WST 2012: Proste do bólu

Nie wyobrażamy sobie lepszego sposobu uczczenia Międzynarodowego Dnia Teatru, niż jednomyślna konferencja prasowa z udziałem ludzi, którzy na co dzień raczej nie stoją na tej samej barykadzie.

W Międzynarodowy Dzień Teatru oficjele zwykle zasiadają w pierwszych rzędach teatralnych widowni, wygłaszają gładkie przemowy o znaczeniu artystów dla teatru, teatru dla kultury, kultury dla regionu, regionalnej kultury dla polskiej demokracji i polskiej kultury dla ładu światowego. Gratulują, dziękują, deklarują zrozumienie i poparcie, czasem wręczają koperty albo telewizory. A potem, w zaciszu urzędów, obmyślają zmiany w teatralnych statutach i uczą się nowych słów, np. takich jak "menadżer".

Kombatantka Wichowska pamięta te koperty i ten telewizor z obchodów Międzynarodowego Dnia Teatru w Jeleniej Górze, trzy lata temu (chodzi o Teatr im. C. K. Norwida, gdzie była kierowniczką literacką). Na miejsce Wojtka Klemma, odwoływanego właśnie decyzją Rady Miasta, lada dzień miał przyjść (prosto z Australii!) nowy dyrektor artystyczny. Do Jeleniej przyjechali urzędnicy z Wrocławia, ale wprowadzano ich pokątnie bocznym wejściem - przed głównym stała trumna z tytułami spektakli zrealizowanych za dyrekcji Klemma, a wokół niej - aktorzy w gotyckich kostiumach umarlaków (ze "Sztuki dla Dziecka" Demirskiego i Strzępki). Sympatycy teatru czytali listy poparcia od widzów i ludzi kultury. Wiolonczelistka grała "Ostatnią niedzielę". Może i były w tym czarny humor i autoironia, ale ten pogrzeb był smutny naprawdę - wszyscy wiedzieli, że bitwa jest nieodwołalnie przegrana.

Wrocławscy i jeleniogórscy decydenci wysłuchali tradycyjnie czytanego ze sceny Orędzia, obejrzeli przerażająco aktualne "Trzy siostry" (berliński reżyser Krzysztof Minkowski wystawił dramat tak, jakby Czechow pisał go z myślą o sytuacji w Jeleniej Górze), rozdali marszałkowskie nagrody i lokalne Srebrne Kluczyki, z dumą przekazali zespołowi teatru telewizor i rozjechali się do domów. Ten pogrzebowy happening okazał się profetyczny. Teatr w Jeleniej Górze został definitywnie zarżnięty i przysypany grubą warstwą ziemi, do dzisiaj nie podniósł się z grobu i nie wiadomo, czy mu się to kiedykolwiek uda (mimo znakomitych aktorów, wygłodniałej widowni i sprzyjających warunków geograficznych). Jeleniogórskie "Trzy siostry" pokazywane były na WST w 2009 roku. Od tamtego czasu Teatr im. Norwida nie wyjeżdża dalej niż do przygranicznego Goerlitz.

Od czasów traum jeleniogórskich Dzień Teatru kojarzy się Wichowskiej źle (Soszyński aż do dziś świętem teatru w ogóle się nie przejmował). W tym roku zamiast Orędzia czytany był (podczas WST ale też, mamy nadzieję, w wielu innych polskich teatrach) List Ludzi Teatru Przeciwko Degradacji Polityki Kulturalnej w Polsce. Walka trwa. Nie wyobrażamy sobie lepszego sposobu uczczenia Międzynarodowego Dnia Teatru, niż jednomyślna konferencja prasowa z udziałem ludzi, którzy na co dzień raczej nie stoją na tej samej barykadzie. W Teatrze Dramatycznym w Warszawie zebrało się towarzystwo z różnych (estetycznych i intelektualnych) bajek: szefowie instytucji, pism i organizacji teatralnych: Maciej Nowak, Paweł Miśkiewicz, Jacek Sieradzki, Olgierd Łukaszewicz, Krzysztof Mieszkowski, artyści: Monika Strzępka, Paweł Demirski, Weronika Szczawińska, Bartek Frąckowiak. A razem z nimi Henryka Krzywonos. Z offu zabrzmiał głosy skrajnie różne: Krystiana Lupy (który wystosował żarliwy list poparcia) i Jerzego Grotowskiego (jego słowa sprzed dwudziestu lat jak ulał pasują do obecnej sytuacji). Przytaczano dane procentowe i sumy dotacji, zdradzano kulisy dyrektorskich udręk, przywoływano praktyki złe (np. amerykańskie) i dobre (np. niemieckie). Mówiono o niekompetencji i arogancji urzędników (dość łagodnie), braku przejrzystości modelu obsadzania stanowisk dyrektorskich w instytucjach kultury, o widzach, których na uczestnictwo w kulturze nie stać, o bardzo realnym widmie powszechnej komercjalizacji.

