Aktor musi czuć się potrzebny

Rozmowa z Teresą Lipowską

Pan do towarzystwa by się przydał. Do 65. roku życia, bo starsi gadają o chorobach, Syberii, I wojnie światowej i zrzędzą - mówi aktorka Teresa Lipowska.

Została pani królową matką.

- Jeżeli dubbingowanie królowej pszczół jest powodem tego, że pani dzisiaj ze mną rozmawia, to nie wiem, czy się cieszyć, czy...

Zobaczyłam napis "Królowa Teresa Lipowska".

- Myślałam, że pani na przykład zauważyła...

...że w tym roku mija 57 lat, odkąd jest pani na scenie?

- Nie, że w tym roku odcisnęłam swoją dłoń w Alei Gwiazd w Międzyzdrojach. Koledzy mówią do mnie: dopiero teraz, po tylu latach, zauważyli, że jesteś gwiazdą?

Zabolało, że tak późno?

- Nie, wręcz przeciwnie. Mnóstwo moich koleżanek, które kiedyś grały wielkie, piękne role, zostało odtrąconych, odepchniętych, zapomnianych. A ja idę przez to swoje aktorskie życie, przeleciałam przez te wszystkie burze, ploty, sytuacje różne i gram. Jednak nigdy gwiazdą nie byłam i nie będę. W teatrze grałam dużo, mam już za sobą te wszystkie Balladyny i Tytanie. W filmie również.

Od 15 lat gra pani w "M jak miłość".

- Pamiętam. Widzi pani tę statuetkę? To jest Wielki Splendor, nagroda na 50-lecie mojej pracy w Teatrze Polskiego Radia. Dla mnie najważniejsze wyróżnienie.

A ta dłoń w Międzyzdrojach...

- Jestem zadowolona, że po tylu latach i w tym wieku zostałam zauważona i rękę odcisnęłam. To znak, że nie wypadłam poza nurt.

A nie, że się pani kurczowo go trzyma?

- Nie, ja mam po prostu szczęście. W tym zawodzie ono jest najważniejsze. Ale nie takie, że się skandale robi, chodzi się gdzieś, naprasza, kreuje.

A w życiu prywatnym...

- Miałam 44 lata tego samego męża. Nie, nie jedliśmy sobie z dzióbków, uparty był, iskry szły, ale nie było ani jednej godziny, bym pomyślała o rozstaniu, o rozwodzie. Mogę powiedzieć, że się szanowaliśmy i on tam w górze na mnie czeka. Śni mi się prawie co noc. Szczęście miałam więc i w życiu, i w pracy.

Na czym to szczęście w pracy polega?

- Dość często mi się to zdarzało. Na przykład kiedyś, wiele lat temu, Edward Dziewoński ni z tego, ni z owego mnie pyta: słuchaj, nie znasz kogoś, kto by u mnie zagrał w "Kto się boi Marii Konopnickiej" (Teresa Lipowska naśladuje głos Dziewońskiego)? Oczywiście marzyłam, żeby zagrać u Dudka w jego kabarecie literackim.

To dlaczego mu pani o tym nie powiedziała?

- Bo pytał, czy kogoś znam. Jakby chciał mnie, toby zapytał: czy zagrasz u mnie? Koledze się zwierzyłam z moich marzeń i on mnie tak samo jak pani zapytał: dlaczego Dudkowi nie powiedziałaś? A potem o 12 w nocy dzwoni Dudek: Teresa, ty byś u nas zagrała? I grałam. Wiele lat. Nawet statkiem Stefan Batory popłynęłam do Ameryki z Kabaretem Dudek. I to jest szczęście. Albo to, że idę ulicą i przypadkiem spotykam znajomego reżysera, a on mówi: przyjdź jutro na casting, bo mam rolę dla ciebie.

Pani idzie i zostaje matką i babcią połowy Polski - Basią Mostowiak?

- Właśnie tak. Wie pani, każdy serial jest raz lepszy, raz gorszy, czasami też taki sobie.

O swoim serialu mówi pani, że jest taki sobie?

- Przez pierwsze lata był bardzo dobry. Teraz jest po prostu... popularny. Mogę tak mówić, bo ja jestem ukochaną postacią. Dali mi zagrać ciepłą, miłą żonę, matkę, teściową, babcię.

