Nieutulona zgoda Leszka Mądzika

Teatr, rzeźba, fotografia Leszka Mądzika to zjawisko cenne i niezwykłe w skali światowej. Artysta, wykorzystując awangardowe środki, staje poza głównym nurtem współczesnej sztuki, której hasłem jest bunt.

40-lecie pracy artystycznej twórcy Teatru Obrazu, założyciela Sceny Plastycznej KUL, dało pretekst dla małego festiwalu jego sztuki w Warszawie. W oranżerii pałacu wilanowskiego na przełomie marca i kwietnia odbyło się kilka spektakli zainspirowanych książką "Matka odchodzi" Tadeusza Różewicza. W Akademii Teatralnej otwarto wystawę zdjęć Leszka Mądzika robionych na wszystkich kontynentach, wszędzie tam, gdzie dociera ze swoim teatrem. Trzecim warszawskim wydarzeniem była instalacja zaprezentowana w Muzeum Teatralnym w Teatrze Wielkim w ramach wystawy "Noc Walpurgi": wizja faustowskiego sabatu, czarny korytarz, do którego wchodzi się przez smoliste, obrotowe drzwi - jakby negatyw pasażu handlowego, z kuszącymi zza połyskliwych tafli nagimi ciałami czarownic z gipsu. Mądzik pokazał tutaj, że umie stosować formy agresywne. Ale jego teatr jest przeciwieństwem tego sabatu. "W dzieciństwie mieszkałem na uliczce blisko szpitala, kostnicy i cmentarza - opowiada - Pogrzeby były prawie codziennie i przez okna sączyły się takie widoki: karawan, wolno człapiące konie, procesja żałobników. Szły kondukty w deszczu i w pełnym słońcu, rano, w południe i o zmierzchu. Czasem grała orkiestra, czasem tylko wiatr. Wychowałem się i bawiłem wśród tego pejzażu". Przypomniałem sobie tę wypowiedź, oglądając spektakl "Odchodzi". Jest to teatr czerni, milczenia, monumentalnej wizji wyłaniającej się z mroku i zagarniającej widza dzięki grze świateł i muzyki. Określa się go czasem jako "teatr śmierci", lecz nic nie łączy go z teatrem śmierci Tadeusza Kantora. W pamiętnej "Umarłej klasie" czy "Wielopolu, Wielopolu" zbuntowany korowód zmarłych-manekinów wdzierał się na scenę, maszerował w stronę widzów, powtarzając w nieskończoność jeden gest, jedną frazę, wydartą realności. W spektaklu "Odchodzi" panuje spokój. Widz znajduje się jakby poza życiem. W tym wyjściu poza doczesność pomaga muzyka Marka Kuczyńskiego i śpiew Urszuli Dudziak. Jestem na widowni sam ze sobą, pogrążony w kompletnej ciemności, nie dostrzegam nawet sąsiadów. Widzę obrazy rozwijające się w przestrzeni niewymiarowej. Nie wiem, czy to, co oglądam, znajduje się daleko, czy blisko. Są to obrazy wewnętrzne. Ten jedyny w swoim rodzaju teatr wprowadza widza w rodzaj transu przypominającego stany sprzed zaśnięcia, z pogranicza jawy i snu, czy z medytacji. W medytacjach wszelkich obrządków taki trans określa się czasem jako "ćwiczenie w umieraniu" - wyciszenie funkcji życiowych, wygaszenie "ja". Nie chodzi w nich jednak o umieranie, tylko o życie. I taki sens ma teatr Mądzika, który udosłownia to, co symboliczne. Tworzy wrażenie, jakbyśmy zaglądali za kulisy życia. Lub inaczej - jakbyśmy patrzyli na życie z drugiej strony, zza kulis. Prof. Stefan Sawicki z KUL uważa, że niezwykłość tego teatru polega na przyjęciu ponadludzkiej perspektywy. Człowiek jest tu na dalszym planie. Widz zostaje wrzucony w ciemność jak w kosmos i z tej perspektywy odkrywa przygodność, przemijalność ludzkiego życia. W tym odkryciu jest jednak coś pocieszającego: nie należymy tylko do siebie, jest coś poza nami. Gdyby ktoś z zewnątrz obserwował widzów warszawskiego spektaklu, jak wchodzą do zaciemnionej oranżerii niby do krypty i czekając na przedstawienie, przechadzają się wśród dziwnych relikwiarzy, gipsowych masek pośmiertnych i odlewów ciał - pomyślałby, że jest to delektowanie się makabrą. Kiedy jednak znalazłem się w środku, w przestrzeni zaaranżowanej przez Mądzika, czułem co innego. Ciemność, której nie rozpraszały punktowe reflektorki, nie przerażała. Zapraszała. Wydawała się