Stand-up tragedy

Stwierdzenie, że w teatrze łączy się „niskie" z „wysokim", zakrawa o banał. Takie roszady – nie tylko na poziomie gatunkowym, ale i rozmaitych środków wyrazu – od dawna są obecne na scenie, a choć czasami wciąż zaskakują oczekującą koturnów publiczność, w przypadku Łaźni Nowej o takiej transgresji nie mogło być mowy. Widzowie z pewnością nie byli zdumieni formą stand-upu na „Wielkich innych – I i II", przyzwyczajeni do dziesiątek dodatkowych, pozateatralnych wydarzeń. Powinno to zasugerować twórcom konieczność wzięcia większej odpowiedzialności za dokonane „przemieszczenie".

„Wielcy inni" to spektakl Jacka Kozłowskiego, który ukazuje wielkich, ważne figury w polskiej kulturze, w innym świetle. Tytuł sugeruje także osobność, całkowitą odrębność, a nawet alienację – słowo to przychodzi na myśl zwłaszcza po drugiej części – „Depresje". Przybierając formę stand-upowych występów, w których każdy z bohaterów może zabrać głos, w rzeczywistości konstruuje postacie jako amalgamat kulturowych wyobrażeń, miejskich legend, stereotypów, przejaskrawień.

Pierwsza część to one-(wo)man show Mirosławy Żak, która wciela się – odpowiednio – w postać Jezusa, Witolda Gombrowicza i Agnieszki Osieckiej. W każdej z tych ról ukazuje się jako wyrazista aktorka, z energią zdolną tchnąć życie w Wielkich Innych, ściągając ich z pomników. Jej Jezus jest lewicowcem – antyklerykałem, feministą, wyznawcą Judith Butler. Żartuje z podejścia katolików do jego postaci, z obrońców krzyża, ale przede wszystkim ze swojego ojca (czy też: Ojca). Jakkolwiek daddy issues i liberalność Jezusa są już kliszami, a i sama postać nie przystaje do pozostałych bohaterów, działa jako medium – zapośrednicza żarty i formę stand-upową, śmiechem rozgrzewając publiczność i wprowadzając ją w klimat komedii scenicznej.

Podobnie działają „interludia" – Żak nie schodzi ani przez moment ze sceny, na oczach widzów przeobrażając się w inne postaci: dokonuje tylko subtelnych zmian, zmienia buty i wiąże włosy, żartując z tej „biednej" wersji przedstawienia (nie)teatralnego. Tak przygotowany grunt pozwala silniej wybrzmieć przesłaniu Gombrowicza (neurotyczne, gniewne rozliczenie się z żoną, która wydała mimo jego woli „Kronosa" – najlepszy występ tej części, a i prawdopodobnie w całego spektaklu) i Osieckiej (peerelowska bohema traktowana dzisiaj jak pensjonarka z konkursów poezji śpiewanej). To, o czym traktują ich żarty-opowieści z zaświatów, staje się refleksją nad tym, jak wyobraźnia publiczna zawłaszcza artystę i adaptuje na własną modłę.

Druga część wprowadza tonację molową, ale i bardziej teatralny entourage. Zwykły stół i mikrofon zastępuje podświetlona klatka, w której siedzą następni stand-upowcy: Wisława Szymborska (Rafał Kosowski), Jarosław Marek Rymkiewicz (Włodzimierz Dyła) i Hanka Bielicka (ponownie Żak), kolejno wychodząc na środek sceny – zstępują niejako z postumentów, uchylają maski nałożone im przez odbiorców. Jacek Kozłowski postrzega ich idiosynkrazje jako objaw depresji. To ona przeziera spomiędzy historii Szymborskiej o kurczaczkach z KFC, ucieczkach przed Kolędą-Zaleską, wycinankach i parzeniu herbaty dla Woody'ego Allena; jest przyczyną permanentnego stanu wzburzenia, mówiąc delikatnie, i odczuwania nienawiści w przypadku Rymkiewicza; staje się powodem niespełnienia Bielickiej, uwięzionej w komedii tak na scenie, jak i w życiu. Alienacja, niemożność realizacji, paranoja, osamotnienie – w pewnym momencie wszyscy bohaterowie przestają występować w komedii, przenoszą widza do czyśćca i każą mu zastanowić się raz jeszcze nad ich personami, momentami wiążąc śmiech w gardle.

Pierwsza część – powstała w Wałbrzychu – grała z formą stand-upu i z możliwością jej nobilitacji w teatrze, podczas gdy za cel stawiała sobie odbrązowienie „wielkich innych". Druga z kolei – koprodukcja Teatru im. Szaniawskiego i Łaźni Nowej, na deskach której ukazano obie części – pozornie śmielej tematyzowała teatralny mezalians współgrający z osobistymi potrzebami i oczekiwaniami odbiorców, jednak zabrakło tutaj konsekwencji i pogłębionej refleksji, skoro sprzeniewierzyła się zasadom komediowym. Tandetne bibeloty obok Nagrody Nobla, pułapki na jeże i krucjata wypowiedziana polskości, kabaret, który uniemożliwia Bielickiej zagranie w sztuce Sary Kane – takich zestawień jest więcej, lecz ich znaczenie w końcu się rozmywa. Częściowo są rozwinięciem głównej linii „Wielkich innych", czyli wprowadzeniu stand-upu „na salony", częściowo mają wydźwięk satyryczny, stanowią formę hiperboli w komicznej tonacji, częściowo w końcu mówią o duszeniu jednostki przez własny wizerunek. Przez ten chaos spektakl Kozłowskiego – jakkolwiek momentami błyskotliwie napisany, skrzący się humorem i z bardzo dobrymi, pełnymi energii i dalekimi od prostej karykatury kreacjami aktorskimi – pozostaje w pamięci przede wszystkim jako kabaret.



Marta Stańczyk
Dziennik Teatralny Kraków
5 maja 2016
Portrety
Jacek Kozłowski