Taką, do której od razu chce się człowiek przytulać.

- I nawet pani nie wie, jak ludzie chcą. Byłam niedawno w Ustroniu, w basenie do mnie podpływali.

Do tulenia?

- Do tulenia. Baba taka ze sporym biustem płynie, ręce rozkłada, krzyczy: pani Basieńko! I dawaj do tulenia. Wtedy mówię: chwileczkę, Basieńka została w telewizorze, tu pływa Teresa Lipowska.

Ostra pani jest.

- Nie, tylko nie jestem Basieńka. Denerwuję się, kiedy jakaś dama woła do swojego kawalera: Janek, cho, zrobimy sobie zdjęcie z panią Basią. Grzecznie informuję, że nie robię sobie zdjęć z nieznajomymi. Ale kiedy ktoś do mnie podchodzi, wita się, chwilę rozmawia, prosi o autograf, to wówczas jest przyjemnie. Po śmierci męża doszłam do wniosku, że w przyszłości nie mogę być ciężarem dla rodziny, i zaczęłam co najmniej dwa razy w roku jeździć do sanatorium, spa za swoje prywatne, zarobione w serialu pieniądze, dbać o siebie, ćwiczyć. Wie pani, water power i te rzeczy.

Co to jest water power?

- Ostra gimnastyka w wodzie. Śmieją się ze mnie, że moje nogi wyżej chodzą niż te trzydziestek. Mówię to pani również dlatego, że podczas tych wyjazdów spotykam bardzo wielu ludzi.

Którzy panią rozpoznają.

- I koło się zamyka. Serial dał mi popularność, a dzięki tej popularności mogę robić wiele dobrych rzeczy, brać udział w akcjach "Cała Polska czyta dzieciom" czytać ludziom poezję, wiedzieć, że się jest ludziom potrzebną. W zeszłym roku w październiku byłam w Teresinie koło Niepokalanowa na niesamowitej imprezie: Teresin dla swoich Teres. Ja tam byłam królową Teresą I.

Czyli dobrze zaczęłam tę rozmowę.

- Dziewczyny były szczęśliwe. Czytałam im wiersze, były kwiaty, tort, zdjęcia i ja się czułam tam potrzebna.

Już drugi raz pani mówi o byciu potrzebną.

- Bo to jest dla mnie ważne. Moim zdaniem w tym zawodzie poczucie, że jest się potrzebnym, ma znaczenie. Bez tego traci się uczciwość i przestaje się pracować na sto procent, dawać z siebie wszystko.

Chce pani powiedzieć, że w "M jak miłość" po tych 15 latach daje pani z siebie wszystko?

- Tak. Mam satysfakcję, że na spotkaniach ze mną ludzie mówią, że jak gra stara kadra, doświadczeni aktorzy, to widać, że naprawdę gramy, jesteśmy, wiemy, co robimy, o czym rozmawiamy. Bo z młodymi to różnie bywa...

Z którymi?

- Musi pani obejrzeć kilka odcinków. Przez te 15 lat w serialu zagrało ponad 500 aktorów. Niektórzy w jednym, dwóch odcinkach. Wszystkich nie pamiętam. Jak w każdym zawodzie zdarzali się i tacy, którzy grać nie powinni.

Pani ten serial traktuje jak takie codzienne wychodzenie do pracy?

- Gotuję albo podaję szarlotkę, albo nakrywam Lucjana kocem, bo mu zimno. Nie mam wielkich wyzwań w tej roli, ale lubię to.

Mówi pani, jakby chciała się pani z tej roli wyzwolić?

- Nie. Mam niewielką emeryturę. Z niczego się nie chcę wyzwalać. Na plan idę przygotowana, tekst nauczony. I nie mam tremy. Wie pani, na planie obowiązuje nas 12-godzinny dzień pracy, to znaczy, że zdjęcia mogą, ale nie muszą, trwać nawet pół doby. Zastrzegłam jednak, że wcześniej niż o szóstej rano z domu nie wychodzę.

Królowa może.

