Wrona nie pokona?

W warszawskim Teatrze Kamienica Jerzy Bielunas wyreżyserował dwa znakomite spektakle według powieści Białoszewskiego i Dukaja. Nic tu do niczego nie pasuje. Reżyser do tematu. Ambicje do miejsca. Bajkowa forma do rozpaczy wniosków. Jerzy Bielunas, wrocławski reżyser i pedagog, dawno został zaszufladkowany jako specjalista od widowisk muzycznych i kabaretowych wieczorów

Wychodziły mu różnie. Smakowicie, gdy zestawiał spektakl z aktorsko interpretowanych piosenek Brassensa czy Cave\'a, natomiast podczas gali Przeglądu Piosenki Aktorskiej zdarzało mu się wdepnąć w kicz. Niemniej zdobył niezłą markę - w swoim gatunku. Gdy spróbował granice te przekroczyć, realizując karkołomny pomysł widowiska muzycznego na kanwie "Pamiętnika z powstania warszawskiego", pies z kulawą nogą zdarzenia nie zauważył. Sam, mając zaproszenie na spektakl w ramach wrocławskiego Przeglądu, pojechałem na inny koncert.

Tymczasem spektakl był świetny. Mateusz Pospieszalski, grający dotąd muzykę równo w bębny rąbaną, znalazł patent, żeby opatrzyć dźwiękami prozę Białoszewskiego w całej jej własnej muzyczności. Trochę w tym było chórów, trochę bluesowych ballad, rockowa dynamika w scenach walk i ucieczek. Bielunas zainscenizował rzecz o losach cywili z powstania na barykadzie zbudowanej ze stołów i szaf, zwykłych mebli. Młodziutkich wykonawców - spektakl był dyplomem czwartego roku wrocławskiej szkoły teatralnej - zostawił we współczesnych ciuchach. Nie wcielali się dosłownie w tamtych warszawiaków, opowiadali ich przeżycia, zachowując całą gamę emocji oryginału: liryzm, rozpacz, wściekłość, opór, zadziorność, wisielczy humor. Nagrodę dostali nieprawdopodobną! Ratusz Woli "kupił" spektakl do Warszawy i zaprosił nań kombatantów powstania. Ryzykując, bo konwencja była odległa od akademii... Wyrazu twarzy dzieciaków na scenie, gdy im w finale do owacji wstała dwusetka siwiutkich weteranów, nie zapomnę do końca życia.

Gotową inscenizację wprowadził na afisz warszawski Teatr Kamienica, czyli prywatna scena Emiliana Kamińskiego żyjąca z widzów i ściągająca do siebie "chlebodawców" metodami niekiedy lekko karczemnymi. Ale, można rzec, właśnie po to, żeby zarobić na taki "Pamiętnik" czy teraz na "Wrońca" [na zdjęciu], kolejną pracę tandemu Bielunas-Pospieszalski. Jeszcze bardziej karkołomną. Jacek Dukaj fascynująco opisał stan wojenny widziany oczami siedmioletniego gorączkującego chłopca. Strzępy rozmów dorosłych układały mu się w bajkową, zdeformowaną epopeję ze straszliwym ptakiem wrońcem porywającym dobrych ludzi, z milipantami, złomowcami, bubekami. I z całą traumą dorosłych przepoczwarzaną w dziecięcej wyobraźni.

Bielunas dopilnował, by wszelkie odniesienia do realności z miejsca wypaczały się w fantazję - każda dosłowność zabiłaby spektakl. Mieliśmy więc krzywe i płaskie suki milicyjne jak z filmów animowanych, sąsiada robociarza (Emilian Kamiński), co "tymi ręcami" budował kraj, więc ma siłę i status herosa z komiksu, członka partii upajającego się fioriturami stentorowego głosu Agnieszki Matysiak. Siedmiolatek był lalką prowadzoną przez ubranego w czerń animatora i dubbingowaną (kapitalnie) od pulpitu z boku przez Martę Led-woń. Wielki telewizor, centralny element dekoracji, śnieżył szarością, "kradnąc kolory" światu.

Oto rozrywkowy teatr, kombinując niekomercyjnie i pod prąd, pozostał imponująco wierny nie tylko fabularnej wyobraźni Dukaja, ale i jego widzeniu tamtych wydarzeń, dramatycznemu i czarnemu. Bo przecież "Wroniec" to projekcja lęków, od których mało kto był wtedy wolny. Lęków tak łatwo zapomnianych, a przecież oczywistych w świecie odciętych telefonów, nieustannego niepokoju o rodzinę i przyjaciół, wszechmocy aparatu nacisku. Nie ma tu nic z happy endu. To koszmar, który śnił się wtedy dorosłym budzącym się w nocy z krzykiem, czy gdy ich przycisną, zdołają sprostać...

Słabo to wszystko kumają ówczesne siedmiolatki, a dziś stare konie, święcie przekonane, że z ową grozą znaną im w teorii poradziłyby sobie lepiej niż my wtedy. Teatr im owego zadufania z głowy nie wybije. Ale chwała Bogu, że przynajmniej próbuje. Przez 20 lat Niepodległej nikt z artystów do tego kluczowego niedawnego doświadczenia nawet nie ośmielił się zbliżyć. Dziś skromna i na co dzień mało ambitna scenka wyręcza - i może trochę zawstydza?! - mainstreamowe molochy.

Kamienica chce grać "Wrońca" w południe i wieczorem, zapewne oddzielnie dla szkół i dla dorosłych. Pytanie, czy przyszłość narodu karmiona nie brakiem "Teleranka", ale nadmiarem telechłamu, przyswoi emocjonalnie tamten ból. Bo przeszłość narodu, która kupiła bilety na 19, z pewnością będzie wściekła. Nie od tego ma przecież miłe sceny w centrum stolicy, żeby uznani fachowcy od rozrywki śmieli podsuwać im przed oczy zepchniętą w bok pamięci czarną szarość.



Jacek Sieradzki
Przekrój
20 stycznia 2011