Historia prawdziwa o poszukiwaniu szczęścia

Pierwszy raz zaprezentowany na Broadwayu w 1972 roku. My możemy zobaczyć nowszą wersję z roku 2013, która jest bardziej zbliżona do współczesności. Pippin swoją premierę w Poznańskim Teatrze Muzycznym miał 7 września 2019 roku, otwierając sezon 2019-2020.

Steampunkowa scenografia, za którą odpowiada Mariusz Napierała i fantazyjne kostiumy w stylu arlekina, inspirowane strojami kuglarzy stworzone przez Agatę Uchman, wprowadzają nas do świata, który przypominać ma słynny film Parnassus Terry'ego Gilliama. Musical łączy w sobie elementy komedii dell'arte, pantomimy, teatru lalek, tańca, cyrku, burleski... Niczym występ "jarmarczny", odgrywany przez wędrowną trupę, nie do końca przewidywalny. Na scenie pojawia się nawet żywy ogień.

Następca tronu frankijskiego, młody książę Pippin (Maciej Pawlak) nieskromnie śpiewa o sobie, że jest "super wyjątkowy" i dlatego cały czas poszukuje odpowiedzi na pytanie, czym jest prawdziwe szczęście. Czym jest ono dla niego i gdzie je znajdzie? Jest zagubiony i szuka celu w życiu. Spełnienie próbuje znaleźć na polu bitwy, pokusach ciała, religii, intrygach politycznych. Stając na czele rewolucji, zabija swojego ojca króla Karola Wielkiego (Radosław Elis) i obejmuje władzę. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Pippin rozumie, to kiedy przychodzi mu się zmierzyć z żądaniami ludu. Władza i próby zadowolenia wszystkich, przerastają go i wyjmuje z pleców ojca sztylet, przywracając mu władzę. W końcu Pippin odkrywa, że szczęścia nie dają wielkie przedsięwzięcia, tylko niezwykłe chwile w codziennym zwykłym życiu. Odnajduje miłość i spełnienie u boku Katarzyny i jej synka Teosia.

Nie jest to powieści historyczna. To bardzo kolorowa, żywiołowa i obfitująca w żarty, czasem absurdalne, parodia. Chwilami niekoniecznie logiczna. Cały ten cyrkowy i optymistyczny klimat skrywa pod swoją maską siłę manipulacji. Pippin jako musical burzy czwartą ścianę, Mistrz Ceremonii (Dagmara Rybak - świetna w tej roli) zwraca się bezpośrednio do widowni, wtrąca się w akcję, komentuje grę aktorów, kiedy coś idzie nie po jego myśli. Manipuluje bohaterami, nieustannie podsycając ciekawość finałem, który - jak zapowiada - ma być spektakularny. Okazuje się jednak nieco inny, choć wciąż zaskakujący, a co ważniejsze dający do myślenia. Dowiadujemy się, że niektóre marzenia mogą być destrukcyjne, marząc o rzeczach wielkich, możemy przeoczyć fakt, że radość może nam dać coś prostego, co mamy tuż pod nosem. Jednak czasem musimy najpierw spróbować wszystkiego, by się o tym przekonać.

Nie ma zastrzeżeń do gry aktorów, oddali się temu całkowicie, śpiewają i grają wspaniale, ich energia nie gaśnie, a jest jej w tym musicalu naprawdę dużo! Szczególną sympatię bez dwóch zdań zyskała ogromna gęś, w którą wcielił się Łukasz Brzeziński. Piosenki jednak nie zapadły mi na długo w głowie. Nie wywołały dreszczy ani wzruszenia. A to dlatego, że Pippin budzi mieszane uczucia. Ja chwilami się nudzę, ktoś koło mnie co chwilę chichocze, za plecami słyszę szloch na finale. (A może tylko ktoś się zakrztusił?) Przy wyjściu starszy pan podsumowuje jako "bardzo cyrkowe, kolorowe, takie sobie" wzrusza ramionami, a dalej dwie panie uznają musical za piękny.

Ale jak już wiemy - punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.



Anna Rękoś
Dziennik Teatralny Poznań
31 lipca 2020
Spektakle
Pippin