- Królowa Pszczół może. I tak jestem bardzo pracowita. Czasami trochę pretensji, że może nieco za długo, za męcząco, ale wiem, że ekipa musi pracować 12 godzin. I nie, nie zejdę z planu w trakcie ujęcia, jak to się zdarzało moim młodszym kolegom. Wyznaję zasadę, że jak się spowiadam, to spowiadam, jak gram, to gram. A o wszystkim i wszystkich mówić nie będę. Tak jak nie będę pisać książki o moim życiu. Nie namówi mnie pani na plotkowanie. Nie zamierzam. Przyjaźni serialowych nie mam. Każdy robi swoje i ucieka. To nie jest tak, jak kiedyś w teatrze. Kiedy zaczynałam w latach 50., teatr był bazą. Większość czasu spędzaliśmy właśnie tam, dużo o sobie wiedzieliśmy, bawiliśmy się razem. Ja zawsze lubiłam zabawę, towarzystwo. A mój mąż lubił rybki, jeziora augustowskie i spokój. Nigdy nie zapomnę, jak mnie pierwszy raz wywiózł nad Jezioro Długie i pokazał domek, w którym będziemy mieszkać. Na pytanie, co będziemy robić, usłyszałam: jak to co? Łowić ryby, chodzić po lesie i się kochać. Potem na żadne inne wakacje nie chciałam jeździć. Wtedy nie trzeba było bywać, stawać na ściankach, porównywać się z innymi, zakładać butów tylko raz, bo drugi raz już nie wypada. Wiem, że teraz młodzi muszą, bo jak się nie pokazujesz, to nie istniejesz. Teraz jest wyścig szczurów, pogoń za pieniądzem i ludzie nie bardzo się sobą interesują. Choć mnie się wydaje, że my na planie "M jak miłość" jesteśmy sobie życzliwi. Mnie interesuje, co się z moimi kolegami dzieje, staram się z nimi rozmawiać, wspierać. Jednak bez bratania i wspólnego picia wódki.

Myślałam, że przynajmniej z serialowym synem się pani przyjaźni.

- Kacper Kuszewski to zupełnie inna sprawa. Dzwonię do niego na Dzień Dziecka, a on do mnie na Dzień Matki i od lat jesteśmy po imieniu. Zaprosił mnie do swojego domu, spędziliśmy wspaniały wieczór. On nie pokazuje się na ściankach, tylko robi swoje. Jest zdolny, kreatywny i gra w świetnym Teatrze Pieśń Kozła i w Rampie, dubbinguje. Mam duże wymagania, jeśli chodzi o ludzi. O innych aktorach nie będę się wypowiadać. Niezbyt często chodzę do teatru. Zresztą ja jestem dość konserwatywna, a to latanie nago po scenie, krzyczenie słów na "k" i "ch" po prostu mi nie odpowiada. Wolę się nie denerwować.

Zdaje się, że pani nie za bardzo poważa aktorskie środowisko.

- Już pani powiedziałam, że kocham ludzi uczciwych. I lubię oglądać zdolnych. Ostatnio jestem fanką Katarzyny Skrzyneckiej, która wyrabiała jakieś niesamowite rzeczy w "Twoja twarz brzmi znajomo". Jestem porażona jej talentem. Z mężem przyjaźnił się Romek Kłosowski. On stracił żonę, ja męża. Jadę do niego co jakiś czas, posiedzimy, pogadamy. A moją serdeczną przyjaciółką jest 87-letnia pani, która była garderobianą w teatrze. Moja kochana Gieniusia. Jeżdżę do niej, bo wiem, że ona mnie przytuli jak siostrę. Myślę, że mnie w życiu ze wszystkiego ratuje optymizm.

A smutek?

- To już moja prywatna sprawa, tylko jak jestem w domu.

Jesteśmy właśnie w pani domu.

- Patrzę na zdjęcie mojego męża, mówię: Misiaczku, było tak... Opowiadam. Czasem nalewam sobie kieliszek koniaczku. Nie, nie mówię do siebie, raczej w myślach opowiadam. Kiedy wchodzę do domu, to odruchowo najpierw patrzę na tapczan, na którym on leżał, jak był chory. Ja go czuję wręcz fizycznie.

Czyli nie ma możliwości, żeby pani miała nową sympatię?

