Kiedy świat robi nam z mózgu wodę

W teatrze IMKA ruszył projekt PRL-owski - właśnie odbyła się premiera Wodzireja opartego na filmie Feliksa Falka z 1977 roku. Uruchomienie tego projektu stawia pytanie o to, co pozostało nam po minionej epoce. W jaki sposób wpłynęła ona na organizację naszego dzisiejszego świata i nasz sposób myślenia?

Reżyser spektaklu, Remigiusz Brzyk, historię konferansjera opętanego marzeniem o błyskotliwej karierze przenosi w czasy postkomunistyczne, w których królują wolnorynkowe zasady, a miarą ludzkiego szczęścia staje się osiągnięty sukces. W tej jakże bliskiej nam rzeczywistości opowieść sprzed lat okazuje się niezwykle aktualna. Brzyk przejaskrawia ją, kreując świat na wzór kolorowych obrazków z telewizyjnych show i złotych myśli z różnego typu poradników. Rzeczywistość proponowana w takiej formie, skrząca się od brokatu i confetti, jest przeznaczona dla ludzi sukcesu. „Jesteś Michałem Aniołem swojego życia, a Dawid, którego rzeźbisz, to Ty” – pada wielokrotnie ze sceny. W tym świecie nie ma miejsca dla ludzi słabych i niepotrafiących osiągnąć zamierzonego celu. Jego realizacja jest wszystkim, do czego człowiek ma dążyć, nawet gdyby miało się to odbyć kosztem innych.

Zgodnie z tymi zasadami działa tytułowy bohater, Lutek Danielak. Autorzy spektaklu podkreślali przed premierą, że nie jest przypadkiem obsadzenie w tej roli Wojciecha Błacha. Popularny aktor, szerszej publiczności znany głównie z reklam i seriali telewizyjnych, aspiruje jednocześnie do większych kreacji w teatrze. Choć rola w Wodzireju do takich nie należy, nadaje ona spektaklowi dodatkowy wydźwięk. Rozdarcie pomiędzy chęcią uprawiania prawdziwej sztuki a pokusą znacznie łatwiejszego sukcesu komercyjnego nakłada się tutaj na dylemat moralny i próbę odnalezienia swego miejsca w nowoczesnym świecie. Błach w tę próbę zostaje niejako wciągnięty. Wszelkie jego działania wykonywane są jakby z ociąganiem i wbrew powszechnemu entuzjazmowi. W jego Danielaku jest coś apatycznego, co staje w opozycji do nowego karnawału. Niestety, nie świadczy to o jego pogłębionej psychologii czy przeżywanych rozterkach, ale jest raczej wyrazem bierności, braku siły do prawdziwie aktywnej walki. Staje się on przez to zwykłym, niewyróżniającym się pracownikiem, który naiwnie uwierzył w hasła z poradników głoszące, że z każdego przeciętniaka można zrobić wybitną jednostkę.

Przedstawienie Brzyka to skondensowany obraz świata, w którym żyjemy. Składa się on z nieprzystających do siebie elementów ozdobionych świecidełkami. W przestrzeni scenicznej autorstwa Anny M. Kaczmarskiej współistnieją sklepowe skrzynki i kolorowe światła z dyskoteki. Centralne miejsce przez pewien czas zajmuje wanna. Wszystko to skrywa się za kurtyną zrobioną z folii ze strzelającymi bąbelkami. Podobnych sztucznych tworzyw zresztą wiele w tym spektaklu. Tworzą one rzeczywistość w opakowaniu, którą można odpowiednio ukształtować, nakleić na nią etykietkę i sprzedać jak towar wyprodukowany w wielkiej fabryce. Wśród takiej sterylności brud ludzkiego zachowania staje się nie tylko niewidoczny, ale również traci na znaczeniu. Moralność zostaje zawieszona, kategorie dobra i zła nie istnieją – bo i gdzie miałyby istnieć? W świecie nastawionym na materialność nie ma miejsca dla duszy. Jedynym dozwolonym kryterium oceny jest opłacalność. Danielak przegrał, bo jego wysiłki poszły na marne. Niczego nie zyskał, ale też i niczego nie stracił. Nawet odejście ukochanej kobiety trudno nazwać dramatem. Ula (Magdalena Boczarska), to kolejny przykład karierowiczki, nieudanej kopii Marylin Monroe. Kiedy w swoim monologu na stole wymienia, co zrobiła dla poprawy własnego wyglądu (można nawet powiedzieć w duchu genderowym: skonstruowania swojej kobiecości), aż trudno się dziwić Lutkowi, że tak łatwo się jej pozbył.

W "Wodzireju" wszyscy kuszeni są obietnicą lepszego świata i niczym nieskrępowanych możliwości, a szczęście jest dla nich niemal obowiązkiem. Remigiusz Brzyk i Tomasz Śpiewak, który jest autorem scenariusza, zawęzili problematykę filmu Falka do tego jednego wątku. Przedstawienie mechanizmów rządzących światem oraz metod manipulowania ludźmi wydaje się bliższe naszej współczesności, ale z drugiej strony gdzieś zatraca indywidualną historię człowieka. Moim zdaniem odbywa się to ze szkodą dla całej historii. Ponadto pod pozorem atrakcyjności i dynamiki kryje się nużące tempo, które odsłania miałkość całego przedsięwzięcia – zarówno dążeń samego Danielaka, jak i twórców spektaklu. Zbytnia dosłowność w przeniesieniu problemu, niekonsekwencja w wykorzystaniu komponentów dwóch epok oraz odciążenie psychologiczne głównego bohatera sprawiają, że cały spektakl ogląda się z dużą rezerwą. I nie potrzeba do tego żadnej przezroczystej przesłony, bowiem dystans tworzy się sam. Kto wie, być może dzieje się tak dlatego, że czasy wielkich moralitetów minęły. A być może trzeba po prostu zagłębić się w świat plastiku i sztuczności i na nowo odnaleźć w nim człowieka?



Karolina Matuszewska
Teatrakcje
1 kwietnia 2011
Spektakle
Wodzirej