzie wyłożoną także wzorzystymi, mieszczańskimi dywanami, a zamkniętą wielkimi drzwiami, przez które przechodzą bohaterowie spektaklu wchodząc i wychodząc ze sceny. Znalazło się też miejsce na wodę w minibaseniku, przypominającym piaskownicę (ten pomysł reżyserka sprawdzała niedawno w "Gałganie" we Wrocławskim Teatrze Współczesnym). Zaś niezwykle efektowne, szczególnie kobiece XIX-wieczne kostiumy, gra światła i projekcje filmowe skomponowane są i zaplanowane w najdrobniejszych szczegółach (takich, jak to, do jakiego momentu opuścić kurtynę stanowiącą ekran projekcyjny).

Niestety, ze spektaklem Eweliny Marciniak jest jak z ostatnią projekcją spektaklu, prezentującą dżunglę. Widzimy bujną roślinność, niezwykle efektowny obraz, na tle którego mówią do nas aktorzy. Jednak kamera prowadzi nas po zgrabnych ścieżkach lasu tropikalnego, przygotowanych w którymś z ogrodów botanicznych. To polukrowana fikcja, imitacja dżungli na potrzeby turystów. Z "Portretem damy" jest podobnie - efektowne opakowanie skrywa skromniutką, opartą na talentach aktorskich treść. To teatr efekciarski, momentami bardzo efektowny. Do podziwiania, bez materiału do przemyślenia.



Łukasz Rudziński
www.trojmiasto.pl
19 maja 2015
Spektakle
Portret Damy