- Nie. Chociaż chętnie miałabym jakiegoś znajomego pana - do 65. roku życia, bo starsi gadają o chorobach, Syberii, I wojnie światowej i zrzędzą - z którym poszłabym do teatru, pojechałabym do Wilanowa na spacer, a potem na obiad, takiego, który by wpadł do mnie na kieliszeczek i porozmawiał na przykład o Putinie. Brzmi jak ogłoszenie. Zgoda, tylko że ci 65-letni wolą 30-latki. Mnie starsi mężczyźni z kolei nie interesują, więc zawisłam w próżni. Pan do towarzystwa by się przydał. Ale do domu, do wspólnego mieszkania już bym nikogo nie wpuściła. Mam 77 lat, więc zaraz będę 80-letnią staruszką. Żeby było jasne, nie boję się śmierci. Z synem już się umówiłam, że wszystkie te szpargały, a mam tu ich tysiące, wywiezie na działkę i zrobi wielkie ognisko. Wolę spalić, niż wyrzucić do śmieci. To są prezenty od ludzi, mają wartość sentymentalną, emocjonalną, ale tylko dla mnie. Choć teraz tak się zastanawiam, czy kiedy ta śmierć przyjdzie, to będę umiała ją jakoś sensownie przyjąć. Oby!

Pani jest osobą wierzącą, to chyba łatwiej.

- Hm, Bóg jest miłością, więc chyba łatwiej.

Mąż był ateistą.

- Ale uczciwym człowiekiem. Ksiądz Jan Twardowski dał nam ślub. Zapytał Tomka: wierzysz w miłość ? A Bóg jest miłością. Ty będziesz przysięgał miłości, a twoja żona będzie przysięgała wobec Boga na twoją miłość. Całe życie mąż szanował moją religijność. Ale nigdy nie byłam osobą zakręconą na punkcie Kościoła. Miałam zawsze różne wątpliwości. To chyba dobrze, bo ksiądz Twardowski mówił, że na wątpliwościach opiera się wiara.

Czaję, że hierarchowie Kościoła uważają panią za sprzymierzeńca.

- Teraz mam sporo powiązań z fajnymi księżmi, sensownie myślącymi o życiu, świecie, Kościele. Jeden ksiądz jest w Katowicach, choć gdzieś go teraz przenoszą. Pamiętam, jak zostało napisane oratorium na cześć Jana Pawła II i jak ludzie z Instytutu Jazzu Akademii Muzycznej to zaśpiewali, to te czerwone birety tylko biskupom w pierwszych rzędach podskakiwały. Był power, ogień. A ja czytałam fragmenty z homilii Jana Pawła II. Dlaczego mam tego nie robić, skoro uważam to za dobre, potrzebne ? Jak coś robię, to z przekonania. Byłam na spotkaniu autorskim w kurii, podczas którego czytała pani fragmenty książki Brygidy Grysiak i abpa Mokrzyckiego. Zostałam o to poproszona i czułam, że jestem potrzebna. Proste. Ludzie się do mnie zwracają z różnymi prośbami. Jest taka zakonnica, a w zasadzie już nie zakonnica, bo ją wyrzucili za nieposłuszeństwo...

Jak ks. Lemańskiego?

- O księdzu Lemańskim nie chcę rozmawiać. Wszyscy o nim rozmawiają. Opowiem pani o tej byłej zakonnicy. Ona pisze piękne poezje i przygotowuje drogi krzyżowe, to znaczy raz w roku do każdej stacji Drogi Krzyżowej pisze współczesny komentarz. Ale taki komentarz, że ja chcę go ludziom głośno przeczytać, bo wiem, że dzięki temu nie będą tylko klepać modlitw pod nosem, ale się zastanowią, co ta każda stacja może znaczyć dzisiaj. Dla przykładu - Jezus upada pod krzyżem, a ludzie w kościele zastanawiają się, jak mu pomóc. Nikt nic nie szemrze, nie kiwa głową, tylko myśli, co powinien zrobić. Mnie to się bardzo podoba. Co teraz robi ta zakonnica? Uczy w szkole. Nie tylko religii. Prowadzi kółko fotograficzne i poetyckie. Cudowna dziewczyna. Czasem wystarczy w człowieku coś obudzić. Mogę pani pokazać tomiki z wierszami młodych ludzi, dzieci, zainspirowane poezją ks.Twardowskiego. Piszą, wygrywają konkursy, a ja czytam ich wiersze. Potem przychodzą matki tych dzieci, zapłakane, wzruszone, mówią, że nie przypuszczały, że ich dziecko tak myśli, tak pisze.