Któryś z mówców zaapelował, by skończyć z programem minimum: nie chodzi o to, by teatr (i kulturę w ogóle) ratować, ale by umożliwić jego (jej) rozwój. Trzeba bez końca powtarzać, że to, co robią artyści po nocach, to nie fanaberie. Nie żyjemy przecież (my, którzy to piszemy, wy, którzy to czytacie) na jakiejś osobnej planecie. Czy postulaty ludzi pracujących w kulturze dotyczą tylko jakiejś elitarnej garstki wtajemniczonych, nie mających nic wspólnego z większością społeczeństwa? Najlepszą odpowiedzią na ten sztandarowy argument wszelkiej maści populistów jest prosty sylogizm, który przedstawiła Henryka Krzywonos: "Jeśli Wam będą obcinać dotacje, moje dzieci nie będą mogły chodzić do teatru". Do bólu proste.

O tym wszystkim rozmawia się w środowisku teatralnym nie od dziś. Ale wysłuchanie tej znanej diagnozy z tak wielu i tak różnych ust robi wrażenie. Gdyby środowisko teatralne rzeczywiście jednym głosem zaczęło domagać się systemowych, przemyślanych, społecznie skonsultowanych zmian - tego głosu nie dałoby się zlekceważyć. Utopia? Być może, ale wyniosły sceptycyzm i elegancki dystans w obecnej sytuacji nie przystoi. W czasie konferencji Olgierd Łukaszewicz zapraszał do ZASP-u, a Henryka Krzywonos deklarowała swoją pomoc przy ewentualnym strajku. Możliwych strategii jest wiele, ale wniosek jest jeden: albo wspólnie zmienimy paradygmat, albo czekają nas kolejne udane albo nie akcje gaszenia lokalnych pożarów: w Jeleniej Górze, Łodzi, Wrocławiu, Rzeszowie i gdzie tam jeszcze. I będziemy stawać przy tych trumnach i składać te nasze nieszczęsne, mało znaczące podpisy pod kolejnymi listami protestu - bez końca.

O spektaklu Klaty pisano już wiele, nie ma więc sensu, żebyśmy kolejny raz opisywali, co w "Utworze o Matce i Ojczyźnie" się dzieje, czy też co to wszystko ma właściwie znaczyć. A znaczy bardzo wiele - i znaczy różnie, szczególnie jeśli na widowni, jak w trakcie WST, siedzi pokaźna reprezentacja zagranicznych gości showcase'u. Dla nich "smoleńska" mgła z pierwszej sceny to po prostu bagienne wyziewy, metalowe szafy nie mają w sobie nic z komunistycznych archiwów, a nazwiska Michnika czy Urbana - wymienione w jednym ciągu z Demeter czy Persefoną - mogą być częścią jakiejś egzotycznej, polskiej ludowej mitologii.

Skoro tak, to właściwie czemu się śmieją? Nie wiadomo. A z czego my się śmiejemy? Czy tylko z w gruncie rzeczy niepoważnych slapstickowych gagów? Bo przecież są to gagi głupie - i jako głupie są nam serwowane. Dowcipy są grube, jak choćby szalony chór cipek-grzechotek, są też tandetne, jak finałowe pachy z nastroszonym sztucznym włosiem. I co na przykład zrobić z niestosownym żartem, kiedy Wojciech Ziemiański, w trakcie porodu, zwijając się z bólu, krzyczy "getto płonie!" (na widowni wielka wesołość!). Z jakąś historią o potworze Alienie i wojującą w kosmosie Riplay? Albo z nagrodzonym śmiechem (właściwie czemu śmiesznym?) wyznaniem o matce zabitej w lesie pod Lwowem? A, bo to nie koniec, jedyną osobą, która współczuje w tej historii, jest, na boga!, Lara Croft zawieszona na helikopterze. A przecież cała widownie się tarza. Wstyd nawet mówić, kto się tarza (wiadomo, wielki festiwal, publiczność nieprzypadkowa). Ci sami ludzie wychodzą jednak po spektaklu wstrząśnięci. Śmiech jako doświadczenie traumatyczne? Śmiech jako źródło cierpień? Bo nie lek na nie. Wiadomo, wszyscy mamy własne zaszłości z matką i z ojczyzną. Ten rechot - rechot, dodajmy, zdrowy, żaden tam śmiech przez łzy - nie jest ani terapią, ani nie oczyszcza. Nie jest źródłem dystansu, wręcz przeciwnie - wrzuca nas w centrum horroru.

Śmiech, do którego zmusza nas Klata, nie jest też wcale karnawałowy - mimo że wyśmiewamy tabu, nie przywracamy porządku. Wyśmiewać Zagładę, traumę ocalonych, miłość matki? I to w formule śpiewogry czy kabaretu? W atmosferze rodem z telewizyjnego variété - z perukami z włóczki, wśród szelestu cukierkowej krynoliny? Niesmaczne, niestosowne, przegięte to wszystko. I poruszające do głębi.

Taką niestosowność, taki śmiech znamy z klasycznych analiz rytuału. W obrzędach też, bardzo często, przekraczana jest granica dobrego smaku. Może więc Klata w "Utworze" odkrył żywy, współczesny język mitu? I dlatego tak mocno działa ta rzecz o fatum więzów krwi i narodowych archetypów.

Po każdym spektaklu Warszawskich Spotkań Teatralnych czytany jest List Ludzi Teatru Przeciwko Degradacji Polityki Kulturalnej w Polsce. Po "Utworze o Matce i Ojczyźnie" list odczytała Katarzyna Warnke.



Wichowska/Soszyński
Dwutygodnik
30 marca 2012