Zadaję się z demonami

"Musical trzeba lubić. Ja, podobnie jak moi aktorzy, uwielbiamy go. Dopiero nie tak dawno w Polsce wykształciła się grupa aktorów musicalowych, dobrze czujących się w tym gatunku. I są w Gliwicach, pracują ze mną. Nie trzeba nikogo przekonywać do konwencji, bo wspaniale potrafią się nią bawić". Małgorzata Lichecka rozmawia z JACKIEM MIKOŁAJCZYKIEM, reżyserem i autorem przekładu musicalu "Rodzina Addamsów".

Uwielbia musical i może o nim rozmawiać godzinami. Świetny tłumacz, który ma w dorobku kilka znaczących pozycji z dziedziny literatury, krytyk teatralny , stypendysta Fulbrighta ( 2012 r.), kierownik literacki Gliwickiego Teatru Muzycznego. I absolwent reżyserii opery oraz innych form teatru muzycznego. Ta ostatnia "sprawność" jest o tyle ważna, że otworzyła mu drogę do pracy nad "Rodziną Addamsów".

Jaki miał pan przepis na upiorną rodzinkę, ze zbiorem dość ekscentrycznych zasad życiowych?

- Parę lat temu oglądałem musical na Broadway'u. Zrobił na mnie duże wrażenie, tym bardziej, że miałem szczęście oglądać na scenie Gomeza Addamsa w wykonaniu Nathana Lane'a, najlepszego amerykańskiego komika musicalowego. Zachwyciłem się przedstawieniem, mimo że wcześniej widziałem film i mnóstwo nagrań. Cudowny materiał, historia dla całej rodziny. I najważniejsze: nie ma osoby, która Addamsów nie lubi. Od razu zamarzyłem o zrobieniu go w Gliwicach. Byłem pewien, że nam się uda. Dlatego czym prędzej zacząłem rozpytywać w agencjach o rezerwację praw. Zainteresowałem pomysłem dyrektora Pawła Gabarę. Podchwycił go, więc gdy tylko okazało się, że uwolniono te prawa, szybko je wykupiliśmy. Addamsowie są moim reżyserskim debiutem. Trzy lata temu skończyłem w Krakowie studia reżyserskie, potem wyjechałem na rok do USA. Po powrocie przybiegłem do teatru z propozycją musicalu. I pytaniem: czy dyrektor nie powierzyłby mi reżyserii. Ku mojemu zdziwieniu zgodził się.

Ma pan tremę?

- I to jaką! Ale jest przy mnie świetny zespół. Jak bywa przy takich produkcjach, reżyser jest co najwyżej kapitanem statku. W naszym przypadku z napisem "Rodzina Addamsów". Grają z nami aktorzy z całej Polski, z różnych teatrów. Niektórzy z ogromnym doświadczeniem scenicznym.

Napisał pan fantastyczną książkę, poświęconą historii tego muzycznego gatunku. Ma pan więc przewagę, bo zna jego mocne i słabe strony. To pomaga Mikołajczykowi-reżyserowi?

- Trzeba mieć wyczucie konwencji. Wiedzieć, w jaki sposób musical się gra. Od razu powiem, że musicale amerykańskie są inne niż polskie sztuki muzyczne. Pierwsze to taka kreskówka: trzeba grać na 150 procent, przerysowując postaci. Odpowiadając na pani pytanie: znajomość musicalowej materii oczywiście pomaga, ale nie tylko o znajomość tu chodzi. Musical trzeba lubić. Ja, podobnie jak moi aktorzy, uwielbiamy go. Dopiero nie tak dawno w Polsce wykształciła się grupa aktorów musicalowych, dobrze czujących się w tym gatunku. I są w Gliwicach, pracują ze mną. Nie trzeba nikogo przekonywać do konwencji, bo wspaniale potrafią się nią bawić.

Czy mocno przerobił pan broadway'owski hit?

- Ledwie troszeczkę. Na przykład dowcipy, które u nas nie przechodzą i nie jesteśmy w stanie ich zrozumieć, bo są odwołaniem do rzeczy w kulturze amerykańskiej oczywistych. Pewne kwestie wychodzą podczas prób czytanych. I tu nieoceniona jest pomoc aktorów. To oni wypowiadają przetłumaczone kwestie. I jeśli są tzw. kluski, nie ma co brnąć, trzeba zmienić. Wspólnie więc kształtowaliśmy tekst. W warstwę muzyczną nie bardzo możemy ingerować.

Addamsowie będą mieli na scenie własny zamek.

- Tak. Buduje go scenograf Grzegorz Policiński. Ten zamek był naszym pierwszym pomysłem na Addamsów. Chcieliśmy, żeby ich rzeczywistość faktycznie pojawiła się na scenie. Dlatego trójwymiarowe dekoracje. Chcieliśmy prawdziwego scenograficznego mięsa, żadnych uproszczeń, trików.

Oglądałam fragment jednej ze scen. Aktorzy szaleją.

- W musicalu mamy dziesięć głównych ról: siedmioro członków rodziny Addamsów oraz troje gości. Zaproszonych z okazji wyjątkowej: oto Wednesday zakochuje się w normalnym chłopcu i obie rodziny pragną się poznać. Udało nam się dobrać zespół, który, zwłaszcza dla młodego reżysera, jest zespołem marzeń. To mój pierwszy raz, dlatego bardzo się cieszę, że pracuję z ludźmi, którzy zjedli zęby na musicalowej robocie. W rolę Gomeza wcielają się: Tomasz Steciuk i Michał Musioł. Tomek zaczynał w gdyńskim Teatrze Muzycznym i przed ponad 10 lat był filarem tamtejszego zespołu. Od wielu lat występuje w warszawskim teatrze muzycznym Roma, gdzie gra główne role w największych polskich produkcjach. Michał związany jest z gliwicką sceną od lat 15. Podobnie z Damianem Aleksandrem. Już grał w gliwickim musicalu, "Tarzanie", Kerczaka. W Addamsach będzie fantastycznym wujkiem Festerem. Długo wahaliśmy się, którą aktorkę obsadzić w roli Mortici. A to dlatego, że potrzebowaliśmy kobiety w średnim wieku. Katarzyna Hołub i Marta Wiejak są prywatnie zdecydowanie zbyt młode. Lecz dzięki aparycji, specyficznemu sposobowi poruszania się, na próbach nam dojrzały. Są damami, które bez fałszu grają uwielbianą małżonkę Gomeza. Pugsley Addams to Miłosz Mogielski i Paweł Wawrzyczny. Pełno ich wszędzie, sami się ich trochę boimy. Nigdy nie odwracamy się do nich plecami.



Małgorzata Lichecka
Nowiny Gliwickie
27 lutego 2015
Spektakle
Rodzina Addamsów