Polska drugą Irlandią?

Rozmowa z Katarzyną Deszcz, reżyserem spektaklu "Czaszka z Connemary" w Teatrze Śląskim im. S. Wyspiańskiego.

FMK Łukasz Karkoszka: Kiedy po raz pierwszy zetknęła się Pani z dramaturgią irlandzką? Katarzyna Deszcz: Pierwszym, w pełni irlandzkim tekstem, jaki wyreżyserowałam była “Królowa piękności z Leenan" Martina McDonagha. Spektakl wystawiany był 10 lat temu na scenie Teatru Śląskiego. Było to pierwsze, w Polsce, wystawienie tekstu tego autora. Od tamtego czasu chętnie sięgam po dramaty irlandzkie, w szczególności autorstwa McDonagha oraz Briana Friela. FMK: Z czego wynika Pani zainteresowanie dramatem irlandzkim? Co Panią w nim najbardziej zachwyca i fascynuje? K.D: Dramaturgia irlandzka, a zwłaszcza teksty wspomnianych już autorów, bardzo pasują do mojej wrażliwości i wyobraźni. Czytając ich sztuki odnoszę je do polskiej rzeczywistości. W moim odczuciu małomiasteczkowa mentalność irlandzka jest szalenie podobna do polskiej . Nie mam więc problemów z przełożeniem realiów jednego kraju na drugi. W różnych okresach historycznych zarówno Polskę jak i Irlandię dotknęły podobne problemy: oba kraje były okupowane, oba kraje zmagały się z biedą, a w XX wieku przez oba państwa przewinęła się fala emigracji. To wszystko miało wpływ na ukształtowanie się takiego a nie innego sposobu myślenia, które w obu państwach jest podobne. FMK: “Czaszka z Connemary" to trzecia część tzw. “trylogii Leenan" McDonagha. Wyreżyserowała Pani także dwie pozostałe części, a mianowicie “Królową piękności" oraz “Na Zachód od Shannon". Co w jego twórczości jest dla Pani odkrywcze, oryginalne? K.D: McDonagh, przede wszystkim, jest świetnym obserwatorem, nie boi się ostrego portretowania ludzi dochodząc w tym aż do granic groteski. Ma fenomenalną zdolność pisania dialogów, które są naturalne, prawdziwe i błyskotliwe. Nie mają w sobie nic ze sztuczności czy nadętego patosu. Do tego McDonagh posiadł umiejętność pisania sztuk w sposób szalenie dowcipny. Nie jest to jednak tandetny humor farsowy, wręcz przeciwnie - jego sposób obserwacji pozwala uchwycić absurd danej sytuacji i zobaczyć groteskową śmieszność bohaterów. FMK: W Pani interpretacji reżyserskiej “Czaszka z Connemary" to...dramat, tragikomedia, czy coś całkowicie odmiennego? K.D: Strasznie trudno jest zakwalifikować sztuki McDonagha do jakieś jednej kategorii. Moim zdaniem, w przypadku “Czaszki z Connemary", byłby to dramat społeczny, czy może obyczajowy z wątkiem komedii kryminalnej. Jednak, gdy tylko mogę, to staram się unikać jednoznacznych kwalifikacji. FMK: Co jest motywem przewodnim w Pani przedstawieniu: problem jednostka - lokalna społeczność, czy może dylematy moralne głównego bohatera, jego alkoholizm czy jeszcze coś innego? K.D: Dla mnie jest to głównie historia o samotności. Jest to opowieść o człowieku, który mieszkając w małej lokalnej społeczności, popełniając w przeszłości przestępstwo, za co zostaje w świadomości współmieszkańców skazany na odrzucenie i wykluczenie. Nie jest dla nich istotne to, ile od tego czasu zadośćuczynił za swój czyn, w ich mentalności na zawsze pozostanie tym złym. Jest to także opowieść o czwórce ludzi, którzy są śmieszni, małostkowi, rozpici, prostaccy a zarazem smutni. Każdy z nich znalazł się w takiej, a nie innej sytuacji życiowej, być może nie z własnej winy. Wszyscy oni są w jakiś sposób jednostkami społecznie ułomnymi, są życiowymi rozbitkami. Z jednej strony walczą i konkurują ze sobą, a z drugiej strony stwarzają swoistego rodzaju symbiozę, w której byt jednego człowieka uzależnia byt drugiego. Przedstawiona historia, w sztuce McDonagha, jest przeraźliwie smutna, ale zarazem absurdalna i zabawna. FMK: Czy w jakiś sposób zaznacza Pani w “Czaszce z Connemary" specyfikę kultury irlandzkiej, czy też skupia się Pani na poszukiwaniu uniwersalności danej historii? K.D: Nie uciekam od irlandzkich realiów. W przedstawieniu zachowuję irlandzkie nazwiska, nazwy miejsc itp. Scenografia odwołuje się do surowości irlandzkiego klimatu. Istotnym elementem , podkreślającym “irlandzkość" spektaklu jest także specjalnie skomponowana muzyka . Natomiast historycyzm tego utworu nie jest dla mnie najważniejszy. Bardziej istotne są dla mnie relacje międzyludzkie oraz emocje, które kierują bohaterami sztuki. FMK: “Polska ma być drugą Irlandią..."Czy rzeczywiście jesteśmy tak podobnymi do siebie narodami? K.D: Na pewno podobni jesteśmy w mentalności i w sposobie myślenia, o czym już wspominałam wcześniej. Poza tym, zarówno Polacy jak i Irlandczycy wyposażeni są w umiejętność kontaktu z drugim człowiekiem. Łączą nas także negatywne cechy, takie jak: złośliwość, zapiekłość, upór, zawiść, schematy myślenia. A odnosząc się do stwierdzenia, że Polska ma być drugą Irlandią, to jestem na tak, w ekonomii. FMK: Skąd Pani zdaniem bierze się tak wielka popularność dramaturgii irlandzkiej w Polsce? K.D: Główny powód popularności tej dramaturgii to, po prostu, fakt że to świetnie napisane utwory, z wyczuciem reguł teatru. Znakomity materiał dla aktorów i reżysera. FMK: Pani zdaniem, możliwy jest odwrotny trend tzn. zainteresowanie Irlandczyków polską dramaturgią? K.D: Mam nadzieję, że istnieje taka możliwość. Ale czy w Polsce mamy równie świetnych współczesnych autorów jakich mają Irlandczycy? FMK: No właśnie, jaka jest kondycja polskiej młodej dramaturgii? Co Pani sądzi o autorach z tzw. “pokolenia porno"? K.D: Jeśli chodzi o “pokolenie porno" to mam mieszane uczucia. Oczywiście, jest parę nienajgorszych sztuk, ale większość jest bardzo źle napisana. Daleka jestem od zachwytu nad tekstem tylko i wyłącznie dlatego, że w drastyczny sposób opisuje jakiś fakt. Z przykrością stwierdzam, że istnieje szereg takich sztuk, które zajmują się opisaniem tylko i wyłącznie patologii, wynaturzeń itp. i to wystarcza do uznania ich za sztuki wartościowe Te utwory pozbawione są dobrze napisanego dialogu, brak w nich całościowej struktury, głębi, która byłaby dobrą materią teatralną. Przeważnie są “jednowymiarowe". Poza tym, budzi się we mnie głęboki protest, gdy słyszę stwierdzenie tego typu, że oto teraz “pokolenie porno", czy wcześniejsi autorzy z “kręgu brutalistów" dotykają w swych utworach prawdziwego życia. Owszem, sztuki te dotykają jakieś sfery życia, ale nie dotyczy ona większości z nas. Nie każdy z nas przecież tkwi w jakiś układach patologicznych, nie każdy z nas ma problemy z własną orientacją seksualną, molestowaniem itd.. Prawdziwie życie to nie jest wyłącznie patologia! Czy fakt, że nie jestem lesbijką, gejem, że nie biorę narkotyków i nie jestem ofiarą traumy z dzieciństwa ,oznacza, że moje życie jest nieprawdziwe?! Oczywiście, taka zwyczajna, normalna egzystencja bez popadania w skrajności jest trudniejsza do opisania, bo jest mniej atrakcyjna. Nie oznacza to jednak, że normalne życie pozbawione jest problemów, zawiłości i głębi. Skłonność do przedstawiania patologii wiąże się z obecną teatralną modą. Moim zdaniem, przekleństwem polskiego teatru są właśnie różnego rodzaju mody. Dotyczy to zarówno dramaturgii jak i konwencji teatralnych. Konsekwencją tego jest to, że wszystko, co nie odwołuje się do aktualnie panującego trendu jest ignorowane, zwłaszcza przez krytyków. A szkoda. FMK: Podjęłaby się Pani wyreżyserowania współczesnej polskiej sztuki, która dotykałaby właśnie patologii? K.D: Powtarzam: fakt, że utwór porusza temat wynaturzeń, nie jest wystarczającym powodem, żeby stwierdzić, że jest to dobry tekst teatralny. Problem nie tkwi więc w tym, czy się podjąć, czy nie, wyreżyserowania takiej sztuki. Teatr, oczywiście, nie powinien unikać trudnych tematów, tylko nie można zawężać tego kręgu do jednej sfery problemów. Brakuje w polskiej dramaturgii współczesnej utworów, które w mądry pozbawiony nadęcia i patosu sposób analizowałyby naszą trudną współczesność, a nie tylko opisywałyby patologiczne sytuacje bądź jakieś epizodyczne, nieistotne zdarzenia. Czekam na dobry współczesny polski tekst, który spełniłby te, nie tylko moje, oczekiwania. FMK: Dziękuję za rozmowę.



Łukasz Karkoszka
Dziennik Teatralny
15 grudnia 2007
Portrety
Katarzyna Deszcz