Henryk VI spudłował

Żeby muzyka "mistrzów mniejszych" zaciekawiła słuchacza, nie mówiąc o zachwycaniu, wykonawcy muszą pokazać mistrzostwo. Jeśli go nie ma, słuchanie boli - tak jak w przypadku opery "Henryk VI na łowach".

Był sobie król Anglii Henryk VI. W czasie polowania zagubił się w lesie. Pomogli mu poddani, nie wiedząc, że to monarcha. A byli to ludzie, którymi wcześniej król wzgardził. Kłopoty i spotkanie z życzliwością nauczyły go pokory. Krzywdy zostają naprawione. Wojciech Bogusławski napisał tę komedię za czasów króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Do tekstu muzykę Karola Kurpińskiego dopasowano dopiero w latach 70. XX w., a dokonali tego Wojciech Młynarski i Jerzy Dobrzański. Powstało dzieło spójne, zgrabne, melodyjne, ale dalekie od mistrzostwa europejskiego formatu. Przywracanie do życia dawnej muzyki "mistrzów mniejszych", zwłaszcza rodzimych, jak najbardziej ma sens. Ale pod jednym warunkiem - że do pracy zabiorą się bardzo dobrzy wykonawcy. Tacy, którzy potrafią "wyczarować" z utworu więcej niż wydaje się obiecywać partytura. Ale o czym tu pisać, skoro śpiewana polszczyzna płynąca ze sceny była bardzo trudna do zrozumienia? I z czego się śmiać, jeśli żarty niełatwo zrozumieć? Muzyka Kurpińskiego obfituje w arie, śpiewki, piosneczki, które same w sobie nie są zbyt efektowne, ani tym bardziej wirtuozowskie. I takie właśnie pozostały w wykonaniu większości solistów Teatru Wielkiego, a przecież można było pokazać ich urok. Orkiestra grała jedynie poprawnie, zdarzały się też momenty przykrego niedbalstwa - jakieś nietrafione dźwięki, rozchwiany puls. I choćby przyszedł najwybitniejszy reżyser, a scenograf wyprawiał cuda-niewidy, niewiele by zdziałał. Krzysztof Kolberger, który "Henryka VI" wyreżyserował, pomieszał na scenie epoki i konwencje. Znamy, znamy. Żeby pamiętać, że dawno rzecz się działa, ale i dziś jest aktualna. Jasny komunikat. Jasny jak świetlówki pełniące rolę drzew w lesie. Król mówi do poddanego coś w rodzaju "spieprzaj dziadu", a straż leśna przybywa elektrycznym samochodem z napisem ABW Lasu. Akcji towarzyszy ekipa telewizyjna Royal TV, która twarz króla i innych bohaterów przybliża widzom na ekranie. Są lordowie w perukach, duchowni w tiarach i ornatach. Rezydują na wysokościach sejmowych ław, a prosty lud oczywiście na dole i za metalowymi barierkami. Trudno potraktować taką koncepcję jako coś więcej niż ornament, ukłon w kierunku dzisiejszej telewizyjnej średniej gustów i sposób na to, by niezbyt zajmującą historię uczynić nieco łatwiej strawną. A to za mało. Teatr Wielki w Poznaniu "Henryk VI na łowach" Reżyseria: Krzysztof Kolberger

Jolanta Brózda
Gazeta Wyborcza Poznan
10 stycznia 2008