przyjazna, bezpieczna. Otaczające mnie gipsowe formy zdawały się naznaczone jakimś pełgającym życiem. Może kiedyś tak patrzono na kościelne relikwiarze ze szczątkami świętych? Nie chroniono ich przed oczami dzieci, bo miały one nie tyle straszyć makabrą śmierci, co ukazywać jej przezwyciężenie: nie wygląd się liczy, ale znak, istota rzeczy. "Nasza współczesność jest epoką wyglądów. Nie lubimy wyglądów szpetnych: pomarszczonej skóry, skrzywionej sylwetki. Prawdziwa starość w wyglądach oznacza brzydotę. Najbrzydsza zaś ze wszystkiego jest śmierć" - pisał Wojciech Chudy, rówieśnik Mądzika, zmarły w ubiegłym roku lubelski filozof, na stałe przykuty do wózka. "Zawsze chciałem być starszy - mówi Mądzik. - Patrzyłem na ludzi i wyobrażałem sobie, jacy będą za parę lat. Chcę w moim spektaklu złapać moment przejścia - pejzaż czasu, który zbliża nas do śmierci. Widzę ten pejzaż nawet w momentach najradośniejszych". Tajemnicą spektakli Mądzika jest to, że ten pejzaż wciąga, że chcemy w niego wejść. Znająca teatr Mądzika Maja Komorowska w rozmowie po spektaklu mówi z naciskiem: "A ja się cieszę, że mam 70 lat". Zaczęło się od tego, że Tadeusz Różewicz podarował Mądzikowi książkę „Matka odchodzi” z żartobliwą dedykacją: „...bez nadziei na przeczytanie”. Mądzik opowiada, że gdy tylko otworzył tę książkę, zaczął widzieć obrazy. Inspirujące było już pierwsze zdanie: „Teraz, kiedy piszę te słowa, oczy matki spoczywają na mnie”. I dalej: „Oczy matki wszystko widzące patrzą na urodziny patrzą przez całe życie i patrzą po śmierci z »tamtego świata «”. W innym miejscu Różewicz dodaje: „z tamtej strony, w którą ja nie wierzę”. Ale wiara ma tu niewiele do rzeczy. Uchodzący za agnostyka stary poeta mógł spotkać się w tym spektaklu z reżyserem uprawiającym teatr określany jako chrześcijański. Ich spotkanie było czymś naturalnym - tu ważna jest nie tyle wiara, co miłość. Elementarne ludzkie doświadczenie zwane w Kościele świętych obcowaniem. Poczucie, że nasi bliscy zmarli są i na nas patrzą. Niejeden z tych, co stracili matkę, przeżywa spotkanie z nią na jawie: rozpoznaje matkę w innej, podobnej kobiecie, która idzie ulicą. Doznajemy w tym momencie czegoś w rodzaju teatralnej iluzji. Ciekawe, że do każdego z przedstawień "Odchodzi" Leszek Mądzik zapraszał pewną kobietę z domu starców. Ukazywała się widzom w pierwszych minutach spektaklu, po czym była odwożona do domu. Była matką. Ta kobieta już nie występuje, reżyser odwiedza ją czasem w zakładzie. Ona już go nie rozpoznaje, ale jemu wydaje się, że wciąż gra matkę. Jest nią. O teatrze Mądzika mówi się szumnie: ezoteryczny, mistyczny, transcendentny. Czy jednak jego formy wywodzą się z teologicznej spekulacji, czy raczej z potocznego doświadczenia? To właśnie potoczność i uniwersalność sprawia, że lubelski artysta, nie mając za sobą wielkiej promocyjnej machiny, nieustannie objeżdża świat, prowadzi warsztaty w nowojorskim La MaMa Theatre, w afrykańskiej Gwinei, w Gruzji, Iranie, Ameryce Łacińskiej. Dziś na porządku dziennym jest bunt. Nawet reklama posługuje się hasłami buntu, protestu, transgresji, rewolucji. Mądzik, wykorzystując awangardowe środki, staje poza głównym nurtem współczesności. Proponuje innego rodzaju wyłom: teatr zgody na śmierć, na rzeczy ostateczne. Do tej sztuki pasuje kapitalne określenie z późnej twórczości Mirona Białoszewskiego, poety oswajającego ostateczności: "nieutulona zgoda" - jak "nieutulony żal". W naszym życiu jest więcej zgody, niż się wydaje. Jak to jest, że znosimy w spokoju bombardujące nas obrazy nieszczęść? Myśl o śmierci? Cierpienia własne i cudze? Istnieje widocznie jakaś tajemna zmowa, potoczna wiedza, która pozwala uchylić dylemat Hamleta: "być albo nie być" - i jednak być, z jakąś nieokreśloną nadzieją.

Tadeusz Sobolewski
Gazeta Wyborcza
17 kwietnia 2008
Portrety
Leszek Mądzik