Pani dobrą robotę robi dla Polski.

- Dla siebie, nie dla Polski.

A, czyli to z egoizmu?

- Oczywiście. Ale nie robię nic złego. Mogę śmiało powiedzieć, że mój Tomek, który siedzi tam w górze, jest ze mnie zadowolony. Jeżdżę też po Polsce, przychodzą ludzie, przynoszą swoje wiersze. Niektóre wybieram, zabieram ze sobą i potem znowu gdzieś w Polsce czytam. Przenoszę tę poezję z miejsca na miejsce. Proszę posłuchać: O kobietach starych Kobiety odchodzące z młodości są jak dojrzałe owoce jak pomarańcze

Z zewnątrz ze skórką nieco twardszą

Wewnątrz słodkie, wilgotne

Myślące o przemijaniu

Piękne

Zauważ je

To wiersz mojej siostry ciotecznej, Małgosi Zwierz.

To o pani?

- O mnie też. Nie ma starości. Jest odchodzenie z młodości. Szalenie cenię uniwersytety trzeciego wieku. Przychodzą ludzie od 60. do 90. roku życia i mówią mi, że starości nie ma. A przynajmniej można ją przesunąć, oczywiście pod warunkiem, że nie złapie nas choroba, która przypnie do łóżka. Z racji wieku nie można się ograniczać starością. Kupiłam sobie ostatnio czerwone spodnie. Do starości nie pasują. Będę szpanować. Już wszystko pani powiedziałam.

Żartuje pani?

- Żartuję.

Magdalena Rigamonti
Wprost
2 września 2014
Notice: Undefined index: id in /var/zpanel/hostdata/zadmin/public_html/kreatywna-fabryka_pl/public/nowa_grafika/Application/modules/default/views/scripts/article/details.phtml on line 92 Notice: Undefined index: id in /var/zpanel/hostdata/zadmin/public_html/kreatywna-fabryka_pl/public/nowa_grafika/Application/modules/default/views/scripts/article/details.phtml on line 92 Notice: Undefined index: id in /var/zpanel/hostdata/zadmin/public_html/kreatywna-fabryka_pl/public/nowa_grafika/Application/modules/default/views/scripts/article/details.phtml on line 92 Notice: Undefined index: id in /var/zpanel/hostdata/zadmin/public_html/kreatywna-fabryka_pl/public/nowa_grafika/Application/modules/default/views/scripts/article/details.phtml on line 92 Notice: Undefined index: id in /var/zpanel/hostdata/zadmin/public_html/kreatywna-fabryka_pl/public/nowa_grafika/Application/modules/default/views/scripts/article/details.phtml on line 92 Notice: Undefined index: id in /var/zpanel/hostdata/zadmin/public_html/kreatywna-fabryka_pl/public/nowa_grafika/Application/modules/default/views/scripts/article/details.phtml on line 92
Portrety
Teresa Lipowska
Notice: Undefined index: id in /var/zpanel/hostdata/zadmin/public_html/kreatywna-fabryka_pl/public/nowa_grafika/Application/modules/default/views/scripts/article/details.phtml on line 92 Notice: Undefined index: id in /var/zpanel/hostdata/zadmin/public_html/kreatywna-fabryka_pl/public/nowa_grafika/Application/modules/default/views/scripts/article/details.phtml on line 92
Notice: Undefined index: banner4 in /var/zpanel/hostdata/zadmin/public_html/kreatywna-fabryka_pl/public/nowa_grafika/Application/layouts/scripts/layout.phtml on line 121 Notice: Undefined index: banner5 in /var/zpanel/hostdata/zadmin/public_html/kreatywna-fabryka_pl/public/nowa_grafika/Application/layouts/scripts/layout.phtml on line 124

Książka tygodnia

Białość
Wydawnictwo ArtRage
Jon Fosse

Trailer tygodnia